JAK OSIĄGNĄĆ SUKCES, czyli polećmy na Marsa

Felieton/Nauka 13.09.2015
JAK OSIĄGNĄĆ SUKCES, czyli polećmy na Marsa

JAK OSIĄGNĄĆ SUKCES, czyli polećmy na Marsa

– Mocniej! Ty też dasz radę! Jeśli nie ty to kto!
– Przebiegniesz maraton! Napiszesz książkę! Polecisz na Marsa!

Od dłuższego czasu zewsząd dobiegają mnie zachęcające hasła, które tyle są warte, co morska woda dla spragnionego marynarza. Żyjemy w świecie, w którym podobno każdy może osiągnąć sukces w dowolnej dziedzinie. Najważniejsze to uwierzyć w siebie. Przebiegniemy maraton, jeśli sięgniemy do pokładów naszych psychicznych mocy. Skonstruujemy znakomity komputer, jeśli tylko bardzo się napniemy. Być może odkryjemy nową cywilizację albo nawet „złoty pociąg”, jeśli tylko poświęcimy trochę naszego wolnego czasu. Ale przede wszystkim będziemy bardzo tego chcieli.

Kiedyś świat nie był równie „zachęcającym” miejscem. W tamtych nie tak znowu odległych czasach jak otyłe dziecko nie potrafiło zrobić fikołka, to koledzy śmiali się z niego, a nie przekonywali:
– Dasz radę! Jak nie ty to kto?

O ile pamiętam, samobójstwa wówczas nie zdarzały się częściej, niż dzisiaj. Co wskazywałoby na to, że brutalna prawda nie jest zdecydowanie gorsza, niż bezmyślne i bezustanne klepanie słów zachęty.

Ze światem, w którym każdy może wszystko, zetknąłem się gdzieś tak w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Dość dokładnie pamiętam ten zadziwiający moment. Pisałem z Mariuszem Szczygłem cover-story do pierwszego numeru kolorowego magazynu „Gazety Wyborczej” (dziś jego następca to „Duży Format”). Tekst pokazywał różnych ludzi, którzy odnieśli w życiu jakiś swój mały sukces. Przy okazji poszliśmy do pewnej pani psycholog porozmawiać, skąd się biorą w życiu sukcesy. (W owych czasach na wywiady udawało się osobiście, a nie wysyłało mailem listę pytań). Owa pani psycholog wyznawała teorię afirmacji. Według niej rano należało powiedzieć: – Dziś poderwę piękną dziewczynę – i rzecz jasna sukces mieliśmy jak w banku. Wówczas jeszcze banki uznawano za synonim pewności, bowiem ludzie nie brali kredytów we frankach.

Przy afirmowaniu należało tylko bardzo uważać z używanymi czasami. Bo jak się zamantrowało: – Rzucę palenie, to człowiek fiksował się na myśli, że rzuci w przyszłości a nie w teraźniejszości. I mógł tak rzucać do końca świata.

Wypróbowałem polecaną metodę, niestety bez szczególnego powodzenia. Ale przypomniała mi się, gdy w te wakacje przeczytałem hurtem kilka biograficznych książek o różnych sportowcach. Zwykle mam takie napady – albo czytam pod rząd kilka pozycji jednego autora, albo na jakiś szczególny temat.

Wszystkie te książki były niemalże takie same – moglibyśmy zmieniać w nich nazwiska, a cała narracja byłaby taka sama. Z każdej można było dowiedzieć się, jak dzięki mocnej wierze w siebie i solidnej pracy można osiągnąć w sporcie fantastyczne rezultaty.

Czytałem na przykład, że pracownica biurowa została supermistrzynią triathlonu. Albo alkoholik rozstał się z nałogiem i wygrywa ultramaratony. Przypadkowi ludzie, którzy znaleźli się na szczycie, bo dużo ćwiczyli i uwierzyli w siebie.

Guzik prawda, najdelikatniej mówiąc.

Wczytując się dokładniej można było w tych książkach znaleźć potwierdzenie, że cała ta praca i wiara w siebie byłaby nic nie warta, gdyby nie talent. Zwykle te informacje jednak ginęły w głównym nurcie akcji.

Pracownica biurowa już w młodości z sukcesami trenowała pływanie. Biegacz jako nastolatek startował w „przełajach”. Może zresztą było odwrotnie, te wszystkie książki zlały mi się w jedną podobną opowieść. W każdym razie ich bohaterowie sportowy talent mieli od urodzenia, tylko w pewnym momencie życia przestali z niego korzystać. Bez tego talentu mogliby do końca świata bezowocnie powtarzać, że wszystko im się uda. Ich organizmy od początku były jednak ponadprzeciętne i to właśnie pozwoliło, aby po powrocie do sportu ciężki trening zaprowadził ich na szczyty.

Zwykle czytamy książki napisane przez tych, którym się udało. Nie czytamy tych – bo nikt by ich nie wydał ani nie kupił – które napisałyby miliony ludzi, którym się nie udało.

fit fitness bieganie sport trening

A przecież w sumie byłyby bardzo podobne. Oto alkoholik w ramach terapii zaczyna biegać. Zasuwa jak szalony, bo w końcu wiele osób przyznaje, że bieganie to też forma uzależnienia. Oto sfrustrowana pracownica korporacji zabiera się za triathlon. Treningami wypełnia niemal cały swój wolny czas. Oboje programują swoją psychikę na zwycięstwa. Powtarzają sobie magiczne mantry i nawet z dnia na dzień są coraz lepsi. Dopóki trenują, ich wspomnienia niemalże nie różnią się od tych spisanych przez mistrzów sportu.

Niestety, kiedy docieramy do rozdziałów traktujących o współzawodnictwie, nasi bohaterowie nie odnoszą żadnych sukcesów. Jak tysiące otaczających ich innych sportowców. Jakąś swoją, osobistą satysfakcje rzecz jasna się cieszą – ale przecież nie jest to temat na żaden bestseller.

I co im wówczas po tych wszystkich słowach zachęty?

A to przecież one zapełniają mniej więcej jedną trzecią objętości książek poświęconych ćwiczeniom fizycznym. Bardzo współczuję autorom, którzy muszą wymyślać te mantry. Mój kolega zawsze twierdził, że nic tak nie męczy, jak udawanie uczciwej pracy.

Podobnie sprawa wygląda w pisarstwie. Pewnego dnia delektując się z jednym z moich wydawców upalnym popołudniem wdaliśmy się w pogawędkę o tym, skąd się biorą pisarze. Ów wydawca był przekonany – być może nawet bardziej niż ja – że jak komuś brakuje talentu, to może dniami i nocami harować, a efekt tego będzie żaden. Ciężka praca owszem przydaje się, ale znacznie ważniejszy jest talent. Upraszczając: posiadając talent i obijając się prawdopodobnie osiągniesz więcej, niż ciężko pracując, a nie dysponując tymże talentem. Jest to niestety dość przykra konstatacja. Ile byśmy szuflad nie wypełnili własnymi powieściowymi manuskryptami, to mistrzów prozy nie dogonimy.

Nikt jednak nie mówił, że każdy może zostać Leonardem da Vinci. A, przepraszam, zdaje się, że o tym przekonują wszystkie trenerki fitnessu.

Nie chcę lekceważyć przygotowania mentalnego. Z pewnością przyda się w sporcie, gdy już goni się resztką sił – wówczas umysł pozwoli pociągnąć jeszcze parę metrów, choć ciało już dawno ma ochotę położyć się na trawie. Ale nie ulegajmy złudzeniom, że wystarczy mocno wierzyć a nawet – co ważne – ciężko pracować, żeby osiągnąć sukces. Jak nie masz talentu do pisania albo do biegania, to nie trafisz ze swoją książką do księgarni ani nie staniesz na „pudle”. Możesz przeczytać tysiąc poradników ze słowami zachęty i praktycznymi wskazówkami, jak zostać pisarzem w weekend, ale twoja pasja pozostanie wciąż tylko zabawą.

Każdy pisarz czy sportowiec ma swoje marzenia. Każdy też zdaje sobie sprawę, na ile go w tej chwili stać. Sam wiem, ile mniej więcej książek sprzedam i w której lidze pisarskiej gram.

Marzenia przydają się wieczorami przed zaśnięciem, ale to dzięki realizmowi udaje się rano coś włożyć do garnka.

Niestety – nie każdemu z nas uda się osiągnąć w życiu sukces w każdej dziedzinie, która nam się zamarzy. Praca i wiara w siebie pomaga, ale bez talentu nie ma szans na zwycięstwa. Na szczęście można chociaż cieszyć się treningami.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Zdjęcia: Shutterstock

Tagi: , ,

Dołącz do dyskusji

Advertisement