Karol Kopańko / 11.06.2015

Święta Bożego Narodzenia w indyjskim ośrodku dla trędowatych i sierocińcu

18 interakcji Przejdź do dyskusji

Moje zeszłoroczne święta nie zaczęły się wtedy, kiedy działy marketingowe wielkich korporacji zadecydowały, że najkorzystniej będzie wypuścić mikołajowe edycje swoich czekoladek, a telewizje zaczęły puszczać świąteczne reklamy. Moje święta zaczęły się, kiedy wraz z Ganeszą wybrałem się po świąteczne lampki do oddalonego o kilka kilometrów od sierocińca Jevodaya miasteczka.

“Lampki? A po co Ci lampki?” – zapytał sprzedawca w piątym sklepie, który odwiedziliśmy i poszedł na zaplecze, dając nam nadzieję, że w końcu dostaniemy to, czego od pół godziny szukaliśmy.

Przyniósł trzy zakurzone opakowania. Wzięliśmy wszystko.

W drodze powrotnej przez ciągnące się po horyzont piaski w kolorze cegły wpatrywałem się w medalik z Maryją dyndający pod lusterkiem. Jechałem do Jevodaya, katolickiej enklawy w hinduistycznych Indiach, gdzie chrześcijańcy bracia w wierze nawet giną jako męczennicy, kościoły są palone, a zakonnice gwałcone

Kiedy my oddawaliśmy się skromnemu szałowi zakupów, w kościele również wpadano w trans estetycznych przygotowań. Dziewczyny zbudowały żłóbek, udekorowały sufit papierowymi girlandami i balonami, a także zabierały się jeszcze za ołtarz. Mamy się w końcu radować, więc kolorowa sceneria jak z kina Bollywood jest jak najbardziej na miejscu.

Indyjska szopka bożonarodzeniowa #jevodaya #indiaKK #xmas #india

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)

Zostawiłem im jedynie lampki i szybko uciekłem na spaloną Słońcem ziemię, inaczej nigdy nie uwolniłbym się od próśb o zrobienie zdjęcia.

Wybrałem się na niewielki obchód po okolicy, bo Jevodaya to również szpital dla trędowatych i miejsce gdzie po dojściu do siebie mogą pracować, a także wieść żywot. Utrzymują się praktycznie sami – sieją ryż i kukurydzę, sadzą warzywa, zbierają owoce. Mimo, że wielu mieszkańcom choroba nie pozwala rozprostować palców, albo chodzić wyprostowanym krokiem, to dzielnie znoszą trudy wiedząc, że w innym miejscu automatycznie staliby się niedotykalnymi.

“Ich ręce są inne niż nasze. Myślisz, że mają mniej sprawne, toporne palce, ale jeszcze nigdy nie widziałam ludzi, którzy z taką zwinnością rozdzielaliby groch od fasoli, rozkładali pranie, albo rozprawiali świnie. Nauczyli się żyć ze swoim kalectwem” – mówi zarządzająca ośrodkiem, Pani Helena.

Mijam masarnię z betonowymi stołami, nachylonymi w jedną stronę, gdzie spływa krew. Spotykam NN, który właśnie poradził sobie ze świnią, którą pierwszego dnia świąt, podczas uroczystej kolacji zjemy. Dalej mijam zagrodę ze świniami i krowami, jedna z nich już drugi dzień leży na boku, po ocieleniu się. Mleka dawać więcej nie będzie.

Kolejno przechodzę obok wiejskich zabudowań, przed którymi panie urządziły sobie pogaduszki. Jedne mają pozginane palce, innym brakuje kawałków stóp. Bandaże znaczą świeżą chorobę.

“Indusi mają słabsze organizmy niż Europejczycy, co wynika z mniej zróżnicowanej i uboższej w składniki odżywcze diety. Nawet jeśli choroba się do kogoś przyczepi, to często bagatelizuje się jej objawy, bo taka jest karma. Dzieci umierają tu na przeziębienie.”

Wchodzę do raju, czyli ogrodu z tropikalnymi owocami, gdzie kiście bananów są większe od rekordowych dyń hodowanych w polskich ogrodach, a granaty słodsze niż najczerwieńsze czereśnie.

Bananów jest zresztą kilka gatunków. Są żółte, choć o wiele słodsze od tych, które kupujemy w marketach, czerwone, a także banany zwyczajne (plantain). Te ostatnie są zielone i największe i rzadko spożywa się je bez uprzedniego ugotowania, lub usmażenia.

DSC07109_Fotor

Moim faworytem jest zaś gujawa, nazywa także gruszlą. Preferowałem jeszcze niedojrzałe, zielonkawe i twarde owoce, zamiast żółtych i mięciutkich. Wcześniej kupowałem je na straganach, a tu mogłem zwyczajne zerwać z drzewa. Coś pięknego.

Widziałem:Filipińskie tarasy ryżowe,Lankijskie i malezyjskie plantacje herbatyIndonezyjskie i Indyjskie wybrzeza…

Posted by Karol Kopańko on Thursday, December 25, 2014

Owoców jest o wiele więcej: bielutki rambutan ukrywający się w krwistoczerwonej i kosmatej skórce oraz prawie identyczne, choć już pozbawione włosków liczi. Okrągły chlebowiec (breadfriut) i „gwiaździsty owoc” (oskomian), którego kształtu musicie domyślić się sami. Dalej duża i delikatna papaja i nieco podobne do niej w smaku mango, zniewalająco soczysta pitaja („smoczy owoc”), anielsko słodkie jabłko cukrowe, a także nieco gorzkie pomelo.

Wśród drzew znajduję biały cmentarz, gdzie grzebani byli wszyscy mieszkańcy od początku istnienia Jevodaya. To widok prawie niespotykany w Indiach, gdzie zwłok poddaje się kremacji.

Wśród grobów podpisanych obco brzmiącymi nazwiskami odnajduję jeden polski – Zosieńki, małej podopiecznej, która na tym świecie świadkiem była zaledwie swojego chrztu.

Odwiedzam kuchnię, gdzie na parze gotuje się ryż. Obok kotłów stoi malutkie palenisko, na którym ustawiony został garnek z soczewicą.

Na zewnątrz panowie wypiekają placuszki – chiapati. Wszystko w ogromnych garnkach i na rozłożystych patelniach, bo do wspólnego posiłku ukucnie grubo ponad setka osób.

Powoli zapada już zmrok i w powietrzu daje się wyczuć atmosferę niesamowitości. Dzielę się z dzieciakami zwyczajem wypatrywania pierwszej gwiazdki. Zachody w Indiach nie są tak malowniczo rozciągnięte w czasie jak u nas. Słońce szybko chowa się za horyzont dając znać, że czas zabrać się do wieczornej modlitwy.

Wraz z dzieciakami kucam na matach przed telewizorem. Po jego bokach znajdują się święte obrazy. Przed szereg wychodzi Anit, indyjski ksiądz-proboszcz z gwizdkiem zawieszonym na szyi, który okazuje się podstawowym ekwipunkiem w misji zapanowania nad rozbrykaną gromadą.

Koniec modlitwy oznacza początek kolacji. Na scenę wkraczają garnki z wegetariańskim jedzeniem. Po raz kolejny zadziwiają mnie ogromne porcje jakie są tu normą, ale przecież ryż z soczewicą i grochem nie należy do dań ciężkostrawnych.

Dzieciaki siadają na matach w równych rzędach i palcami zaczynają mieszanie trzyczęściowej kolacji. Mieszankę formują następnie w kuleczkę i dłonią wkładają do ust. Wygląda dziecinnie prosto, ale w rzeczywistości przez cały pobyt w Indiach tęskniłem na zwyczajnym nożem i widelcem, które tu stanowiłyby ekstrawagancki wybryk.

 

Kolacja trwa dobrą godzinę w miarę jak czynimy zadość kolejnym dokładkom, a w garnku zaczyna prześwitywać dno. Między rzędami przemyka wtedy Pratila rozdająca teksty… kolęd. Najprawdziwszych kolęd. To ostatnie czego się w tym miejscu spodziewałem, choć gwoli ścisłości nie odróżniałem ich od innych piosenek z bollywoodzkim zacięciem.

Wracam myślami do ostatnich świąt Bożego Narodzenia, jakie spędziłem w Indiach. Śpiewałem tam nawet kolędy!Poniżej…

Posted by Karol Kopańko on Saturday, May 23, 2015

Czas mija niepostrzeżenie, a wskazówka zaczyna zbliżać się do godziny 10. Księża już dawno zostawili nas samych udając się do zakrystii.

To mój pierwszy raz, kiedy na Półwyspie Indyjskim i Sri Lance jestem w kościele. I to od razu na pasterce.

Przed wejściem wierni zostawiają buty, dotyczy to nawet księży, z których dwóch odprawia liturgię boso, a jeden z skarpetkach.

Święta? Oczywiście, ale najpierw trzeba przecież pograć w siatkówkę, krykieta, pooprowadzać po ogrodzie, pójść na mszę,…

Posted by Karol Kopańko on Thursday, December 25, 2014

Oczywiście nie rozumiem prawie ani jednego słowa w hindi, ale staram się wpasować słowa polskich modlitw w melodie moich sąsiadów.

Świątynia wygląda przepięknie, choć jak na europejskie warunki nieco kiczowato – zbyt pstrokato. W środku nie ma ławek, wszyscy siadają w pozycji lotosu – mężczyźni po prawej stronie, kobiety po lewej, bez wyjątków.

Jak w świątyniach hinduskich owoce ofiarowuje się bóstwom, tak i przynosi się je do kościoła i stawia przed ołtarzem.

Na mszę przychodzą także niepełnosprawni. Zamiast wózków inwalidzkich mają przerobione rowery, z pedałami na wysokości ramion.

Mukul, który znajduje się n poniższym zdjęciu przyjechał z wioski oddalonej o ok. 2 kilometry. Tylko on stamtąd chodzi do kościoła.

Po mszy wszyscy wychodzą na plac przed kościołem, gdzie czekają już osoby innych wyznań. Mimo różnicy w wyznawanej religii wszyscy składają sobie najlepsze życzenia, ale młodsi tak naprawdę czekają na rozpoczęcie imprezy.

O mury kościoła stoi oparta ogromna, stara kolumna głośnikowa, która powoli powraca do muzycznego życia, choć na razie jedynie trzaskiem i piskami. Okazuje się, że i do takiej muzyki można tańczyć! Bo choć prawdziwa muzyka dopiero jest selekcjonowana ze smartfona wodzirejki, to na parkiecie (a raczej ubitej ziemi) następuje harmonijna konsolidacja.

A tak się bawiłem podczas ostatniej Wigilii #indiaKK #indian #xmas #celebration #dance #party

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)

Tancerze stają w kółeczku i chwytają się za ręce. Osoba z końca zaczyna nadawać rytm – krok w prawo, w tył i wykop. Później coraz trudniej i bardziej skomplikowanie, ale wąż tancerzy gra już jak jeden organizm w tym samym rytmie.

Są też tancerze solo, których rozczulająco zabawny styl przywodzi mi na myśl naszych wiejskich mistrzów potańcówek. Nie widać za to par. W tradycyjnej części Indii łatwiej jest bowiem dostrzec trzymających się za rękę mężczyzn, niż dziewczynę i chłopaka. Ci pierwsi to zresztą normalny obrazek, ale choć sam hinduizm tak obfity jest w odniesienia falliczno – seksualne, to kwestie damsko – męskie zostawia w cieniu.

W Indiach po pasterce urządza aiw przed kosciolem ogromna potancowke.Tańczy się tak inaczej niż w Europie, ze nie wiem…

Posted by Karol Kopańko on Wednesday, December 24, 2014

Wszyscy skaczą w rytm tradycyjnej indyjskiej muzyki, która obok zachodnich hitów nawet nie poruszała się w eterze, a Ci którzy potrzebują chwili odpoczynku udają się na kawę, która w plastikowych kubeczkach jest serwowana na uboczu.

Zabawa trwa do 2 w nocy, kiedy proboszcz mówi, że już dosyć. Na nic się zdają błagania i padanie do nóg. Jego słowo to świętość. Zobaczcie zresztą poniżej jak wychowuje dzieciaki.

Jak uczyć dzieci przedsiębiorczości i oszczędzania?Ten indyjski ksiądz opiekujący się sierotami ma na to sposób. Co…

Posted by Karol Kopańko on Saturday, May 23, 2015

Wstaje pierwszy dzień świąt. Dla mnie zaczyna się jednak dopiero koło południa, kiedy dzieciaki zaczynają bębnić w drzwi mojego pokoju. Koniecznie pragną, abym zrobił zdjęcie ich malutkiej szopce ustawionej na korytarzu.

DSC07132_Fotor

W zamian zabierają mnie do szpitala, gdzie zwykle opatruje się trędowatych. Przychodzą tu i za prawie darmo otrzymują pomoc i leki, bo choć choroby praktycznie nie da się pokonać, to można ją zatrzymać. Jevodaya utrzymuje się z datków darczyńców, za które fundacja kupuje niezbędne wyposażenie, które cały czas brakuje. Ośrodek nie jest zresztą wspierany przez państwo. To oddolna inicjatywa polskich misjonarzy, którzy właśnie w środku Indii postanowili pomagać potrzebującym.

Następnie dzieciaki ciągną mnie na boisko, gdzie wraz z ich starszymi kolegami gram w siatkówkę i ukochany przez hindusów sport – krykiet. Korzenie jego popularności sięgają kolonizacji brytyjskiej, bo to właśnie przybysze zza mórz przywieźli ze sobą ten sport zarezerwowany dla arystokracji.

Krykiet zaczął zdobywać ogromną popularność w Indiach po roku 1983, kiedy to narodowa drużyna zdobyła Puchar Świata i do dziś kontynuuje zwycięski marsz kolekcjonując wiele trofeów. Do krykieta nie trzeba także wielu przygotowań – wystarczy kijek i piłka, co w biednych Indiach ma znaczenie. Nikt nie wyda przecież pieniędzy na rakietę tenisową, czy korki do piłki nożnej kiedy chodzi na bosaka.

W krykiecie tak ważnej roli nie odgrywa też wytrzymałość i zmęczenie, co szczególnie w przypadku starszych graczy ma duże znaczenie.

Na koniec wspólnej przechadzki, chłopcy zaciągają mnie do swojego pokoju. W jednym śpi chyba z 10 chłopców na piętrowych łóżkach. To zresztą też widok spotykany bardzo rzadko bo niekiedy dobrze jest, kiedy pod głową znajdzie się materac, zamiast okrytej chustą ziemi.

DSC07329_Fotor

Ten dzień to także szczególna okazja dla dwojga byłych podopiecznych Jevodaya, którzy późnym popołudniem połączyli się węzłem małżeńskim.

DSC07485_Fotor

Jak u nas parę młodą obsypuje się ryżem tak w Indiach ich miłość celebruje się odpalając petardy.

Niestety dla mnie był to także ostatni dzień w Jevodaya, gdzie poznałem niesamowicie pozytywne, uśmiechnięte i rozbrykane dzieciaki, a także ludzi dobrego serca, którzy zgodzili się poświęcić swoje życie, aby służyć mieszkańcom Trzeciego Świata.

Najbliższa mojemu sercu pozostała Pralina, która przed samym moim odjazdem wyrysowała na ziemi swoje imię, abym zrobił mu zdjęcie i nigdy jej nie zapomniał.

Jeśli chcesz się dowiedzieć nieco więcej o Jevodaya, to zajrzyj do mojego PIERWSZEGO WPISU, bądź na STRONĘ OŚRODKA.

Dołącz do dyskusji

Advertisement