Nie rozumiem przeciwników gier na wyłączność. To one nadają całej branży jakości i kolorytu

Felieton/Gry 28.08.2015
Nie rozumiem przeciwników gier na wyłączność. To one nadają całej branży jakości i kolorytu

Nie rozumiem przeciwników gier na wyłączność. To one nadają całej branży jakości i kolorytu

Gry na wyłączność. Wychodzi ich kilkanaście na rok, a budzą większe emocje, niż wszystkie pozostałe produkcje razem wzięte. Internauci gryzą się w komentarzach pod recenzjami, sabotują oceny na Metacritic i spekulują, które to ekskluzywne tytuły wyniosą jedną platformę na piedestał, z kolei inną położą do grobu. No jak można tego nie uwielbiać?

Do teraz pamiętam, jak podczas wspólnego oglądania jednej z konferencji na E3, mój redakcyjny kolega (czy będzie nim dalej, po publikacji tego tekstu – to się okaże) Piotr Grabiec wypowiedział zdanie, które dosłownie wypaliło się w mojej czaszce. Jak jakiś stalowy, rozgrzany do czerwoności stempel przystawiony do skóry.

„Gry na wyłączność są bez sensu”

Rozmawiając dłużej, Piotr wytłumaczył mi swój punkt widzenia. Jego zdaniem na produkcjach na wyłączność zawsze traci gracz. Mój redakcyjny kolega chciałby, aby dostęp do gier nie był blokowany wymogiem posiadania danej, konkretnej konsoli. Piękna wizja, ładne podejście, tyle tylko, że nudne jak flaki z olejem. No i oderwane od rynkowej rzeczywistości w wielu obszarach tech.

Jak widać wielu deweloperów próbowało zapełnić pustkę po Snake'u

Android, iOS i Windows Phone. Chrome OS, Ubuntu, Windows oraz OS X. Różnice między tymi systemami nie sprowadzają się jedynie do ich wyglądu oraz możliwości, ale także współpracy ze stronami trzecimi i producentami zewnętrznego oprogramowania. Opcja korzystania z emulatorów na Androidzie, Windows 10 Mobile ze swoimi uniwersalnymi aplikacjami czy iOS z mnóstwem gier niedostępnych nigdzie indziej – to wszystko sprawia, że technologiczne gadżety i narzędzia, z których korzystamy na co dzień, stają się naprawdę ciekawe. Nabierają charakteru.

Gdyby każdy system oferował te same aplikacje i możliwości – po co w zasadzie podejmować decyzję o zakupie? Równie dobrze można przeprowadzić losowanie. Zróżnicowanie poszczególnych produktów i ofert to właśnie to, co kręci mnie najbardziej. Note 4 ma to. Z kolei iPhone 6 ma tamto. Na najnowszej Lumii możesz zrobić tak, tak i tak. Możemy zazdrościć innym możliwości ich urządzeń. Możemy czuć, że dokonaliśmy lepszej inwestycji niż pozostali. Możemy mieć w nosie alternatywne rozwiązania, ciesząc się z własnego wyboru. Chyba nikt jednak nie napisze, że debatowanie na temat różnic pomiędzy Windows Phone, iOS i Androidem nas nie napędza i nas nie ciekawi. Przecież po to odwiedzamy Spider’s Web.

Dokładnie tak samo jest z grami wideo. Gdyby każdy tytuł był dostępny na każdej platformie, o ile ta spełnia technologiczne wymagania, byłoby po prostu nudno.

Od zawsze uwielbiałem rywalizację między największymi producentami konsol. Podoba mi się zwłaszcza specyficzny balans i równowaga w utarczkach między Sony i Microsoftem. Zwróćcie uwagę na tę symetrię. Xbox ma Forzę Motorsport, PlayStation dostaje Gran Turismo. Xbox to Forza Horizon, PlayStation to Driveclub. Xbox kusi Sunset Overdrive, PlayStation z kolei serią InFamous. Xbox ma Halo, PlayStation ma Killzone. Microsoft wykupił Tomb Raidera, Sony produkuje nowe Uncharted. Gears of War kontra The Order 1886, Quantum Break przeciwko Horizon Zero Dawn… widzicie ten wzór?

forza motorsport 5

Nie chodzi o to, która gra jest lepsza, która gorsza. Sednem jest sam pojedynek. Przygotowania do niego, jak do bokserskiej walki. Wymiana ciosów na zwiastuny i prezentacje podczas branżowych konferencji. Druga runda to już walka na recenzje i oceny krytyków, zestawiane ze sobą przez internautów. Finałem jest bitwa samych graczy, którzy decydują się za zakup jednej lub drugiej gry, napełniając konta wydawcy i pracując na lepsze wyniki w kwartalnych raportach.

W sieci można znaleźć dziesiątki milionów komentarzy odnoszących się do tego, która ze stron będzie miała w danym roku lepszy line-up. Jaka marka mocniej zamiata, jakie nowe IP odniosło sukces, jaka gra na wyłączność okazała się zmarnowanym potencjałem. Te dyskusje są najbardziej żywe. Najciekawsze. Najbardziej wyraziste i mięsiste. Chcecie porozmawiać o Uncharted 4? Nie ma problemu. Kiedy jednak ktoś wnosi do dyskusji Rise of the Tomb Raider, ta wskakuje na zupełnie nowy poziom.

Nie mam tutaj na myśli wyzwisk i trolli. Chodzi mi o autentyczną debatę toczoną między graczami. Rozbieranie każdej produkcji warstwa po warstwie, porównywanie ze sobą tytułów, analiza najdrobniejszych szczegółów – to napędza ruch w sieci i sprawia, że posiadacze danej platformy czują się w jakiś sposób z nią związani. Gdyby nie było gier na wyłączność, wątpię, żeby to było możliwe.

the last of us remastered 4

Wyobraźmy sobie na moment, że na rynku gier wideo dominują jedynie multiplatformowe tytuły.

Na Xboksie One gram sobie w The Last of Us Remastered, a PlayStation 4 służy mi do sesji z Halo Master Chief Collection. Wygodne? Bardzo. Praktyczne? No pewnie. Ekonomiczne? A jakże. Wystarczy mi przecież tylko jedna konsola do gry, a najlepiej to komputer osobisty. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze mogę przeznaczyć na jeszcze więcej gier lub inne przyjemności. Tyle tylko, że to nie tak działa. Brak licencji i kontrolowanej obecności gier w dłuższej perspektywie może doprowadzić do katastrofy.

Gdyby nie gry na wyłączność, nie byłoby ani wyżej wspomnianego The Last of Us Remastered, ani Halo Master Chief Collection. To nie działa tak, że studio najpierw tworzy grę, a potem sprzedaje ją jednej ze stron. Japan Studio, Naughty Dog, Santa Monica Studio Team ICO, Evolution Studios, Guerilla Games, XDEV – to wszystko studia opłacane bezpośrednio przez Sony. Z kolei Microsoft łoży na takich deweloperów jak Turn 10 Studios, 343 Industries, Mojang czy Lionhead Studios.

TMCC-Halo-4-Infinity-Jungle-Light

Te miejsca pracy, te wylęgarnie świetnych gier, są finansowane przez Sony Computer Entertainment oraz Microsoft Studios. Killzone, God of War, The Last of Us, Gears of War – tych marek po prostu by nie było, gdyby nie wojna na wyłączność. Te serie nigdy by nie powstały, gdyby producentom konsol nie zależało, aby na ich platformie znalazła się wysokiej jakości produkcja.

Szansa, że przy innym sposobie finansowania ci sami ludzie spotkaliby się w tym samym miejscu, zachowali te same kadry i stworzyli tę samą grę, jest bliska zeru.

To naprawdę nie działa w ten sposób, że najpierw powstało świetne The Last of Us, a potem w Sony mówią: „-Świetne, chcemy to u siebie. Kupujemy!” Często jest tak, że to producenci konsoli sugerują podległemu studio, czego potrzebują. Microsoft chciał solidnej gry akcji na wyłączność i tak zrodziło się Gears of War. Co więcej, to za sprawą tej produkcji wartość RAM w konsoli Xbox 360 została podwojona. Oba podmioty uzupełniały się i wspólnie na siebie wpływały.

Gran_Turismo_6_PlayStation_3_gry_samochody_konsole_premiery_sony_gtr_gt3_01

Kiedy więc sądzisz, że gry na wyłączność powinny być wyeliminowane, najprawdopodobniej doszłoby do tego, że te w ogóle by nie powstały. To niestety nie tak, że bez sztucznego ograniczenia dostępu mógłbyś grać w nowe Gran Turismo na komputerze osobistym. Gran Turismo po prostu by nie było. Tak samo jak wielu innych wspaniałych serii.

Branża gier wideo pamięta już historię, kiedy na każdej platformie ukazywało się wszystko, co możliwe.

Sytuacja doprowadziła do wielkiego kryzysu finansowego z 1985 roku, który przyczynił się do bankructwa wielu legendarnych, amerykańskich i europejskich podmiotów. Na skutek braku ograniczeń i rygorów w wydawaniu gier, te bardzo szybko zaczęły tracić na jakości. Gdy miało się możliwość wydania własnej produkcji na dowolną liczbę platform, bez konieczności zgody ich twórców, grywalność zaczęła przegrywać z ilością. Po wielkim boomie na interaktywną zabawę przyszedł jeszcze większy kryzys, w czasie którego klienci odwrócili się plecami do branży gier wideo.

nintendo android 2

Zmianę przyniosło dopiero… Nintendo. Ich NES wszedł na pobojowisko po kryzysie i podbił serca graczy na całym świecie. Udało się to z dwóch powodów. Po pierwsze, Japończycy wprowadzili nowy model dystrybucji, wymagający zatwierdzenia obecności danej gry na ich konsoli. Po drugie, Nintendo pojawiło się na zachodnich rynkach ze świetnym kompletem tytułów na wyłączność, co by wskazać Super Mario Bros., Duck Hunta czy Donkey Konga. Od tego momentu Azjaci rządzili na rynku konsol aż do czasu premiery Xboksa 360. Dwadzieścia lat japońskiej dominacji powinno czegoś uczyć.

Podsumowując – jestem zwolennikiem gier na wyłączność. Ba, uważam, że dzięki nim branża gier wideo jest znacznie bardziej ciekawa i barwna. Jednak nie tylko o komentarze i debaty w sieci tutaj chodzi. Tak zwane „ekskluzywy” to również gwarancja pewnej jakości, a także szansa na powstanie wielu niesamowitych marek i serii. Oczywiście za sprawą ograniczonej dostępności nie każdy zagra w każdą grę.

Patrząc jednak na sukcesy takich IP jak Gears of War czy The Last of Us, to ofiara, którą warto ponieść.

Jest też inny punkt widzenia

grabiec nowe

Szymon cytując moje słowa niejako wywołał mnie do tablicy, dlatego chciałbym zdaniu “gry na wyłączność są bez sensu” nadać odpowiedni kontekst. W wielu kwestiach z Szymonem się zgadzam – głównie z tym, że to dzięki zaangażowaniu Microsoftu i Sony w produkcje ich ekskluzywów powstają świetne gry, które inaczej nie ujrzałyby światła dziennego. Tak zbudowany jest rynek gier wideo i się zresztą z tym pogodziłem wybierając dla siebie konsolę Sony.

Nie odczuwam jednak satysfakcji z tego, że nasz redakcyjny kolega Maciek Gajewski nie pogra w część świetnych tytułów, o których pasjami rozmawiamy z Szymonem na naszym redakcyjnym Slacku. Ba, rozdzielenie platform irytuje mnie też w momencie, w którym w multiplatformową grę pokroju Mortal Kombat X nie zagram z tą garstką znajomych, która wybrała Xboksa One – ani z osobami grającymi na PC, jeśli już przy tym jesteśmy.

Ekskluzywność gier napędza konkurencję i stymuluje rynek. Tak jak już rozumiem i godzę się z tym, że gra sfinansowana przez Sony nie trafi na Xboksa, a studio zależne od Microsoftu nie zrobi gry na PS4, tak podkupywanie niezależnych deweloperów – całościowe jak w przypadku Tomb Raidera, lub częściowe zapewniające dostęp do kilku misji lub modeli posiadaczom wyłącznie jednej platformy – po prostu ogranicza graczy.

W rezultacie rasowy gracz nie powinien decydować, którą konsolę kupi, tylko zastanowić się… którą kupi jako pierwszą. To może jest w porządku, ale tylko w tych krajach, gdzie zakup obu platform nie jest zbyt dużym obciążeniem dla domowego budżetu. U nas niestety, ze względu na brak dopasowania ceny sprzętu do zarobków, mało kto może sobie na to pozwolić.

Nie dziwię się więc posiadaczom PS4, że zazdroszczą kolegom z Xboksem tego nieszczęsnego Tomb Raidera.

Dołącz do dyskusji

Advertisement