Wiele hałasu o nic, czyli “THORN” Jasona Hunta

Artykuł/Technologie 18.08.2015
Wiele hałasu o nic, czyli “THORN” Jasona Hunta

Wiele hałasu o nic, czyli “THORN” Jasona Hunta

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Pisząc recenzję “THORN-a”, jestem na straconej pozycji. Bo książka nie zmieniła mojego życia, ani nie chcę przeczytać jej jeszcze raz. Po prawdzie pierwszy raz też nie bardzo chciałam, ale jako że pisałam o zamieszaniu wokół niej, stwierdziłam, że jest to jednak mój obowiązek. Parę osób zarzuciło mi ostatnio, że coś krytykuję (nie krytykowałam całego dzieła literackiego), choć nie znam (nie znałam wówczas książki Jasona Hunta, to nie ulega wątpliwości).

Gdybym przyklasnęła Jasonowi Huntowi tak, jak zrobiła to większość blogosfery, mój tekst byłby po prostu kolejną porcją miodu na jego serce. A tak pozostanie niezauważony, a co najwyżej wyśmiany. Jeśli ktoś “ważny” go przeczyta, powie pewnie, że chcę ogrzać się w blasku Kominka (he, he) i przy okazji wbić mu nóż w plecy. Bo tak podobno dzisiaj zdobywa się popularność.

Swoją drogą, jakbyśmy nie ocenili “THORN-a”, trzeba przyznać Tomkowi Tomczykowi, że potrafi zainteresować swoją osobą i tym, co spod jego ręki wychodzi, wiele osób. Nawet tych, którzy mają do niego stosunek, delikatnie mówiąc, pogardliwy. Wielu zasłużonych pisarzy nie odczuwa pewnie takiego szumu związanego z ich osobą, co Kominek. I to jeszcze przed oficjalną premierą swojej czwartej, nota bene, książki.

01_2_THORN_Instagram_2500x2500

Nie mam zamiaru tym tekstem nikomu niczego udowadniać, ale miło mi będzie jeśli dołożę cegiełkę do zerwania tej zmowy… milczenia. Milczenia na temat tego, że “THORN” nie jest dziełem wybitnym. Nie będę hejtować, bo w istocie, ta książka na hejt nie zasługuje. Ale na uwielbienie też nie. I na pewno nie wypada stawiać jej na jednej półce z takimi tworami kultury jak “Buszujący w zbożu” czy “Fight Club”, jak uczynił to w swojej recenzji Paweł Opydo.

“THORN” to książka, która “chce być”. “Chce być” to chyba najlepsze nań określenie.

Bo chce być jedyna w swoim rodzaju, a nie jest. Bo chce być gawędą na współczesną modłę, a wychodzi jej to średnio (choć właściwie to “chcenie” wypada na tle innych najlepiej) i przy takich powieściach jak “Pokalanie” Czerwińskiego, nie mówiąc już o “Buszującym w zbożu” Jerome’a D. Salingera, wypada blado. Staje się niewidzialna, przestaje istnieć. Bo chce być satyrą i chce czerpać z dorobku postmodernistów. Bo chce być głęboka, a przytłaczająca większość znajdujących się w niej sentencji, złotych myśli, czy jak tam zwał te zdania, jest głęboka jak kałuża.

Największy problem z “THORN-em” jest taki, że to książka dość nijaka i jednowymiarowa. Płaska. Ale za wszelką cenę stara się (znowu – chce być) inna. Choćby dzięki temu, że ponoć skrywa zagadki. Na Facebooku powstała grupa, do której należy sam autor, a w której wszyscy fani Jasona Hunta i jego nowej powieści dzielą się na jej temat przemyśleniami. Próbują rozwikłać różne ukryte znaczenia, pojawiające się w treści. Niektórzy wszem i wobec dzielą się z innymi nowiną, że postanowili jeszcze raz “THORN-a” przeczytać lub że właśnie to czynią.

thorn-kupic

Szczerze mówiąc, czy raczej pisząc (wierzcie mi, ta recenzja pochodzi z głębi serca) zupełnie ich nie rozumiem. Nie neguję tego zachwytu. Dobra, kupiłam to – innym naprawdę się to podoba jak nic innego na świecie, są prawdziwi w swojej fascynacji, ekscytacji i wszystkich innych pozytywnych uczuciach, których nazw już nie pamiętam. Za cholerę nie widzę jednak powodu, by tę książkę czytać jeszcze raz. Przez ostatnie 100 stron (tam już zaczynają się te motywacje; w końcu to powieść motywacyjna) ledwo przebrnęłam. Poniekąd dlatego, że te fragmenty były nudne i nie bardzo obchodzi mnie, w jaki sposób uszczęśliwiać nieszczęśliwych i niespełnionych chce Kominek, a poniekąd dlatego, że widzę jakąś sprzeczność w jego wizji świata. Naiwność.

Jason Hunt chce byśmy z jednej strony uwierzyli, że lubi ludzi. Z drugiej strony jego pomysł na życie dobitnie uświadamia nam, że jeśli Hunt lubi jakiegoś człowieka to najpewniej samego siebie.

Nie widzę żadnego powodu, poza recenzenckim obowiązkiem, aby przeczytać kolejną część (ta zaplanowana jest na wiosnę 2016 roku). Zagadka ukryta w książce mnie nie interesuje (zapewne według autora i jego wyznawców jestem zwyczajnie za głupia, by się jej przyjrzeć), a główny bohater niespecjalnie urzeka. Nie czuję do niego sympatii.

Czego książce Jasona Hunta odmówić jednak nie można to tego, że szybko się ją czyta. Książka liczy ponad 300 stron, choć powinna ze 150 (o tym za chwilę), więc to naprawdę lektura na jeden wieczór. Wiem, co mówię, czytałam na cztery razy.

thorn-cena

Zanim wszyscy książkę przeczytali, zdążyli zachwycić się tym, jak jest wydana. Rzeczywiście o jakość materiałów nie ma się co sprzeczać. Papier jest świetny, okładka porządna, cud, miód, malina. Ale na tym naprawdę kończy się mój zachwyt nad jej wydaniem. Grafika tytułowa wydaje mi się dość tania i nie w moim stylu. I do tego te wytłuszczenia, kapitaliki, wersaliki i inne dziwne zabiegi, które – jak słusznie zauważyła Katarzyna Czajka z bloga Zwierz Popkulturalny – raczej kojarzą się z liberaturą, choć raczej nie o to Jasonowi Huntowi chodziło. Wyróżnienie “ważnych cytatów” to taki prawy sierpowy w policzek czytającego. Odbiorca zwykle nie jest aż taką niedorajdą, by nie zauważyć, co w książce jest ważne. A może, zamiast zagadki, miałby więcej frajdy mogąc samemu zdecydować co dla niego jest istotne?

Zupełnie nie rozumiem takiego zapisu zdań, sposobu wydania książki, która przez to sztucznie zyskuje na objętości. I trąci kiczem.

“THORN” to powieść wyłącznie dla fanów Kominka, którzy w dodatku znajdą tam ponoć część jego wpisów w zmienionej formie. Ja na szczęście nie miałam wrażenia, że czytam jeszcze raz to samo, no może poza tymi fragmentami poświęconymi jego filozofii życiowej. Czytelnik, który nie należy do fanklubu Jasona Hunta nie znajdzie w tej książce nic porywającego, nic, co miałoby sprawić, że przeczyta ją jeszcze raz itd., itd. Ale mimo to nie jest to książka bardzo zła. Raczej po prostu średnio udana, choć chciała być dziełem, jeśli nie epokowym, to przynajmniej dziełem życia Tomczyka.

A jest do zapomnienia, choć jej autor pewnie postara się o to, aby tak nie było.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Dołącz do dyskusji

Advertisement