Wczoraj i dziś: emocjonująca podróż od kafejek internetowych do Internetu w każdej kieszeni

Wczoraj i dziś: emocjonująca podróż od kafejek internetowych do Internetu w każdej kieszeni

Wczoraj i dziś: emocjonująca podróż od kafejek internetowych do Internetu w każdej kieszeni

Sprawdzenie poczty elektronicznej, pogody, przesłanie zdjęcia czy filmu – dziś to wszystko możemy zrobić w ułamku sekundy, z poziomu komputera mieszczącego się w naszej kieszeni. Błyskawicznie przyzwyczailiśmy się do tego udogodnienia zapominając, że jeszcze nie tak dawno temu wymagało to dużo więcej wysiłku. Czasem nawet wędrówki przez pół miasta.

Nie trwało długo, zanim na dobre przyswoiliśmy sobie nowość, jaką był nie tylko Internet, ale jego coraz popularniejsza, mobilna odmiana. Odmiana, która pozwoliła nam zabrać dostęp do światowej sieci w każde miejsce, i która dziś osiąga prędkości, o jakich jeszcze parę lat temu nawet nam się nie śniło.

Dziś Internet LTE, do którego dostęp uzyskujemy za pośrednictwem smartfona, komputera czy tabletu, staje się powoli standardem. Na początku nie wszystko było jednak takie piękne i wygodne.

Gdzie idziesz? Do Internetu

Niektórym, zwłaszcza tym młodszy, może być trudno w to uwierzyć, ale kiedyś dostęp do Internetu nie był – tak jak dziś – rzeczą powszechną. Z raczkujących zasobów globalnej Sieci mogli korzystać jedynie wybrani – czy to w firmach, czy np. w placówkach naukowych. To, co robimy dziś, czyli po prostu włączenie domowego komputera albo smartfonu, nie wchodziło w grę. Nawet jednak i ci szczęśliwcy nie chcieli wiecznie siedzieć w biurze ani w uniwersyteckiej bibliotece, żeby sprawdzić, czy nie dostali przypadkiem nowego maila.

Kwestią czasu było, kiedy pojawi się rozwiązanie, które faktycznie odda Internet w ręce zwykłych użytkowników, wtedy kiedy tego potrzebują i na zasadach, które są w stanie zaakceptować.

I pojawiło się niemal dokładnie 21 lat temu – w cztery (lub pięć, jak podają niektóre źródła) lata po tym, jak w Polsce dokonano pierwszej transmisji internetowej i rok po tym, gdy powstał pierwszy polski serwer WWW. Rozwiązaniem tym były kafejki internetowe.

Oczywiście pierwsza z nich nie mogła powstać w Polsce, choć nie zabrakło tutaj mocnego, polskiego akcentu. Jak łatwo się domyślić, początkowo zainteresowanie tym tworem w naszym kraju było dość niewielkie, a zastosowania dla niego odnajdywano wyłącznie w określonych kręgach. Pierwszeństwo przypadło więc innemu europejskiemu krajowi – Wielkiej Brytanii.

To właśnie tam, w Londynie, we wrześniu 1994 roku, powstał lokal, który dziś powszechnie uważany jest za pierwszą w historii kafejkę internetową z prawdziwego zdarzenia. Owszem, już wcześniej powstawały punkty, w których można było za opłatą uzyskać dostęp do Internetu w pewnej formie, jak np. sieć SF Net z dostępem do BBS, ale dopiero londyńska Cyberia dała klientom nieograniczony dostęp do treści z całego świata, serwując go przy okazji w formie, która doskonale sprawdzała się przez niemal dwie dekady.

kafejka internetowa/shutterstock

Co najciekawsze, jedną z założycielek Cyberii była Polka, Eva Pascoe, studiująca wtedy w Londynie. W przygotowanym przez The Telegraph z okazji dziesięciolecia działania kafejki artykule wspomina, że pomysł pojawił się dość przypadkowo – miała już wcześniej dostęp do Internetu, ale był on ograniczony wyłącznie do komputerów uczelni. Pewnego dnia, pijąc kawę, do głowy przyszła jej zadziwiająco oczywista w dzisiejszych czasach myśl – dlaczego nie umożliwić zwykłym ludziom sprawdzenia np. poczty elektronicznej, kiedy i tak zatrzymują się w lokalu na kawę?

Minęły zaledwie trzy miesiące od pojawienia się tego pomysłu, do jego realizacji. Odzew był na tyle duży, że konieczna była inwestycja w… sprawniejszą maszynę kawy. Pascoe w wywiadzie dla BBC wspomina również o innym problemie – w tamtych czasach praktycznie wszyscy, którzy chcieli skorzystać z Internetu, byli początkujący. Konieczne było więc „wsparcie techniczne” dla klientów i momentami na jednego użytkownika kafejki przypadała jedna osoba, która w obsłudze Internetu pomagała.

Warto przy tym pamiętać, że w początkowej fazie rozwoju tego typu biznesów, Internet nie pełnił roli podstawy – był po prostu dodatkiem. Powodem, dla którego warto wypić kawę czy przekąsić coś w tej, a nie w innej, podobnej kawiarni kilka kroków obok. Nazwa „kafejki” nie wzięła się więc znikąd – pochodziła od tego, czym lokale te zajmowały się przede wszystkim. Przynajmniej do pewnego momentu.

Mimo tych drobnych problemów pomysł okazał się niesamowitym hitem, a dziś już nieistniejąca Cyberia (sprzedana w 2001 roku południowokoreańskiej firmie, obecnie jej miejsce zajmuje „zwykła” restauracja) stała się legendą. Na całym świecie, jedna po drugiej, zaczęły wyrastać podobne twory. Rewolucji nie dało się już zatrzymać, w tym również i w Polsce.

Kafejka internetowa, nie Internet Cafe

Oczywiście nie było tak, że do momentu pojawienia się kafejek w naszym kraju absolutnie nikt nie mógł w Polsce skorzystać z Internetu. Na początku lat 90-tych był on oferowany firmom, natomiast od 1995 – również klientom prywatnym. Do końca tego samego roku mieliśmy pół miliona osób korzystających z dobrodziejstw ówczesnej Sieci. Nadal był to jednak produkt dla wybrańców.

Nie musieliśmy jednak długo czekać, zanim pierwsza kafejka internetowa zawitała do Polski. W 1996, tym samym roku, kiedy TP SA umożliwiła wdzwanianie się na „numer Internetu”, czyli 0202122, kolejno, początkowo w największych miastach, a potem niemal w każdym mieście w Polsce, zaczęły pojawiać się lokale, w których za odpowiednią opłatą można było poznać, o co tak naprawdę chodzi w całej tej Sieci.

Osoby, które nie pamiętają zbyt dobrze tamtych czasów mogą zastanawiać się, po co komu była w tamtym momencie (i też dużo później) kafejka internetowa, skoro do Internetu mógł podłączyć się każdy? Problemów było kilka.

Po pierwsze, nie każdy w ogóle miał komputer. Zakup takiego sprzętu kilkanaście lat temu był ogromnym wydatkiem i nie zawsze dało się znaleźć dla niego uzasadnienie. Po drugie, nawet jeśli już udało się kupić komputer, niekoniecznie pozwalał on na uruchomienie wszystkich gier, z których chcieliśmy skorzystać. Łatwo też było zasiedzieć się w Internecie, szczególnie przy jego ówczesnych prędkościach i sposobie rozliczania, co kończyło się fatalnie gdy przychodziła konieczność opłacenia rachunku.

klawiatura

Nie można zapominać jeszcze o jednym – jeśli mieliśmy w domu tylko łącze telefoniczne, na czas podłączenia się do Internetu blokowaliśmy wszystkim domownikom możliwość odbierania i wykonywania połączeń. A wtedy większość osób czekała raczej na telefon, a nie na maila czy wiadomość na komunikatorze.

Jedynym rozsądnym wyborem było więc udanie się do kafejki. Kilka złotych za godzinę, bez trwogi o to, ile zapłacimy operatorowi na koniec miesiąca. Nie zawsze serwowano tam wprawdzie „kafejkowe” dodatki, ale poza obowiązkowymi komputerami podłączonymi do Sieci można było odnaleźć chociażby drukarki, których również w wielu polskich domach po prostu nie było.

Z czasem takich punktów pojawiało się tak wiele, że niektórzy, zwłaszcza mieszkający na większych osiedlach, mogli po prostu wyjść z bramy bloku, przejść kilka metrów i już mogli zasiąść przed podpiętym do Internetu PC-tem. Otrzymywali więc namiastkę tego, co czekało nas w nie tak odległej przyszłości – Internetu na wyciągnięcie ręki, zawsze i wszędzie.

Łącze. Na stałe

Na kolejną rewolucję przyszło nam czekać 5 lat. W 2001 roku TP SA uruchomiła w Warszawie testowy program Neostrady, dostępnej za horrendalne z dzisiejszego punktu widzenia pieniądze (od 300 zł do 1500 zł), przy niewyobrażalnie dziś powolnym transferze (opcja najdroższa – 2 Mb/s).

Najważniejsza różnica w stosunku do dotychczasowej „wdzwanianej” oferty dotyczyła jednego – nie musieliśmy się martwić o to, jak dużo czasu spędzamy w Sieci. Nie trzeba już więc było korzystać z niej z doskoku – sprawdzając pocztę, odpisując na nią, otwierając kilkanaście stron i kończąc połączenie. Można było zostawić włączony komputer, Internet i mieć pewność, że nie zapłaci się później ani grosza więcej.

ethernet

Ostatecznie usługa trafiła do większego grona klientów w połowie 2002 roku w o wiele atrakcyjniejszej cenie i w 2003 roku z Neostrady korzystało 50 tys. klientów. W 2004 popularna „Neo” doczekała się w sumie trzech wariantów – 128, 512 oraz 1024, z czego najtańszy kosztował zaledwie 59 zł, jednak TP SA zdecydowała się na wprowadzenie czegoś, co do dziś jest traumą dla wielu byłych jej użytkowników – limitów. W tamtych czasach 5 GB było wprawdzie wartością sporą, ale i tak nie brakowało osób, które przekraczały je błyskawicznie, nawet przy ówczesnej prędkości łącza.

Lawina jednak ruszyła, dostęp do Internetu stał się tańszy i prostszy, a i same komputery przestały być drogim narzędziem, trafiając do kolejnych domów.

Kafejki wprawdzie trwały nadal, a część z nich przetrwała w pewnej formie nawet do dziś, ale powoli zaczynały tracić rację bytu. Osoby, które chciały po prostu pobuszować w Sieci, często mogły zrobić to o wiele wygodniej – z domu.

Miejsca te stały się więc w dużej mierze punktem spotkań, a także wspólnych rozgrywek. W końcu nie każdy mógł sobie pozwolić na najwyższe opcje Neostrady, a do gier od zawsze potrzebne było szybkie, stabilne łącze. Kres kafejek wprawdzie jeszcze wtedy nie nadszedł, ale ich dni były zdecydowanie policzone.

Wciąż przywiązani do miejsca

Z czasem usługę szerokopasmowego dostępu do Sieci zaczęli świadczyć kolejni dostawcy, limity znikały, prędkości były zwiększane i mało kto wyobrażał sobie polski dom bez komputera, na którym można błyskawicznie zacząć surfować po Internecie.

Tyle tylko, że nadal nie była to ta swoboda, którą znamy z dzisiaj – Internetu wszędzie i zawsze, niezależnie od lokalizacji i urządzenia. Co nie oznacza, że nie było go już wtedy. Nawet przed Neostradą, choć rządził się zupełnie innymi prawami.

Kosztowne początki

„Czy mobilny internet jest konkurencją dla tradycyjnego?” – takie pytanie padło podczas odbywającego się w marcu 2000 roku seminarium organizowanego przez sieć Plus i dzisiaj chyba spokojnie możemy powiedzieć, że wszyscy znamy na nie odpowiedź. Wtedy jednak nic nie było pewne – telefony z dostępem do Sieci kosztowały krocie, podobnie jak laptopy i niezbędny do nich osprzęt. Ponownie, choć staliśmy u progu „neostradowej rewolucji” i Internetu dla wszystkich, ten sposób dostępu do globalnej wioski w powszechnym wydaniu wydawał się bardzo odległą przyszłością.

Nie przeszkadzało to jednak Plusowi we wprowadzaniu na Polski rynek kolejnych rozwiązań jako pierwszy. W 1999 roku ogłoszono nawiązanie współpracy z Nokią przy implementacji GPRS, na początku 2000 udostępniono klientom WAP i szybką transmisję w technologii HSCSD (zawrotne 56 kbit/s), natomiast w grudnia tego samego roku GPRS w wydaniu komercyjnym ruszył w ośmiu miastach w Polsce – Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu.

Najważniejszym elementem nowej oferty był fakt, że nie byliśmy rozliczani za czas spędzony w Sieci z poziomu urządzenia mobilnego, jak miało to miejsce również w czasach połączeń modemowych na komputerach, ale za liczbę faktycznie przetransferowanych danych.

wieza gsm

Oczywiście opłaty za korzystanie z tych usług były kosmiczne. Przy korzystaniu z serwisu WAP płaciliśmy 25 groszy za każde 10 KB (osobno wysłane i odebrane), czyli ponad 25 zł za 1 MB. W przypadku GPRS było lepiej, ale też niezbyt wiele – 100 KB przesłanych danych równało się opłacie w wysokości 50 groszy, czyli ponad 5 zł za 1 MB.

Tak, pobranie 1 GB w tamtych czasach oznaczał uszczuplenie portfela o ponad 5000 zł.

Pakiety na dostęp do Internetu? Oczywiście były, ale dziś trudno nie patrzeć na nie inaczej, jak na coś z zupełnie innej epoki. W ramach promocyjnej oferty „Pakiet 3G” mogliśmy przetransferować wprawdzie aż 3 GB danych (według operatora – 30 tys. stron, dziś byłoby to pewnie mniej niż 2 tys.), ale… w ciągu roku! W pakiecie, kosztującym ponad 600 zł, była jeszcze Motorola Timeport 260, oferująca pobieranie danych z prędkością 40,2 kbit/s i wysyłanie danych z prędkością do 13,4 kbit/s. Co ważne, w trakcie połączenia z Internetem można było odbierać i inicjować połączenia telefoniczne, co wcale nie było tak oczywiste.

Minęły 3 lata i Plus mógł po raz kolejny pochwalić się koszulką lidera. W październiku 2003 roku sieć ogłosiła wprowadzenie technologii transmisji danych EDGE, pozwalającej na przesyłanie danych z prędkością do 300 kbit/s. W dalszym ciągu trudno jednak było uznać ten sposób na łączenie się z Siecią za popularny. Podczas gdy, według raportu IAB, internautów w Polsce było pod koniec 2003 roku niemal 6,4 mln, z dostępu mobilnego korzystało wielokrotnie mniej osób.

Wystarczyło jednak kilka miesięcy, aby pękła kolejna bariera technologiczna. PTC (Era) w 2004 roku ruszyła z testami sieci UMTS, natomiast niedługo potem Plus udostępnił ten standard łączności w formie komercyjnej pierwszym klientom na terenie Warszawy. Do wdrożenia na skalę ogólnopolską wszystkim operatorom brakowało jeszcze kilku ładnych lat.

Zresztą, tak jak wspomniano już wcześniej, mobilny Internet nie był traktowany jako dodatek do telefonu i nie w nich umieszczano w tamtych czasach karty SIM z odpowiednią usługą dostępową. Najpierw furorę robiły zewnętrzne modemy podłączane do laptopów przez USB lub gniazdo PCMCIA. To tam Internet był potrzebny, a nie na telefonach, których podzespoły i możliwości systemowe nie pozwalały na zbyt wiele. Nie mówiąc już o tym, że i sama Sieć nie była gotowa na popularyzację „mniejszych ekranów”. A co dopiero klienci…

Pamiętam zresztą doskonale dużo późniejsze czasy, kiedy w 2009 roku kupiłem pierwsze BlackBerry i zachłysnąłem się opcją podłączenia na stałe do Sieci w każdym miejscu i w każdym momencie, a na dodatek… bez żadnych limitów. I podczas kiedy ja cieszyłem się jak szalony z tego, że mogę w każdej chwili sprawdzić pocztę czy np. prognozę pogody, znajomi pukali się w głowę i pytali: po co nam to, przecież Internet mamy na komputerze. Co można robić na tak małym ekranie?

modem usb

A były to już czasy, kiedy Internet „z powietrza” nie był dla nikogo niczym niezwykłym, ani też nie był żadnego rodzaju drogą zachcianką. Korzystali z niego niezwykle chętnie np. studenci, którzy w ten sposób nie byli uwiązani do jednego miejsca umową z dostawcą. Laptop, modem (czasem wystawiany na długim kablu przez okno, żeby uzyskać odpowiedni zasięg) i już – pełna wolność.

Gwałtownie spadały również ceny połączenia z mobilnym Internetem oraz abonamenty. Już w 2008 roku zaczęły pojawiać się oferty,  gdzie np. za 45 zł otrzymywaliśmy 5 GB transferu miesięcznie. Łatwo policzyć, ile razy więcej za taki sam transfer zapłacilibyśmy 3 czy 5 lat wcześniej. Gigantyczna różnica.

Kafejki już zdecydowanie nie były potrzebne.

Mobilna rewolucja

Cały czas jednak trudno było przekonać klientów, że faktycznie potrzebny jest im Internet w telefonie, ale nie telefonie pełniącym funkcję modemu, a telefonie pełniącym rolę terminala internetowego.

Owszem, od lat na rynku dostępne były palmtopy czy PDA, a nawet coś, co w dzisiejszych czasach pewnie nazwalibyśmy smartfonem. Były jednak przeważnie drogie, i jak to przeważnie na początku bywa, zarezerwowane dla tych, którzy faktycznie potrzebowali ich np. do pracy, albo dla tych, którzy koniecznie potrzebowali nowej zabawki.

Nie ukrywam, należałem do tej drugiej grupy i kiedy tylko przeniosłem się z Symbiana na Windows Mobile (najpierw na SPV M3000, potem M3100), za wszelką cenę chciałem na dobre połączyć telefon z Internetem. Nie było to jednak ani łatwe, ani tym bardziej – szczególnie dla człowieka bardzo młodego – tanie. Zmieniało się wtedy karty SIM jak rękawiczki, byleby tylko znaleźć ofertę operatora, który np. oferował 100 KB transferu za nie za 20, a za 10 groszy. Przy czym i tak pozwalało to na niezbyt wiele.

Dopiero kiedy w moje ręce trafiło BlackBerry, które za sprawą specyficznej usługi oferowało nielimitowany dostęp do Sieci, zrozumiałem, że to jest to.

Trudno jednak udawać, że to kanadyjska firma przyczyniła się w naszym kraju do popularyzacji mobilnego Internetu. Tytuł popularyzatora dużo bardziej, choć paradoksalnie, należy się Apple’owi jego iPhone’owi. Paradoksalnie, bo urządzenia tego producenta nawet dziś stanowią niewielki odsetek polskiego rynku. Nie ma jednak wątpliwości, że to one ukształtowały to, jak wyglądają, jak działają i do czego służą dziś praktycznie wszystkie urządzenia z tej kategorii.

Steve Jobs first iPhone

Nie było oczywiście tak, że gdy tylko iPhone i jego konkurenci trafili do Polski, Polacy rzucili się na Internet z poziomu tych niewielkich ekranów. Ten proces trwał dość długo, ale dość szybko było widać, gdzie to wszystko zmierza.

Tylko pomiędzy 2010 a 2012 rokiem, liczba osób korzystających z takiej formy dostępu do Internetu wzrosła o 600%, do poziomu 5,5 mln, a jeszcze w 2011 aż 40% użytkowników Sieci w Polsce łączyło się z nią właśnie z telefonu.

Wraz z debiutami kolejnych, coraz potężniejszych kieszonkowych komputerów, klienci w końcu zrozumieli, że potrzebują nie tylko dobrego urządzenia, ale i odpowiednio dobrego połączenia. Aplikacje, streaming muzyki, streaming wideo, przesyłanie większych plików – dziś realizujemy to niemal natychmiastowo. Wtedy, a było to zaledwie kilka lat temu, zajmowało to zdecydowanie więcej czasu.

W większości przypadków wystarczające okazywało się 3G czy 3,5G, ale pewne było jedno – taka sytuacja nie mogła trwać w nieskończoność. Telefony stawały się naszym głównym oknem na cyfrowy świat i nie mogły oferować łączności wolniejszej niż komputery. Nie wspominając już nawet o tabletach czy laptopach, których też przecież nie było sensu stale trzymać na kablu.

Na rozwiązanie tego problemu musieliśmy jednak jeszcze chwilę poczekać, choć czym ono będzie wiedzieliśmy od dłuższego czasu – było nim LTE. Pierwszą publiczną demonstrację działania tej technologii Plus przeprowadził wprawdzie w 2010 roku, a niedługo później rozpoczęły się publiczne testy, ale od testów do wdrożenia na skalę ogólnopolską droga była daleka – konieczna była chociażby wymiana megatony sprzętu starej generacji. Całość zajęła ponad 4 lata, choć komercyjna oferta była dostępna dla ponad 1/5 mieszkańców Polski od końcówki 2011 roku, a w 2012 roku klienci mogli skorzystać z transmisji o maksymalnej prędkości do 150 Mb/s, czyli nawet dwukrotnie wyższej niż w przypadku niektórych konkurentów.

Komputery nareszcie były uwolnione od kabli. Nawet dziś wiele osób posiada w domu wolniejsze łącze szerokopasmowe niż to, co jest w stanie zaoferować LTE. Nic dziwnego, że coraz popularniejsze staje się zastępowanie internetu „gniazdkowego” internetem od operatora komórkowego. Szczególnie, że znika jego największa bolączka – limity na ilość pobranych danych. Najnowsza oferta internetu LTE od Plusa jest ich całkowicie pozbawiona, przez co staje się doskonałą alternatywą dla internetu „z kabla”.

W takiej wersji, jak ta oferowana przez Plusa, to po prostu ma sens.

Komputery i laptopy uwolnione, pozostały więc telefony. I znów musieliśmy czekać rok i znów z odsieczą przyszedł nam Plus. To właśnie on, pod koniec 2012 roku zakończył testy LTE w smartfonach i jako pierwszy wprowadził je w Polsce do swojej oferty. Zaczęło się od dwóch Lumii – 820 i 920, następnie pojawił się Galaxy S3 i Galaxy Note 2. Mogliśmy już z czystym sercem powiedzieć, że cały Internet był faktycznie w naszym zasięgu i w naszej kieszeni.

nokia-lumia-920-pakiet-microsoft-office-windows-phone-smartfon

Nie rozwiązaliśmy wprawdzie wszystkich problemów z nieograniczonym dostępem do Internetu, ale wystarczy spojrzeć na to, jak drastycznie zmienił się cały obraz tego rynku w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Od uruchomienia pierwszej polskiej kafejki internetowej nie minęły nawet dwie dekady. Od momentu kiedy Internet w ogóle pojawił się w Polsce – zaledwie kilka lat więcej. Pierwszy raz Internet w telefonie zawitał do nas 15 lat temu, wraz z wysokimi cenami i transmisją na poziomie 56 kbit/s. Po raz pierwszy z Internetu w domowym zaciszu, bez martwienia się o koszta, mogliśmy skorzystać niecałe 14 lat temu, ale dopiero kilka lat później stał się on przystępny cenowo dla większej części społeczeństwa.

Od wprowadzenia EDGE czy 3G, nie mówiąc już o kolejnych, szybszych i wydajniejszych technologiach, trudno nawet mówić w kontekście „historii”. Wiele osób w naszym kraju jeździ samochodami, które nadal są w pełni sprawne, a pojawiły się na rynku jeszcze zanim w Polsce dokonano pierwszego komercyjnego mobilnego transferu danych! Spora część Internautów jest natomiast zbyt młoda, żeby pamiętać, jaki dźwięk wydawał modem w trakcie nawiązywania połączenia.

Zaczynaliśmy więc od śmiesznych dziś, przewodowych kilkudziesięciu kilobitów na sekundę, dostępnych tylko na komputerze za bajońskie kwoty. Dziś nasz telefon (a także komputer) oferuje nam transmisję na poziomie ponad 100 megabitów na sekundę i ciągle nam mało. I z całą pewnością nie jest to koniec.

 

* Grafiki: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement