Mój zegarek z 2007 roku działa dokładnie tak samo, jak ta “innowacja” z Kickstartera

Artykuł/Sprzęt 04.11.2015
Mój zegarek z 2007 roku działa dokładnie tak samo, jak ta “innowacja” z Kickstartera

Mój zegarek z 2007 roku działa dokładnie tak samo, jak ta “innowacja” z Kickstartera

Prawie pół miliona złotych uzbieranych w zaledwie kilka dni, masa opisów w największych mediach i rzucane w nich na prawo i lewo hasło “innowacja”. Tak w skrócie można opisać jeden z gorętszych ostatnio produktów z Kickstartera, którego możliwości… jestem w stanie odnaleźć w moim zegarku sprzed dobrych kilku lat.

O jaki projekt chodzi? O BeeLine, czyli – przynajmniej według niektórych – niesamowicie innowacyjne podejście do rowerowej nawigacji, która ma “zmienić sposób, w jaki podróżujemy na rowerze”. Jaką metodę wybrano, aby zapewnić tę niezbędną dawkę “smartowości” i “innowacyjności”? Bardzo, trzeba przyznać, oryginalną.

Polega ona na tym, aby z nawigacji jako takiej wyrzucić wszystko co się da, zostawiając jedynie jej jedną, dość przy tym wybrakowaną funkcję.

BeeLine nie mówi nam bowiem dokładnie, w którą ulicę należy skręcić, za ile czeka nas kolejny zakręt i nie pokazuje, na jakim etapie naszej trasy aktualnie się znajdziemy. Działa wyłącznie jak kompas (mimo tego, że sam producent określa urządzenie jako “smart navigation”), pokazując strzałką, w jakim kierunku należy jechać, żeby dotrzeć do celu, który wcześniej wskazaliśmy na smartfonie. Owszem, możemy stworzyć trasę punkt po punkcie, ale i tak jedyne co dostaniemy, to nawigacja “strzałkowa” do kolejnych wskazanych punktów. Trzeba też wspomnieć o tym, że BeeLine nie ma wbudowanego GPS-u – bazuje wyłącznie na odpowiednim module z naszego telefonu, łącząc się z nim przez Bluetooth LE.

nawigacja

Gdyby tego było mało, niewielkie ekranik jest w stanie jednocześnie wyświetlić albo tylko wskazówki nawigacyjne, albo parametry jazdy (dystans, prędkość, etc). Nie jedno i drugie jednocześnie. Cena? W sklepach wyniesie ponad 300 zł.

Problemy są tylko dwa. Po pierwsze, za 300 zł można znaleźć już coś dużo ciekawszego i bardziej uniwersalnego, nawet jeśli nie będzie to nowy sprzęt prosto ze sklepowej wystawy. Ba, nawet stary telefon z Androidem jest w stanie zaoferować nam więcej i wcale nie trzeba się męczyć z niezbyt praktycznymi w trakcie jazdy mapami Google’a – rozwiązań programowych pod nawigację rowerową jest naprawdę sporo. Odpowiedni uchwyt, pokrowiec, tani smartfon z Androidem i w drogę. Przy okazji nie marnujemy akumulatora naszego głównego telefonu.

Po drugie, podobne rozwiązanie jest obecne nie tylko w smartfonach, ale i w obecnych od lat na rynku zegarkach sportowych. Tam również bez problemu wyznaczymy trasę na mapie, prześlemy ją do zegarka (choć może nie zawsze wygląda to tak prosto jak w przypadku BeeLine i kalkulacja trasy pomiędzy punktami nie jest automatyczna), po czym, bez żadnego podkładu w postaci mapy, będziemy prowadzeni kompasem pomiędzy poszczególnymi punktami. Możemy nawet sprawdzać jednym kliknięciem, gdzie dokładnie na naszej trasie się znajdujemy.

Tyle tylko, że – przynajmniej bazując na własnym doświadczeniu – takie rozwiązanie do miasta nie nadaje się zupełnie.

O ile jeszcze przy bieganiu, gdzie wszystkie decyzje możemy podejmować nieco wolniej, takie “ogólne wskazówki z kompasu” mają szansę się sprawdzić, o tyle jadąc względnie szybko rowerem nie wiemy nigdy dokładnie, czy nasz kompas pokazuje akurat tę ulicę, czy tę tuż obok. Na dłuższych trasach, gdzie dróg jest dużo mniej, jest już o wiele lepiej, ale BeeLine projektowany jest z myślą o mieście.

Twórcy tego projektu oczywiście tłumaczą od razu, z czego wynika fakt o podjęciu takiej decyzji. Ich zdaniem BeeLine ma być doskonałym rozwiązaniem dla tych, którzy jeżdżą głównie po drogach, które znają (!), ale chcą od czasu do czasu urozmaicić sobie przejazd i wybrać odrobinę inną trasę, ostatecznie docierając bez obaw do celu. Tylko czy naprawdę jest na taki produkt zapotrzebowanie? Jeśli ktoś jedzie na spotkanie albo do pracy rowerem, to raczej nie chce się spóźnić. Jeśli ktoś chce pojeździć dla przyjemności, albo zobaczyć coś ciekawego w mieście, to raczej i tak zaplanuje sobie trasę dokładniej.

nawigacja

Co najciekawsze, mimo że autorzy BeeLine opierają swój produkt głównie na haśle “nawigacja zakręt po zakręcie jest zła”, to mimo wszystko… tego właśnie chcą klienci, co widać chociażby po komentarzach do akcji. W opisie można też znaleźć informację, że jeśli społeczność będzie chciała takiej formy nawigowania, to ją dostanie. A wtedy dostaniemy… dokładnie to, co oferuje masa innych producentów na rynku. Pytanie, czy uda się wtedy zachować względnie niską cenę, czy też nie.

Gdyby tego wszystkiego było mało, to nie jest pierwszy tego typu produkt na rynku. Był już Hammerhead, który robił niemal dokładnie to samo, choć w odrobinę inny sposób, było SmartHalo, a i pewnie podobnych projektów (albo gotowych sprzętów) można znaleźć z łatwością sporo więcej. Różnica jest taka, że BeeLine opakowano chyba w najładniejsze opakowanie.

I właśnie to możemy dostać za te 100 dolarów – jedną (!) funkcję rodem ze starego sportowego zegarka, która niespecjalnie sprawdzi się w mieście, zamkniętą w eleganckie pudełeczko. Jak jednak widać, ludzie z chęcią wydają na to pieniądze.

Dołącz do dyskusji