Karol Kopańko / 04.08.2015

Życie na birmańskiej prowincji. Suszarnia cegieł, pływające wioski i średniowieczne metody uprawy roli

26 interakcji Przejdź do dyskusji

Mjanma (Birma) to jeden z najbiedniejszych krajów na świecie, który dopiero przed kilkoma laty otworzył się na turystów. Na prowincji można tam poczuć jakby się przeniosło w czasie o dobrych kilka dekad, a niekiedy i wieków. Pola zaorywane wołami, przy użyciu prostych maszyn, “pływające wioski” – to wszystko można spotkać w Mjanmie, przyprawione niezrównanie przyjaznymi uśmiechami Birmańczyków.

Życie w Bagan toczy się wolno, niemal jak przed setkami lat, bo technika uprawy roli nie poszła tu wiele do przodu. Pola pomiędzy świątyniami wypełnione są dojrzewającą w upalnym słońcu kukurydzą. Mimo, że jej zbiory następują tu przez cały rok, to plony określiłbym jako marne. Patrzę tu jednak okiem chłopaka wychowanego na wsi, który w najmłodszych latach biegał pomiędzy dwuipółmetrowymi łodygami kukurydzy. Tu zaś najwyżej sięgały mi do pasa, choć domyślam się, że nie korzystały też z dobrodziejstwa nawozów, więc rosły w pełni naturalnie.

Ziemię spulchnia się w Bagan najczęściej miniaturowym kultywatorem ciągniętym przez wcale nieminiaturowe woły. Konstrukcja maszyny jest prosta prawie jak budowa cepa, a sam proces wypełniony pokrzykiwaniami na zwierzęta, które nie zawsze rozumieją, że wraz z końcem pola należy zawrócić; za to trzymają prawie idealną linię prostą.

Rolnik na polu spędza cały dzień, co poznać można po zabieranych przez niego menażkach z ryżem i sosami, które wśród traw skrywają się przed promieniami słońca. Cień rzucają na nie solidne, drewniane koła wozu, w który zaprzęga się woły, aby wrócić do domu.

Co zaskakujące, główna droga wokół Bagan jest płaska jak stół. Asfalt raz wylany nie niszczeje pod drewnianymi, obitymi żelastwem kołami, a także pod rowerami turystów. Aby dojechać do świątyń, albo mniejszych wiosek trzeba jednak niekiedy zejść z roweru bo jego opony giną w sypkim piasku.

Ceglane manufaktury

Niewielkie osady powstają naturalnie, tam gdzie są dobre warunki, np. do suszenia cegieł. Gdzie jest dość blisko, aby glinę występującą w ziemi, zmieszać z mułem rzecznym, dodać nieco trawy lub słomy i następnie uformować prostopadłościenny blok, odstawiany do wysuszenia.

Każda z takich cegieł opatrzona jest znakiem swojego wytwórcy, wyrytym w formie. Każda zapewnia też wystarczającą ochronę w klimacie suchym i gorącym. Choć rozpłynie się przy dużych opadach, to przez długi czas ochroni przed wiatrem i da cień, a zapłacić za nią trzeba bardzo niewiele.

Większą od bagańskiej, manufakturę cegieł spotkałem w Indiach, w okolicach miasta Raipur. Do zakola rzeki przyciągnął mnie tam widok kopców ułożonych z cegieł. W Indiach bowiem nie tylko zostawiało się je na Słońcu do wyschnięcia, ale aby dodatkowo utwardzić, również wypalało. Po usypaniu kopca zboża (jeśli mnie pamięć nie myli to było to żyto), budowało się wokół niego mur z cegieł i rzucało do środka zapałkę, aby później obserwować jak przy zachodzącym Słońcu z kopca buchają kłęby dymu.

W Indiach przy wypalaniu cegieł pracowały całe rodziny, mieszkające w niewielkich barakach – małe dzieci i kobiety w ciąży również, a wiedzieć musicie, że to bardzo ciężka robota. Jedna osoba musi nakładać mieszankę do formy i odstawiać ją na bok, a druga zginać się, chwytać cegły, odnosić na bok i tam odstawiać.

Serce mi się krajało kiedy widziałem kobietę w – na oko – siódmym miesiącu ciąży, która za każdym razem prostowała się chwytając za plecy. Pracuje się w brudzie i wilgoci, które niszczą zdrowie. Wg Biblii właśnie wyrabianiem cegieł zajmowali się Izraelici w Egipcie. Faraon chciał wyniszczyć ich fizycznie.

Pływające wioski

W Mjanmie wiele z ludzkich osad założonych zostało na terenach podmokłych, gdzie domy budowano na palach, aby w razie podniesienia się stanu wody można było spokojnie zasnąć, bez obaw o to czy w nocy obudzi nas fala. Głównym środkiem lokomocji na takich terenach jest łódkach wyposażona w wiosła. Każdy dom ma swoją własną mini-przystań, z której po schodach można wejść na “parter”.

W takich miejscach ludzie przeważnie nie troszczą się o nieczystości, bo wszystko wyrzucają do rzeki. Ta ma niestety dość leniwy nurt, więc woda jest zamulona i – będąc delikatnym – można powiedzieć że przypomina gulasz z trzciny. Mimo to, miejscowi nie czują oporów przed używaniem jej w charakterze wanny.

Skoro jest już rzeka to można w niej nałapać ryb. Tu niestety jest problem, bo… jaka ryba wytrzyma tak ekstremalne warunki? Trzeba więc łódką zaopatrzoną w motor wypłynąć poza wioskę, gdzie rzeka jest potężniejsza, a woda bardziej przejrzysta i dopiero tam zapolować na miejscowego karpia: nga-hpein.

Majestatyczni rybacy

To właśnie z charakterystycznych rybaków słyną okolice Jeziora Inle. Mówi się, że tańczą zawieszeni jedną nogą na wiośle, trzymając w rękach wiklinowy kosz.

IMG_4797_Fotor

To lud Intha, którego rybacy jedną nogą stają na rufie swojej niewielkiej łódki, a drugą owijają woków wiosła. Tym sposobem mają ręce wolne do zarzucenia sieci w odpowiednim momencie, ale i męczą się zdecydowanie bardziej niż gdyby łowili w tradycyjny sposób. Na stojąco mają jednak większe pole widzenia i mogą odpowiednio manewrować w kanałach tworzonych przez porastające powierzchnie kwiaty, które nazywają bedą.

Stojąca pozycja jest unikalna dla mężczyzn, gdyż kobiety wiosłują na siedząco. Bardzo często spotkać także można łódki napędzane silnikiem spalinowym z długim wałem zakończonym śrubą. Musi być tak długi bo przeciętna głębokość jeziora to zaledwie jeden metr.

Rejs trwa bardzo długo, ponieważ jezioro liczy sobie 22 km długości i 11 szerokości. Otaczają je zdradzieckie tereny podmokłe porośnięte trzciną, które ciągną się jeszcze na kilka kilometrów wgłąb lądu. Wraz z żyznym mułem tworzą one jednak świetne warunki dla rozwoju sadownictwa i ogrodnictwa. Wyobraźcie sobie tylko zawieszone na wodzie i pnące się po sznurkach krzaki czerwoniutkich pomidorów! Gdyby tylko woda była czystsza…

Tereny wokół Jeziora Inle to także miejsce, gdzie wybijają gorące, lecznicze wody termalne. Zostało to wykorzystane przez ekspatów z Zachodu, którzy pobudowali tu olbrzymie uzdrowiska i praktycznie zabrali miejscowym możliwość darmowej kąpieli. Zostały jedynie małe, zielone i bulgoczące bajorka, nad którymi unosi się zapach siarki.

Za wizytę w takim spa miejscowi płacą 1-2 dol., natomiast obcokrajowcy 10 dol.

Nad jednym z nich wykonałem zdjęcie które znalazło się w finałach Kolosów na najlepsze zdjęcie podróżnicze 2014 roku.

To najlepsze zdjęcie jakie zrobiłem w historii mojej fotografii smartfonem.Czekałem aż chłopczyk wróci do swojej ką…

Posted by Karol Kopańko on Sunday, November 2, 2014

Także tam spotkała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Otóż kiedy udałem się na niewielkie rekonesans okolicy swój rower zostawiłem przypięty do miniaturowego, drewnianego ogrodzenia, wokół którego wałęsało się wiele małych, na oko 10-letnich dzieciaków. Po powrocie zastałem przedziurawione opony…

IMG_5610

Sytuacja nie napawała radością, gdyż znajdowałem się 10 km od hostelu, z którego za 3 godziny odjeżdżać miał bus do stolicy, prosto na lotnisko, skąd miałem samolot do Singapuru. Zaczynałem już powoli panikować, ale na szczęście udało mi się utrzymać wystarczająco dużo zimnej krwi. Najpierw podszedłem do Birmańczyków, którzy stali niewielką grupką na poboczu drogi i poprosiłem o napompowanie koła, mając nadzieję, że powietrze będzie schodziło na tyle wolno, aby jakimś sposobem umożliwić jazdę.

Jeden z miejscowych ku mojemu zaskoczeniu wyjął z bagażnika skutera pompkę rowerową i dał mi do pompowania. Kiedy się zmęczyłem, dał mi znak, że mnie zmieni. Niestety tak bardzo chciał się popisać, że przez siłę przykładaną do rączki wyrwał tłok nim zdążył napompować dętkę.

Rozpacz?

Nie tym razem.

Zatrzymałem (dosłownie!) pierwszą mini-ciężarówkę jadącą w moim kierunku i zapytałem czy z rowerem mogę się wpakować na pakę. Zgodzili się! Niestety nie jechali do hostelu, więc manewr musiałem powtarzać kilka razy, co sprawiło, że przygodę miałem rewelacyjną i poznałem niesamowicie przyjaznych Birmańczyków.

 

W hostelu zjawiłem się pół godziny przed czasem, więc zdążyłem się jeszcze spakować i kupić na drogę nieco usmażonych jajek przepiórczych. Mniam!

Birmę opuszczałem z żalem, wiedząc, że mówię jej “do widzenia”, a nie “żegnaj”. To sobie poprzysiągłem!

Większość zdjęć z powyższego wpisu wykonana została GoPro 3, a niektóre iPhone’em 4s. Zdjęcia z Indii to zaś zasługa Sony NEX 5TL. Piszę to jedynie informacyjnie.

Dołącz do dyskusji

Advertisement