Drugi sezon “True Detective” genialny nie jest – polemika

Artykuł/Blog Forum 07.07.2015
Drugi sezon “True Detective” genialny nie jest – polemika

Drugi sezon “True Detective” genialny nie jest – polemika

Po przeczytaniu felietonu Przemka Pająka, dostępnego pod tym adresem, nie mogłem powstrzymać się przed kilkoma słowami komentarza. (Uwaga, spoilery!)

Pierwszy sezon “True Detective” oglądałem trzykrotnie, można wiec powiedzieć, że jestem wielkim fanem tego serialu. Zadziałało tam wszystko, zaczynając od fenomenalnej gry aktorskiej, przez odpowiednie dialogi, a kończąc na sposobie prowadzenia fabuły i jakości zdjęć.

Wszystko to zostało okraszone odpowiednią dawką nihilizmu w postaci teorii wygłaszanych przez Rusta i chociaż jego przemyślenia zostały żywcem zaczerpnięte z twórczości Thomasa Ligottiego, a sama postawa życiowa Rusta była nie do obronienia – co zresztą niektórzy fani boleśnie odczuli w finałowym odcinku – to mimo wszystko Luizjana odpowiednio doprawiona szczyptą nihilizmu była niezwykle przyjemna w odbiorze.

Z wielkim zniecierpliwieniem czekałem na premierę drugiego sezonu. Po pierwszym odcinku odczuwałem jednak niepewność, a dwa kolejne epizody potwierdziły moje obawy – drugi sezon True Detective jest dobry, ale nie wybitny.

A kiss holds a million deceits

Pierwsza różnicą pomiędzy premierową, a druga serią, jest sposób prowadzenia fabuły. Sezon pierwszy sprytnie wykorzystał formę wywiadu/przesłuchania, żeby budować swoją narrację i wprowadzić nas w przeszłość dalszą, bliższą, aby w końcu przejść płynnie do teraźniejszości.

Spowodowało to, że dwa początkowe odcinki, w których teoretycznie nie dzieje się specjalnie dużo (patrząc z perspektywy typowego odbiorcy TV) mocno wciągały widza w intrygę, jednocześnie podkreślając znakomitą grę aktorską.

W drugim sezonie fabuła prowadzona jest inaczej. Pierwszy odcinek został rozbity na cztery ścieżki – w każdej z nich przedstawiona jest jedna z głównych postaci, aby w finałowym momencie pierwszego odcinka połączyć wszystkich wątkiem morderstwa.

Oczywiście nie oczekuję od twórców kopiowania rozwiązań z pierwszego sezonu, niemniej jednak zastosowana w pierwszym odcinku narracja i rozbicie 60-minutowego odcinka pomiędzy cztery postacie oznacza dużo większe problem w zainteresowaniu widza intrygą.

Siłą pierwszego sezonu było połączenie głównej pary od pierwszych minut wątkiem morderstwa, podczas gdy w sezonie drugim skaczemy od wątku do wątku, od relacji do relacji (problem z synem/kłopoty w interesach/ojciec liderem sekty/problem w związku) – powoduje to niejako rozstrojenie widza i zwyczajnie – monotonię.

This is my least favorite life

A propos monotonii – twórcy chyba tak bardzo wzięli sobie do serca popularność postaci zagranej w pierwszym sezonie przez Matthew Mconagheya, że postanowili sezon drugi budować tylko w oparciu o postaci z podobnym profilem psychologicznym.

Każdym z czwórki bohaterów jest zmęczona życiem osoba “z przeszłością”, każda wygłasza monologi i półprawdy o egzystencji, i otaczającym nas świecie, a depresyjność bohaterów sięga tak głęboko, że niezdolni są nawet do sarkastycznego poczucia humoru.

W efekcie każdy, 60 minutowy odcinek serialu staje się licytacją, komu tym razem jest najgorzej, kto był molestowany, czyja żona została zgwałcona i jak bardzo na psychikę może wpłynąć fakt bycia wychowywanym przez przywódcę sekty.

“I’m no good on the sidelines.”
“I welcome judgment.”
“Everybody gets touched.”
“Nobody muscles me.”
“I don’t distinguish between good and bad habits.”

Powyższe przykłady, to wybrane hasła całej czwórki głównych bohaterów. Każda z tych wypowiedzi ma być “głęboka”, zmuszająca widza do refleksji. Problem polega na tym, że jeżeli tego typu kwestii pada kilkanaście na odcinek, to staje się to zwyczajnie nużące.

The one where I am out of my mind

Tutaj dochodzimy zresztą do sedna problemu – silą pierwszego sezonu była relacja pomiędzy Rustem – filozofującym nihilistą z przeszłością, a Martym, stosunkowo prostym gliną i jego problemami “rodzinnymi”. Ta dwójka budowała relację, która wciągała widza, jednocześnie odpowiednio tonując i kontrastując filozofię Rusta prostymi “zamknij się” Marty’ego. Widzom przedstawiony był świat, który można uznać za realny, ponieważ większość postaci prowadziła normalne życia – od żony i dzieci Martego, przez (mocno stereotypowego) komendanta policji. To Rust odstawał od tego świata, co czyniło jego postać tak atrakcyjną.

Można powiedzieć, że zachowany był balans, co również wpływało na odpowiedni odbiór dialogów.

W sezonie drugim, balans nie istnieje. Z racji tego, że wszystkie postacie są do siebie podobne, ciężko jest połączyć ich dialogi w coś, co byłoby konstruktywne. W odbiorze widza dochodzi do sytuacji, kiedy rozmowa pomiędzy dwójką głównych bohaterów jest niczym innym niż szumem – pozbawionym jakiejkolwiek komunikacji, przykład poniżej:

Ray: “You pull off that e-cig. Not a lot of people do.”
Ani: “This place gets a day-today influx of 70 thousand people, right? Where do they live?”
Ray: “I tried once. It felt like it was smoking me. A real cigarette wouldn’t make you feel like that.”

Rozumiem, że w post-modernistycznym świecie ludzie maja problemy z komunikacją, rozumiem też, że tego typu rozmowy są częścią codzienności każdego z nas – staje się to jednak problemem w sytuacji, kiedy tego typu konwersacje stanowią dużą cześć serialu.

Siłą pierwszego sezonu była budująca się, trudna relacja miedzy Rustem i Martym. Tutaj takowej nie widać.

This is my least favorite you

Jakby mało było ciężkiej atmosfery budowanej przez (skądinąd piękne) zdjęcia, brudne ulice, miasto pełne korupcji i przestępczości, twórcy idą jeszcze dalej, korzystając z mocno depresyjnego soundtracku. Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko budowaniu nastroju przez muzykę (a ta jest bardzo dobra), ale w momencie, kiedy po 50 minutach odcinka, w którym każda z postaci przechodzi przez “ścieżkę zdrowia” swojego życia, słyszymy (murowany hit) “This is my least favorite life”, to jedyne, co przychodzi mi do głowy to – “tak, naprawdę, rozumiem, że życie jest do dupy, a postaciom jest źle, już wystarczy”.

Ciężko mi też wytłumaczyć i zrozumieć tani chwyt (ciężko takowych szukać w pierwszym sezonie) z końcówki drugiego odcinka, który to kończąc się, zostawia widza z dużym niedomówieniem, czy jedna z głównych postaci jeszcze w serialu wystąpi. Bardzo to hollywoodzkie, w złym tego słowa znaczeniu.

Who floats far above earth and stone

Nie zrozumcie mnie źle – drugi sezon True Detective to nadal kawał dobrej telewizji. Mówimy w końcu o produkcji HBO, czyli ekipy, która gniotów nie produkuje. Reżyseria jest dobra (chociaż słabsza niż w pierwszym sezonie), muzyka znakomita, zdjęcia piękne, aktorzy bardzo dobrzy i w końcu fabuła, która od trzeciego odcinka zaczyna intensywnie startować. Do tego ciężki, depresyjny klimat stworzonego przez scenarzystę miasta – to wszystko może się podobać (sam preferuje tego typu atmosferę, stad fascynacja pierwszym sezonem).

Niemniej jednak, genialny to ten sezon nie jest, a w stosunku do pierwszej serii jest po prostu słabszy. Jak najbardziej do obejrzenia, ale bez rewelacji, jaką mieliśmy okazję widzieć rok temu.

*Nagłówki są cytatami z jednej z przewodnich piosenek serialu – “This is my least favorite life”

Dołącz do dyskusji

Advertisement