Rok temu dokonałem najlepszego technologicznego zakupu w życiu. Sporo się przez ten czas zmieniło

Felieton/Technologie 20.07.2015
Rok temu dokonałem najlepszego technologicznego zakupu w życiu. Sporo się przez ten czas zmieniło

Rok temu dokonałem najlepszego technologicznego zakupu w życiu. Sporo się przez ten czas zmieniło

W tym miesiącu minął rok, odkąd dokonałem dosłownie najlepszego zakupu w moim życiu. Ani w zakresie urządzeń technologicznych, ani poza nimi, nigdy nie kupiłem niczego, co zmieniłoby tak wiele, było tak użyteczne i z czego tak często bym korzystał. Rok temu kupiłem Kindle’a.

Pomimo fascynacji nowymi technologiami, e-czytanie było czymś, przed czym wzbraniałem się rękami i nogami przez bardzo długi czas. Zdawało mi się po prostu… sprzeczne z naturą, jakkolwiek to brzmi. Od małego zaczytywałem się książkach i jak żadne inne miejsce na świecie kochałem bibliotekę, z jej zapachem stojących na półkach pozycji, i tą niezwykłą atmosferą, której próżno szukać gdzie indziej.

Czytałem zawsze. Dużo i często, ale z wiekiem oraz przyrostem obowiązków zacząłem mieć coraz mniej czasu. Odkąd wyjechałem na studia przestałem też korzystać z biblioteki, częściej decydując się raczej na zakup, niż wypożyczenie książki. I wbrew obiegowej opinii o tym, że Polaków (a zwłaszcza studentów) nie stać na książki – dawałem radę. Bo kupowałem tylko na przecenach, lub korzystałem z dobrodziejstw serwisów aukcyjnych, czasem nabywając interesujące mnie pozycje dosłownie za grosze (co swoją drogą polecam tym, którzy twierdzą, że książki są za drogie. Nie są.).

Czytałem jednak nieporównywalnie mniej, niż w czasach gimnazjalno-licealnych, gdzie spokojnie przegryzałem się przez 70-80 pozycji rocznie. Powód takiego spadku był dość prozaiczny – przyzwyczaiłem się do czytania w dużych porcjach, czasem nawet jednej książki na jeden “zasiad”. A przy natłoku obowiązków i ogólnym braku czasu na cokolwiek, który trapi mnie do dziś – nieczęsto miałem możliwość takiego czytania.

Jakieś trzy lata temu zacząłem więc namiętnie kupować wydania kieszonkowe, które zawsze wrzucałem do torby i uczyłem się czytać w małych porcjach. Po 10-15 minut, kilka razy dziennie. Czekając na autobus, w czasie przerwy między zajęciami, chwilę przed zaśnięciem, chwilę po obudzeniu.

kindle-paperwhite-4

Wtedy też pierwszy raz zacząłem się zastanawiać nad zakupem e-czytnika, bo noszenie fizycznych książek w torbie było… dość uciążliwe. W żadnym wypadku nie tragiczne, ale też nieprzesadnie wygodne. No i stosunkowo łatwo było takie książki podniszczyć, a z reguły bardzo o nie dbam.

Co mnie powstrzymywało? Po części była to niewielka w tamtym czasie dostępność e-booków na naszym rynku, lecz głównym powodem był raczej brak sensownej opcji jeśli chodzi o e-czytniki. Do teraz sytuacja poprawiła się tylko nieznacznie. Większość dostępnych na rynku modeli to… co tu dużo mówić, gnioty. Nawet te z najwyższej półki potrafią doprowadzić mnie do szewskiej pasji paskudnym, niebieskawym podświetleniem, tandetną jakością wykonania i przede wszystkim – dramatycznie powolną pracą działania, oraz ghostingiem stron.

Choć dziś wygląda to nieco lepiej, ale nadal gdy sprawdzam co ma rynek do zaoferowania, testując czytniki, to w 9 przypadkach na 10 odkładam je zniesmaczony. I wracam do Kindla, z westchnieniem ulgi.

Dlaczego Kindle?

Widząc brak sensownej alternatywy wśród propozycji oferowanych w Polsce, zacząłem poszukiwania w sieci. O Kindlu oczywiście słyszałem, ale nigdy nie miałem okazji sprawdzić jak sprawuje się w rzeczywistości. Jak “biały” jest ekran, jak dobrze działa przewijanie stron… takie podstawy, gdzie inne czytniki mnie zawodziły.

Akurat nadarzyła się okazja, by pożyczyć od znajomego najtańszy model Classic. Zdawałem sobie sprawę, że od modelu Paperwhite 2, na którego się “czaiłem”, różni go typ ekranu i brak podświetlenia, ale i tak… zakochałem się od pierwszej, przerzuconej strony. Wszystko działało w nim po prostu lepiej. Brak ghostingu. Interfejs płynny niemal tak samo jak w smartfonie!

Po tygodniu z Classikiem bez wahania zamówiłem Paperwhite’a 2 i do dziś, niemalże codziennie, niemalże zawsze mam go pod ręką.

Jak zmieniło się moje czytanie?

Stało się przede wszystkim wygodniejsze. Do torby wrzucam leciutkie urządzenie, które otwieram i przenosi mnie od razu na ostatnio czytaną stronę. Mogę je wyciągnąć dosłownie wszędzie, zagłębić się w książce na te 10-15 minut a czasem nawet mniej, by potem po prostu je zamknąć, nie musząc pamiętać o założeniu zakładki.

Także w domu jest mi jakoś łatwiej sięgnąć po Kindla, niż sięgnąć po fizyczną książkę. Tym bardziej, że dzięki podświetleniu mogę czytać w każdych warunkach, nie przeszkadzając tym samym mojej drugiej połówce, śpiącej obok, zapalonym światłem. Jak to miało miejsce dotychczas.

Nie oznacza to jednak, że nie czytam już książek papierowych. Wprost przeciwnie, nadal dość często sięgam po papier; nie stałem się e-bookowym neofitą, który głosi śmierć tradycyjnej książki i zarzeka się, że za nic nie wróci już do zaściankowego czytania papieru.

Kupno Kindle’a rozwiązało też, na szczęście (do pewnego stopnia), mój największy problem, związany z kupowaniem papierowych książek – brak miejsca na półkach. Książki w moim niewielkim mieszkanku upchane są w co najmniej trzech miejscach i z każdego się wysypują. W najbliższej przyszłości prawdopodobnie część z nich skończy w kartonie wysłana do domu rodziców, bo zajmują potrzebne miejsce, a są to pozycje, których zdecydowanie nie chcę odsprzedawać, tylko zostawić we własnej kolekcji.

Przez ostatni rok na czytniku uzbierało mi się już 80 książek. Przeczytałem z tego może ze 30, ale na skutek ciągłych maili od Marcina z UpolujEbooka, mój stosik wstydu rośnie niemal co tydzień (do tego zawsze zapomnę się zalogować i przepadają mi punkty!). Coraz częściej kupuję też bezpośrednio na Amazonie, prosto z poziomu Kindle’a, bo bardzo często trafiają się tam naprawdę świetne promocje.

kindle-amazon-czytnik

Te książki mam zawsze przy sobie. A jako że mam nawyk czytania kilku pozycji na raz, tutaj bez problemu mogę w każdej chwili przełączyć się między pozycjami i nigdy nie zapomnę gdzie skończyłem, co zacząłem, a co leży odłogiem.

Doceniam też niesamowicie (przerażająco wręcz) dokładny mechanizm mierzenia czasu pozostałego do skończenia rozdziału/całej książki. Kompletnie wyleczył mnie z nawyku kartkowania, żeby sprawdzić gdzie kończy się rozdział (żeby ocenić, czy już kończyć, czy doczytać rozdział do końca). Teraz widzę to na pierwszy rzut oka i irytuje mnie, gdy czytam papierową książkę nie wiedząc, ile czasu na to potrzebuję.

Gdy patrzę na liczbę plusów, nie mogę się nadziwić, dlaczego tylu ludzi wciąż uparcie odmawia spróbować e-czytania.

To prawda, jakieś półtora roku temu ja także uparcie odmawiałem spróbować. Teraz jednak skończyły mi się argumenty. Nie mam już absolutnie żadnego, żeby nie namawiać i nie ewangelizować wszystkich dookoła. Może poza jednym wyjątkiem – do czytania książek naukowych e-booki nadal się nie nadają. Ale do czytania zwykłej prozy, poradników, etc. są naprawdę rewelacyjne.

Rozwiejmy więc kilka mitów

E-czytanie jest szkodliwe dla wzroku? Tylko wtedy, kiedy ktoś uparcie nie odróżnia czytnika z ekranem e-ink od tabletu z LCD. Wszystkie badania, które obwieszczają negatywny wpływ książki elektronicznej na zdrowie stawiają znak równości pomiędzy tabletem (zazwyczaj iPadem) a czytnikiem. Robią w ten sposób bardzo dużo złego, bo dają nieświadomym ludziom argument przeciw e-bookom, który jest kompletnie niezgodny z rzeczywistością.

E-booków jest mało? Owszem, z pewnością mniej niż książek papierowych, gdyż wydawcy nie zdołali jeszcze (i pewnie nie zdołają) przenieść całości swojego back-katalogu do formy cyfrowej. Niemniej jednak liczba dostępnych pozycji, także w Polsce, jest tak ogromna, że żaden człowiek i tak nie zdoła się przez nią przegryźć w ciągu swojego życia. Świat Czytników regularnie sprawdza też sytuację pod kątem pojawiających się na rynku nowości oraz bestellerów i zazwyczaj zdecydowana większość pozycji ukazuje się jednocześnie w wersji tradycyjnej, oraz cyfrowej.

E-czytanie jest drogie? Nie bardziej od czytania na papierze i podobnie jak w przypadku tradycyjnych wydań, również e-booki można kupować taniej. Jeśli chcemy być na bieżąco z promocjami, wystarczy newsletter UpolujEbooka. Nie polecam tylko tym, którzy cenią sobie drobne oszczędności – spalicie je momentalnie. Kapitalnym miejscem do zakupu e-booków jest też Book Rage, czyli takie literackie Humble-Budle, gdzie płacąc ile chcemy dostajemy paczkę książek o danej tematyce.

Dalej drogo? Polecam zatem Legimi, gdzie za śmieszne 32 zł miesięcznie dostajemy dostęp do 10 tys. pozycji, w których możemy przebierać do woli. I choć abonament niestety nie jest dostępny na Kindle’a, to już w sierpniu w portfolio Legimi pojawi się nowy model czytnika, który będzie… dodawany za złotówkę do abonamentu.

Zapłacimy wtedy co prawda nieco większą, miesięczną opłatę, ale w dalszym ciągu to i tak śmiesznie tanio w porównaniu do liczby książek, do których dostajemy dostęp. Sam wiążę z ich nowym czytnikiem wielkie nadzieje, bo brak czytnika (w moim odczuciu) równie dobrego jak Kindle PW2 był jedynym powodem, dla którego z abonamentu nie korzystałem.

ksiazka czytnik kindle ebook

Wspomnę jeszcze o inicjatywie Wolne Lektury, dzięki której możemy pobrać elektroniczne wydania książek dostępnych w domenie publicznej, więc setek klasyków literatury. Naprawdę warto tam zajrzeć!

Jeśli możemy mówić o technologii, która dosłownie zmienia nasze życie, to ja e-booki wpisuję wysoko na listę. Wystarczył mi rok z Kindlem, żeby kompletnie zmieniło się moje podejście. To także lekarstwo idealne na bolączkę naszego zapracowanego społeczeństwa – brak czasu. Oczywiście pod warunkiem, że zaimplementujemy metodę czytania w małych dawkach.

Doroczne raporty Biblioteki Analiz o stanie czytelnictwa w Polsce są po prostu dołujące. Nie czytamy. Nie sięgamy po książki. A to prowadzi w prostej mierze do tego, że jako społeczeństwo stajemy się po prostu… głupsi. I kulturowo ubodzy.

E-czytanie to w moim odczuciu idealne remedium

Niestety, wiadomo, że jeżeli ktoś nie chce czytać, to znajdzie milion wymówek, by tego nie robić (vide: argumenty obalone powyżej). Książka elektroniczna jednak idealnie wpisuje się w XXI wieczny styl życia, przesiąknięty technologią.

Mam nadzieję, że ten tekst zachęci chociaż kilka osób do tego, żeby książki elektronicznej spróbować. To naprawdę nie jest ani przesadnie drogie, ani skomplikowane. Jeżeli ktoś uważa, że czytniki są za drogie to… podstawowy Kindle kosztuje około 200 zł. A jest to kawał kapitalnego sprzętu na lata. Podświetlenie załatwi przypinana na niego lampka. Można też poczekać do sierpnia i skorzystać z nowego modelu Legimi, z czytnikiem za złotówkę do abonamentu.

Podkreślę to po raz kolejny – zakup Kindla był najlepszym zakupem w moim życiu. Używam go codziennie, ładuję raz w miesiącu, a jeśli by przeliczyć cenę na korzyści, to kosztował mnie naprawdę gorsze.

I naprawdę nie potrafię podać już żadnego sensownego argumentu, dla którego miałbym nie korzystać z e-booków. Tak, nadal kocham książki papierowe, nadal uwielbiam ich zapach i uczucie w dłoniach.

Nie mam jednak żadnej wątpliwości – przyszłość leży w książce elektronicznej. I bardzo mi się ta przyszłość podoba.

*Grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock

Dołącz do dyskusji