Doba z Windows 10 za nami. Oto co Microsoft musi jeszcze poprawić

Doba z Windows 10 za nami. Oto co Microsoft musi jeszcze poprawić

Doba z Windows 10 za nami. Oto co Microsoft musi jeszcze poprawić

Po szybkim przeglądzie zainstalowanego na komputerze produkcyjnego Windows 10 poszliśmy spać, wstaliśmy i… zaczęliśmy użytkować tego sprzętu do pracy. Już teraz wiemy, że wiele rzeczy się w tym systemie sprawdza, ale część elementów wymaga poprawek. Poniższy tekst nie jest jednak recenzją systemu, a kilkoma spostrzeżeniami, którymi już teraz się dzielimy.

Wczorajsza instalacja Windows 10 była dość czasochłonna (aktualizacja Windows 8.1 na wydajnym komputerze z funkcją zachowania danych i aplikacji), trwała bowiem grubo ponad godzinę. Mamy jednak już „na stanie” system z gałęzi produkcyjnej i będziemy z niego korzystać. A właściwie, to korzystaliśmy z niego przez ostatnie kilkanaście godzin. Było to bardzo pouczające doświadczenie.

Do tej pory wgląd autora niniejszej notki w stan rozwoju Windows 10 polegał na przyglądaniu się systemowi w wirtualnej maszynie. Daje to dobre pojęcie na temat stanu i filozofii tego systemu, ale dopiero „prawdziwe” jego użytkowanie pozwala wyciągać pierwsze (a z czasem ostateczne) wnioski. Pamiętajmy jednak, że Windows 10 nadal nie miał swojej rynkowej premiery, a Microsoft zamierza przedpremierową kompilację aktualizować nie tylko po jej premierze, ale również i… przed. Niektóre więc nasze zarzuty do premiery mogą zostać wyeliminowane. Przejdźmy jednak do rzeczy. A najważniejszą z nich jest…

„Nowy” OneDrive to katastrofa!

Choć było to wiadome od dawna, to teraz możemy przekonać się o skutkach decyzji wdrożenia nowego backendu do OneDrive’a. W Windows 8.1 mieliśmy dostęp do całej chmury z poziomu systemu operacyjnego, zarówno do zsynchronizowanych danych, jak i tych obecnych wyłącznie w chmurze. OneDrive zachowywał się dokładnie tak, jak każdy inny folder, a jednocześnie dbał o to, by na lokalnym dysku było dużo wolnego miejsca, a zarazem by dane były zawsze na życzenie dostępne. I realizował tę funkcję fenomenalnie.

Niestety, tylko tyle mogłem zsynchronizować. Brakuje miejsca na resztę, do której od tej pory mam dostęp wyłącznie przez przeglądarkę
Niestety, tylko tyle mogłem zsynchronizować. Brakuje miejsca na resztę, do której od tej pory mam dostęp wyłącznie przez przeglądarkę

W Windows 10 mamy „wszystko albo nic”. Sami decydujemy, które foldery mają być synchronizowane i tylko te będą widoczne z poziomu systemu operacyjnego. Wszystkie inne będą widoczne wyłącznie w przeglądarce internetowej i nie są indeksowane przez systemową wyszukiwarkę. To znaczne utrudnienie pracy nie oferujące właściwie nic w zamian poza, cytując Microsoft, „stabilniejszym i mniej awaryjnym protokołem synchronizacji”. Proszę, oddajcie mi ten mniej stabilny i bardziej awaryjny.

Satysfakcjonujące nas rozwiązanie (choć ustępujące temu z Windows 8.1) to uniwersalna aplikacja OneDrive, podpięta do systemowej wyszukiwarki. Niestety, takowa… nie istnieje. Przynajmniej na razie.

Aplikacje z Windows 8 mają pewien drobny problem

Windows 10 w końcu unifikuje zachowanie aplikacji windowsowych (tych ze Sklepu) i pulpitowych. Wszystkie obsługujemy tak samo. W trybie tabletowym wszystkie są pełnoekranowe, zaś w trybie klasycznym wszystkie są wyświetlane w oknach. To oznacza, że aplikacje dla Windows 8 możemy mieć na ekranie w dowolnym formacie okna. Większość z nich radzi sobie z tym bardzo dobrze. Niektóre, niestety, już gorzej.

 

Te, które nie były dawno aktualizowane o nowsze silniki albo pracują niestabilnie (Facebook lubi się „wywalić” przy zmianie rozmiaru okna), albo prezentują tryb przypinania do krawędzi ekranu w momencie, w którym zmieniamy rozmiar okna na nieco zbyt mały (na przykład Twitter). Zdajemy sobie sprawę, że twórcy aplikacji mają jeszcze kilkanaście dni na ich aktualizację, ale nie łudzimy się, że wszyscy zdążą na premierę. Choć przyznajemy, ze większość z nich zachowuje się poprawnie.

Nowy Outlook jest, niestety, nieużywalny

O nowym kliencie pocztowym możemy napisać, że jest ładny (bo jest) i że jest szybki (program leciutki jak piórko). Jednak dla osób, dla których mail jest bardzo ważnym narzędziem pracy i które tych maili przetwarzają sporo, nie jest to dobra propozycja. Te osoby powinny zainteresować się pulpitowym Outlookiem lub klientem firmy trzeciej.

Interfejs aplikacji jest nieczytelny, źle rozplanowany i mało użyteczny. Szczególnie jeżeli korzystamy z większej ilości kont pocztowych. By dowiedzieć się, że dostaliśmy nowego maila na inne konto niż wyświetlane, bez zaglądania do powiadomień, musimy… ręcznie przełączyć się na widok innego konta. A to tylko przykład jednego z wielu absurdów.

Inne, mniejsze problemy

Tych szczegółowo omawiać nie będziemy, bo to przedpremierowa wersja systemu, a owe problemy mogą jeszcze zostać załatane. Rażą nas jednak pewne drobne nieścisłości tego, w ogólnym ujęciu, rewelacyjnie zaprojektowanego od strony wizualnej systemu. Spójrzcie tylko na pasek zadań. Rozumiemy brak spójności kolorystycznej ikon aplikacji firm trzecich i tych od Microsoftu, ale przyjrzycie się chociażby pierwszym siedmiu przypiętym do paska zadań aplikacjom. A te są od Microsoftu…

windows-10-pasek-zadan

Mieliśmy też kilka problemów technicznych. Zdarzało się, że Menu Start lub Centrum Akcji, mimo klikania w nie, nie pojawiały się na ekranie. Nie mamy pojęcia co może być tego przyczyną. Wiemy jednak, że nie tylko u nas ten problem występuje, a co więcej, występuje on dość rzadko. Jesteśmy pewni, że ta usterka akurat zostanie wkrótce wyeliminowana.

A skoro już o Centrum Akcji mowa, ma ono jedną wadę. Powiedzmy, że dostaliśmy powiadomienie z Twittera. Ikona Centrum Akcji zmienia kolor, by poinformować nas o czekających powiadomieniach. Odpisaliśmy na tweeta nie z poziomu powiadomienia, a odpowiedniej aplikacji. Ikona Centrum Akcji jednak sugeruje, że powiadomienie nadal na nas czeka, mimo iż po jego wysunięciu żadne nie jest już widoczne (co akurat jest prawidłowym i spodziewanym zachowaniem).

Poniżej najważniejszy akapit tej notki

Jak zapewne zauważyliście, cała ta notka ma dość negatywny wydźwięk. Może sugerować, że Windows 10 jest „do bani” i dziurawym niewypałem. Nic bardziej mylnego. Po dniu pracy zwróciliśmy uwagę na trapiące nas niedogodności. Wspominaliśmy wyłącznie o wadach. Lista zalet jest nieporównywalnie dłuższa i wkrótce też i ją opublikujemy.

Windows 10 jest bardzo przyjemny dla oka, szybki (wspominałem w poprzedniej notce o wysokim obciążeniu systemu – to już zniknęło) i bardzo wygodny. Nowe uniwersalne aplikacje jeszcze nie zostały przez nas wykorzystane, ale już teraz wiemy, że przeglądarka Edge jest rewelacyjna. Rozczarować może ona wyłącznie wielbicieli rozszerzeń (ich usługa ma się pojawić na jesieni). Nowy OneNote również jest zdecydowanie wygodniejszy.

Właściwie każda jedna wprowadzona nowość ma sens i cały czas odkrywamy drobne smaczki. Gdybyśmy teraz mieli oceniać ten system (nie jesteśmy na to gotowi, minęło za mało czasu, to nie jest rzetelna ocena), to już dziś wystawilibyśmy piątkę z minusem (celujący się nie należy, patrz reszta notki). Zastrzeżenie: jeszcze nie korzystaliśmy w praktyce z trybu tabletowego poza parominutowym „acha, a więc tak to wygląda”.

Wygląda na to, że Windows 10 spełni pokładaną w nim obietnicę. Powyższe, zauważone przez nas zastrzeżenia (już po jednym dniu użytkowania) mu w tym jednak nie pomogą. Z przyjemnością odpowiemy na wasze pytania w komentarzach. Przypominamy raz jeszcze: to nie jest recenzja systemu.

Dołącz do dyskusji