Śmierć w Sieci, strach w Sieci

Felieton/Social media 31.08.2015
Śmierć w Sieci, strach w Sieci

Śmierć w Sieci, strach w Sieci

Nie wiem, jak często widuję w Sieci śmierć. Mam wrażenie, że codziennie – mam wrażenie, że codziennie ginie ktoś w strzelaninie w Stanach, zastrzelony przez wariata z bronią, terrorystę czy policję. Rzadziej w ataku terrorystycznym na różnych krańcach świata, wojnach i i konfliktach zbrojnych kilka tysięcy kilometrów ode mnie, czasem w wypadku. Śmierć – moment, w którym ktoś ginie, w którym znikają jego myśli, nadzieje, marzenia, troski i przyszłość – widuję w praktycznie każdym newsfeedzie. Czasem obok postu o kosmosie, czasem obok zdjęcia z imprezy znajomych.

Czy wypada lajknąć śmierć? A co z retweetem? Daniem serduszka na Insta? Nie boję się śmierci – śmierć jest problemem tylko dla tych, którzy zostają żywi. Może boję się umierania, pędu myśli, świadomości, że już zaraz zniknę, nie pojawię się nigdy więcej, nie odczuję nigdy więcej. Boję się więc świadomości, nie samej śmierci.

Codziennie widuję śmierć i przestałam już nawet odczuwać te wszystkie emocje. Szok, niedowierzanie, smutek, oburzenie – nie robi to już na mnie wrażenia. Widziałam w necie ludzi zastrzelonych, widziałam tych, którzy ginęli pod kołami, widziałam upadki z dużych wysokości, widziałam nawet katastrofy samolotów, rany kłute które wysysały życie.

Widziałam ostatnio wideo ze strzelaniny na żywo. Dziennikarka przeprowadzała wywiad, były pracownik stacji zastrzelił ją i operatora kamery, ranił kobietę która udzielała wywiadu. Pif, paf, kamera zjechała w dół, dopiero potem okazało się, że dwie osoby nie żyją.

Potem widziałam w mediach próbę poskładania tego wszystkiego. Kto to zrobił? Dlaczego? Jaka była motywacja? Narzeczona operatora siedziała w reżyserce, oglądała wszystko na żywo. Tragedia, panika, wysyłamy stacji dobre myśli i modlitwy, wspieramy i identyfikujemy się z nimi. Nie mam pojęcia, co znaczy identyfikowanie się ze stacją, no ale może brakuje mi emocji.

Coraz częściej okazuje się, że różnoracy zamachowcy mają konta w mediach społecznościowych. Koleś, który zastrzelił policjantów w Nowym Jorku pisał o tym wcześniej na Instagramie i użył emoji przedstawiających broń. Morderca dziennikarki i operatora miał konto na Twitterze, gdzie wylewał swoje codzienne frustracje. Twitter, Instagram czy Facebook usuwają konta morderców, mass-shooterów, czasem ktoś zdąży zrobić screenshota i potem żyje on własnym życiem.

instagram-640x479

Nie rozumiem, dlaczego konta szaleńców, którzy w imię ideologii, frustracji czy problemów psychicznych odbierają innym życie znikają.

Wszyscy próbujemy znaleźć sens w tych wydarzeniach, choć najczęściej go nie ma – to życie, czasem coś się zdarza i nie jest częścią wielkiego planu czy przeznaczenia. Jednak jak mamy szukać sensu, gdy Facebook, Twitter i Instagram wybielają historię? Tak, ten morderca miał konto w waszym serwisie, ludzie będą przeglądać jego wcześniejsze posty, będą je udostępniać dalej, dlaczego udajecie, że nie istniał? Bo nie chcecie, marni tchórze, być wymieniani tuż obok niesławnego, ubrudzonego krwią nazwiska?

Jednak nie macie problemu z tym, by hostować pliki pokazujące śmierć. Nie macie problemu z ludźmi, którzy udostępniają a nie powodują śmierć. Hipokryci.

Już od kilku lat razem z milionami ludzi w Sieci codziennie oglądam śmierć w różnych wydaniach, niemal na żywo i do niedawna miałam nadzieję, że ludzkie tragedie będą miały przynajmniej jeden pozytywny skutek, że nie pójdą na marne. Miałam nadzieję, że uświadomią nam, jak cenne jest życie. To, że może skończyć się w każdym momencie, że nie znamy dnia ani godziny i że powinniśmy szanować je jeszcze mocniej. Cenić swoje życie i życie innych ludzi.

Tymczasem jest tylko jedyny skutek wszechobecnej w Sieci śmierci. Znieczulamy się na nią jednocześnie budując własny strach. Widmo śmierci otacza nas z każdej strony, dwadzieścia cztery godziny na dobę, wyskakuje z nagłówków, filmów, newsów, spomiędzy zdjęć kotków i informacji z Pudla o nowych cyckach celebrytek. Sprawia, że zaczynamy się bać, postawieni przed faktem własnej śmiertelności próbujemy mierzyć się ze świadomością, że możemy zniknąć w każdej sekundzie.

Obroną przed strachem jest nieracjonalność i nienawiść. Nienawiść do innych, do wyimaginowanych wrogów. Nie obchodzi nas, że statystycznie prędzej zginiemy z powodu choroby serca czy wypadku niż z ręki drugiego, szalonego człowieka.

To nie ma znaczenia, bo wydaje nam się, że szaleństwu możemy zaradzić – wzmocnioną ochroną lotnisk czy dworców, przeszukaniami torebek i plecaków czy budowaniem ogrodzeń na granicach żeby ONI nie weszli.

Zamiast cenić każde życie mocniej, cenimy swoje bardziej, innych mniej. To smutny skutek śmierci na tapnięcie ekranu w telefonie.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji