Jak prostaczki zabrały mi internet. Prawie nie o uchodźcach

Artykuł/Blog Forum 18.09.2015
Jak prostaczki zabrały mi internet. Prawie nie o uchodźcach

Jak prostaczki zabrały mi internet. Prawie nie o uchodźcach

Tekst ukazał się pierwotnie na Blog Forum Spider’s Web.

Słownik pojęć:
prostaczek – osoba o wąskim światopoglądzie, zamknięta na inność, nietolerująca wszystkiego, co nieznane, nietypowe. Od momentu, gdy nauka stała się modą i sposobem na poprawienie samooceny, coraz częściej jest osobą wykształconą. Swoje zacofanie i brak wrażliwości usprawiedliwia byciem patriotą lub Polakiem. Wiedzę o ludziach czerpie z portali plotkarskich, demotów i krótkich filmików na YouTube.

Czym się różnił internet sprzed 10-15 lat od obecnego? Przede wszystkim nie był dla prostaczków, bo ci po prostu nie widzieli, co mieliby w nim robić. Do kafejek chodzili podziwiać spam w swojej poczcie, grali w Counter Strike i wracali oglądać seriale. Tymczasem internet (wówczas pisany z wielkiej) miał swój wielki moment, a to dzięki ludziom szukającym czegoś nowego, czegoś bardziej intrygującego niż proponowała telewizja czy kolorowa prasa. Prostaczki zazwyczaj pytali – „co ty tam robisz w tym internecie?”, „mnie to nudzi, po co ci to”. Nic dziwnego, że ich to nie pociągało, bo jeszcze nie było dla nich treści. Nie było popytu, nie było podaży.

W internecie sprzed 15 lat nikt nikogo nie namawiał do samobójstwa ze względu na orientację.

Zresztą nie było tam dzieci, które mogłyby paść ofiarą hejtu. “Inność” w sieci nie była wydarzeniem, pozostawała nickiem na jednym z tysięcy forów internetowych. Jakoś każdy wiedział, że są ludzie o innych poglądach, ale nic z tym nie robił. O dziwo w tej złej, nietolerancyjnej Polsce nie było murów w internecie. Nie twierdzę, że nie było zagrożeń, że wszystko było prawe i piękne, ale złe zjawiska pozostawały złymi i tylko wegetowały gdzieś w czeluściach internetu.

Zabawne było, że osobę, która wówczas korzystała z sieci, nazywano informatykiem. Ale dzięki temu ludzie niezainteresowani komputerami (zacofani, bo już było wiadomo, że to przyszłość) bali się samego słowa internet; „Internaty? A gdzie tam, ja tam nie wiem,co to”. Co więcej, by móc zaistnieć w sieci, trzeba było umieć zrobić sobie stronę internetową, a to już dyskwalifikowało ciemną masę. Dopiero potem powstały platformy blogowe, gdzie prostaczki udzielały się sporadycznie, raczej nie lubiły pisać, dyskusja nie jest ich ulubioną formą ekspresji. Śmieszne filmiki – chyba to ich tu przyciągnęło. Gdyby nie to, nadal siedzieli by z piwem przed telewizorem, albo wywijali koziołki na trzepaku.

Powstanie platform społecznościowym nagoniło do internetu najgorszy element, który chciał w nim być, bo „Zośka zza płotu ma konto na NK więc ja też muszę”. Wciskanie internetu w komórki było gwoździem do trumny. Wiedza tajemna została rozkradziona i stargana, stała się ogólnodostępna.

Tak już jest na Ziemi, że istoty tolerancyjne, wrażliwe, ciekawe świata lub po prostu rozumne zawsze stanowiły nieliczny procent społeczności.

Zawsze były mniejszością, ale jednak uprzywilejowaną. Kiedyś zwano ich humanistami, teraz są lewakami, zboczeńcami, patologią. Taką etykietę przykleili im prostaczki, przy okazji siebie zwąc Narodowcami. Wzbraniałem się przed użyciem określeń pejoratywnie zabarwionych polityką, ale nie dało się, niewielu by mnie zrozumiało. Bo internet uprościł wszystko, łącznie z nazywaniem typów osobowości – i z choleryka, sangwika, i melancholika zrobił się narodowiec albo lewak. Najmłodsi nie wiedzą, że istnieją jacyś inni ludzie, pozostały dwa typy, nawet podział na płeć przestał mieć znaczenie.

Prostaczki dobrze czują się w sieci, bo teraz stanowią większość; tak jak kiedyś rządzili na podwórku, grupowali się w gangi i ośmieszali słabszych (w ich mniemaniu). W internecie są arbitrami z racji ich wielości i to od nich należy doić kasę, to dla nich powstają wszelakie społecznościowe instrumenty hejtu. To oni nie potrafią żyć bez fejsbuka. Im większy analfabeta, tym więcej znajomych. Im mniej do powiedzenia, tym więcej postów na dobę. Zresztą nie trzeba wiele mówić, zawsze można wkleić złote myśli z demotywatorów, czy innych pseudomądrych kombajnów gównotreści.

15 lat temu nie było miejsca dla portalu, gdzie oszukuje się swoich znajomych, udając kogoś, kim się nie jest.

Do powstania społecznościówek niezbędne były stwory z niską samokrytyką, które żyją w przekonaniu, że wszystkich mogą oszukać. Dzięki fejsbukowi wreszcie zatuszowali swoje prawdziwe ja, znaleźli podobnych sobie, którzy nie mają nic przeciwko, by być oszukiwanym. Dowartościowują się deklaracjami, że są szczęśliwi, bo przecież bycie smutnym jest takie niemodne i w ogóle znajomi by się śmiali.

Wzbudzanie zazdrości też jest ważne, to podstawa internetowej egzystencji i nieważne, czy w jej celu używa się prawdy, czy całkowicie wyimaginowanych przeżyć – i tak tego nikt nie sprawdzi. Jak już tamten zazdrości, to żeby nie nakrył niechlubnych skłonności, trzeba dać mu lajka pod zdjęciem, którego wcale się nie lubi. A na końcu warto znaleźć kogoś, kogo można medialnie zlinczować, by choć przez chwilę poczuć się lepszym.

I nieważne, czy tamten zrobił coś złego. Bo prostaczek nie analizuje ludzkiej psychiki, w sumie nie analizuje niczego. Dla niego liczy się zewnętrzność, to co na wierzchu, głębsza myśl to słabość, jakieś bezsensowne dumanie.

Zaletą telewizji było to, że nie każdy mógł tam brylować.

Z internetem mogło być podobnie, ale hołota jak kwas w końcu się przeżarła, doszła do głosu i posadziła cztery litery na nie swoim. Teraz jest ważną grupą, bo przynosi zyski. Są ich miliony, trzeba o nich dbać, zachęcać jeszcze bardziej. Wymyślmy hasło, że jak Cię nie ma na fejsie to nie istniejesz, potem tak samo z Instagramem i Snapchatem. Potem powiemy prostaczkom, że jak nie masz kamery w sedesie to jesteś bardzo, bardzo niefajny. I już mamy lans na to, co kto tam wydusił i w jakim kolorze. O ile telewizja była stronnicza i polityczna, to w rozrywce nie było miejsca dla ludzi, którzy nie potrafią się merytorycznie wysłowić. Kres lepszych czasów nadszedł wraz z disco polo, big brotherami i smartfonami dla każdego.

Prostaczki są przekonani, że skoro ich nietolerancyjny hejt czyta ileś tam set osób, to czyta i popiera to cały kraj.

Nie znają statystyk, nie wiedzą, że miesięczna ilość odsłon ich ulubionych serwisów to często 1-2 mln userów. Nawet jeśli z 38 mln obywateli odliczymy starców i niemowlęta, to przecież niewiele. Jednak to ich przelajkowane przekonanie o prawości ich poglądów sprawia, że są jeszcze bardziej śmiali, idą spać ze świadomością, że ich myśli są dobre, że to oni mają rację. Utwierdzają się w swojej głupocie w najlepsze i epatują durnotą na fejsie. W realu nikt by ich nie słuchał, bo tam trzeba mieć argumenty, dobierać słowa, szukać porozumienia.

Teraz prostaczki nie zajmują się komentowaniem śmiesznych filmików, zaczęli wypowiadać się na najważniejsze tematy. Tfu… wypowiadać, udzielać. A gdzie leży racja? Prawda zawsze jest pośrodku, ale właśnie ten środek jest najtrudniejszy do wyartykuowania i przedstawienia w mainstreamowych mediach. Rozważenie wszystkich za i przeciw, dlaczego i po co, jest złotym środkiem i prawdą o większości problemów społecznych. Ale prostaczek nigdy ich nie wykopie, nigdy ich nie przeanalizuje. On nie widzi pośrednich kolorów, wszystko jest czarne albo białe; arabska dziewczynka wysadzi się w Raduszcu Starym, ksiądz zmolestuje 14-letnie niemowlę, a gej adoptuje Sebie ukochanego syna z wakacyjnej wpadki.

Kiedyś najpopularniejszymi platformami były fora. Musiały wyginąć, bo żeby coś napisać, trzeba nie tyle potrafić, ale lubić myśleć. Wyobrażacie sobie Janusza, który wypowiada się na forum, używając zdania wielokrotnie złożonego? Obecna komunikacja, to memy, emotionki, slogany i linki do filmików. I takim językiem rozmawia się o bezrobociu, uchodźcach i wychowaniu dzieci. Niby nic szkodliwego, ale to ma odbiorców, to kształtuje światopogląd, to czyta Brajanek i Andźelika.

PS.

Tekst nie ma na celu nikogo obrazić. Chodzi tylko o zmobilizowanie do myślenia.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement