Skrępowani w Internecie, czyli o tym, co wypada w Sieci, a co nie i gdzie w tym wszystkim jest szczerość

Felieton/Technologie 21.08.2015
Skrępowani w Internecie, czyli o tym, co wypada w Sieci, a co nie i gdzie w tym wszystkim jest szczerość

Skrępowani w Internecie, czyli o tym, co wypada w Sieci, a co nie i gdzie w tym wszystkim jest szczerość

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Internet cały czas mniej lub bardziej żyje książką Jasona Hunta, a dla mnie “THORN” stał się bodźcem do refleksji, które nie są już bezpośrednio związane z treścią powieści. Z tym rozprawiłam się parę dni temu i wystarczy. Te refleksje, które książka Kominka zapoczątkowała, dotyczą kwestii znacznie poważniejszych. A mianowicie idealizmu, szczerości, dążenia do prawdy i szeroko pojętego poczucia misji.

Niedawno, przeglądając Facebooka, trafiłam na jeden wpis, który zwrócił moją uwagę bardziej niż inne. Zwrócił moją uwagę i sprawił, że poczułam się nieswojo. Źle. Autorem tego posta jest twórca bloga “Lektura Obowiązkowa”, a jako że darzę to miejsce sympatią, tym bardziej poczułam się w jakiś sposób zawiedziona. Lojalnie muszę uprzedzić, że nie mogę mieć pewności co do motywacji autora, ale na podstawie tego, co dzieje się w Internecie i blogosferze od jakiegoś czasu, mogę przypuszczać, o co chodziło. Mogę też tak założyć, czytając komentarze pod jego postem, który zobaczyć możecie poniżej.

Mam książkę Jasona Hunta “Thorn” i teraz pytanie do Was. Mam czytać i napisać, co o niej myślę, czy zostawić ją w spokoju i zostać ninją?

Posted by Lektura Obowiązkowa on 20 sierpnia 2015

 

Być może jestem idealistką, być może to właśnie ja, a nie reszta świata żyje w bańce, ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że nie wypowiadam się o czymś z wygody czy dla bezpieczeństwa (a w sumie czuję jakąś potrzebę wypowiedzenia komentarza), zwłaszcza jeśli mówimy o obszarze tzw. krytyki literackiej, choć nie nadużywałabym tego pojęcia. Z łezką w oku wspominam czytane polemiki, których autorami byli Tadeusz Boy-Żeleński i Karol Irzykowski. Oni nie bali się pisać, co myślą o sobie nawzajem (a raczej o swojej twórczości) i robili to z gracją, dowcipem okraszonym intelektem. Dziś w Internecie pewnych rzeczy, na przykład recenzji książki osoby należącej do tego samego środowiska, tj. blogosfery, się nie pisze.

Bo lepiej przemilczeć. Bo nie wypada. Bo ktoś w odwecie skrytykuje mnie, nawet bezzasadnie. Bo skrytykuje mnie cała armia.

Ten sam dyskomfort czułam, kiedy przeczytałam recenzję “THORN-a” Katarzyny Czajki. Co prawda Zwierz Popkulturalny tekst napisał (i to naprawdę rozsądny, wyważony), ale również przez chwilę zastanawiał się nad tym, czy lepiej tego nie robić, a może napisać nieco inaczej. Cieszę się, że powstała szczera recenzja, a nie coś nieprawdziwego, co jednakowoż byłoby po myśli autora, popularnego blogera.

Wchodząc do Internetu, chcę wierzyć, że opinie ludzi, którzy je wygłaszają, są zgodne z tym co ci ludzie tak naprawdę myślą. I tu wcale nie chodzi o hejt. Dziś zbyt łatwo krytykę wrzucamy do jednego hejterskiego worka. Chodzi o rzetelność. O poczucie dobrego smaku. O sumienie, czy jak tam chcecie sobie nazwać po prostu bycie fair w stosunku do siebie, autora i czytelników.

cenzura internetu

Uciekanie od wyrażania szczerej opinii ma wiele skutków. To nie tylko przypięcie sobie łatki mdłego konformisty (głęboko wierzę, że nigdy nie da się wszystkich zadowolić, jakkolwiek by się nie starało), ale także kreowanie alternatywnej rzeczywistości. Jeśli autor książki nie przeczyta negatywnej recenzji na jej temat, pomimo że powieść w rzeczywistości nie ma samych fanów, będzie miał mylne wrażenie i będzie wprowadzony w błąd.

Nie chodzi o to, by komuś dokopać i śmiać się z już leżącego, ale by dać wskazówki, zmusić do refleksji, pokazać braki, zainicjować dyskusję. Inaczej to po prostu niezdrowe dla twórcy, ale i dla jego potencjalnych czytelników, którzy szukając opinii o danym dziele, szukają jej… No właśnie gdzie? W różnego rodzaju mediach, które produkują teksty opiniotwórcze, czyli recenzje, felietony. A te nie powinny NIGDY powstawać zgodnie z wypowiadanym stwierdzeniem (jednym z najgłupszych i najbardziej szkodliwych, jakie w swoim życiu słyszałam): “jak ci się nie podoba, to nie oglądaj” lub “po co o tym piszecie i promujecie tym samym chłam?”.

Boli mnie, że miejsce, w którym domyślnie każdy miał być równy i które miało być przestrzenią, by móc wyrazić to, co się myśli, staje się miejscem, w którym trzeba działać tak, by komuś nie zaleźć za skórę, by komuś się przypodobać. Trzeba się szczypać i bać. Przejmować trollami, którzy – jeśli wyrazimy jakąś opinię o konkretnym twórcy – nas zaatakują. Chcemy szczerości, autentyczności, domagamy się tego od blogosfery, od Internetu w ogóle, a jednocześnie dokładamy cegiełkę do wszechobecnego fałszu, chowając głowy w piasek.

Przypadki, które stały się powodem napisania tego tekstu, dotyczące przytoczonych osób są jednostkowe. To małe punkty na mapie. Ale takich sytuacji, jeśli spojrzymy na całą Sieć i jej twórców, jest więcej. A to niestety w konsekwencji prowadzi do tego, że całość wygląda po prostu źle. Że w Internecie, który miał być synonimem wolności (nie mam złudzeń, że dawno przestał być czy raczej nigdy tak naprawdę nim nie był) czujemy się skrępowani.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

* Grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement