Piotr Lipiński: SUUNTO I GARMIN, czyli pojedynek gigantów

Felieton/Sprzęt 07.06.2015
Piotr Lipiński: SUUNTO I GARMIN, czyli pojedynek gigantów

Piotr Lipiński: SUUNTO I GARMIN, czyli pojedynek gigantów

Kiedy już człowiek ustali, co jest lepsze: iOS czy Android, szarlotka czy sernik oraz whisky czy whiskey, pora na kolejne życiowe wyzwanie. Suunto czy Garmin?

Czas więc na starcie gigantów w dziedzinie sportowych zegarków. Na przykładzie topowych modeli – znanego od dłuższego czasu Suunto Ambit 3 Peak Sapphire oraz tegorocznej premiery, Garmina Fenixa 3 Sapphire. Już same nazwy wzbudzają respekt, a można je jeszcze przedłużyć i dopisać na przykład Perfomer Bundle. Pewnie specom od marketingu płacą od słowa.

Do tego zaskakującego pojedynku doszło w pięknym miejscu, również wśród gigantów: himalajskich szczytów, w drodze pod Annapurnę. Tak się szczęśliwie dla mojej gadżeciarskiej duszy złożyło, że kiedy w kwietniu wybrałem się na trekking do Nepalu, na moim nadgarstku dumnie prężył się Garmin, a na ręku kolegi Suunto. Już z tego co sprytniejsi czytelnicy mogą wywnioskować, kto zapewne wygra ten nieoficjalny i z pewnością nierzetelny test.

Trzy tygodnie przed wyjazdem stoczyliśmy razem z kolegą pierwszą poważną bitwę z jego Suunto.

Od jakiegoś czasu nie chciał się zsynchronizować przez bluetootha za pośrednictwem iPhone’a. Kolega zaczął rozpaczać, że będzie musiał ze sobą zabrać laptopa, żeby zgrywać codziennie dane z zegarka. Bo a nuż urządzeniu zabraknie pamięci i nie zdoła zapamiętać całej wyprawy, bez nadpisywania pierwszych dni.

Rozwiązanie problemu znaleźliśmy, jak można było przewidzieć, w sieci. Suunto – co również dało się przewidzieć – całą winą obarczyło Apple, które coś tam rzekomo skopało przy aktualizacji iOS-a. Meritum tego sporu nieszczególnie nas zainteresowało, ale poddaliśmy się sugestii, żeby w zegarku po prostu wyłączyć powiadomienia o mailach, sms-ach i innych głupotach. Dzięki którym zresztą Suunto awansował z kategorii zegarków sportowych do kategorii średnio rozgarniętych smartwatchy. Kiedy go zdegradowaliśmy do roli prostego zegarka sportowego, znowu zaczęła działać synchronizacja.

Tego samego dnia, kiedy udało się nam rozwiązać problem z Suunto, pierwszy raz zawiesił się mój Garmin. Czas był po temu najwyższy. Zegarek kupiłem przecież już kilka dni wcześniej. Gdyby nadal działał bezproblemowo, zacząłbym się zastanawiać, czy przez pomyłkę nie nabyłem jakiegoś Apple Watcha.

Wyjazd na trekking Annapurna 2015.

Dwa tygodnie przed wyjazdem, po aktualizacji oprogramowania Garmina – która zwyczajowo tyle samo naprawiła co zepsuła – wyłączyłem zegarek, bo zawiesił się bluetooth. Ale tym razem włączyć się już nic nie chciało. Zegarek „wisiał” na początkowym napisie Garmin, przypominając, kto za cały ten bałagan odpowiada. Soft reset nie pomógł.

Szybko dokonałem teoretycznych obliczeń, czy serwis zdoła zwrócić mi zegarek przed wyjazdem w Himalaje. Czarno to widziałem, jak tarczę zegarka.

Znalazłem w Internecie sekwencję klawiszy, które wprowadzają urządzenie w tryb serwisowy. Wszytko wyglądało na poprawne.

Potem spróbowałem twardego resetu – metodę też musiałem znaleźć w sieci, bo instrukcja milczy w tej sprawie. Udało się. Zegarek znowu działał. Ale straciłem wszystkie dotychczasowe dane i ustawienia. Znajdźmy i w tym jakiegoś plusa: dzięki temu miałem znowu nowe urządzenie!

Tydzień przed wyjazdem kolejny problem – z Garmina znika język polski. Zwyczajnie wyparował! Pomaga kolejna aktualizacja oprogramowania.

Pierwszy test oba zegarki zaliczyły więc na medal.

Potrafią się zawiesić oraz odmówić współpracy z człowiekiem, z pewnością więc należą do wyrafinowanej elektroniki, a nie są jakimiś durnymi pralkami automatycznymi czy mikserami.

Na szczęście dzień przed wyjazdem oba zegarki działają poprawnie. To niezwykle miła cecha współczesnej elektroniki – czasami nagle, z niejasnych powodów, przestaje sprawiać problemy. Jakby pracowała tak, jak kiedyś silniki, które przez pierwsze kilometry należało delikatnie i czule docierać.

Jeszcze niedawno zabieranie ze sobą w góry zegarków z GPS-em miało tyle sensu co latem tachanie nart do Zakopanego. Zegarki działały zbyt krótko, żeby wystarczyć nawet na jednodniową wycieczkę. Mój poprzedni biegowo-rowerowy Garmin 610 wytrzymywał z włączonym GPS-em najwyżej sześć godzin.

SUUNTO-GARMIN-15

W ciągu ostatnich kilku lat nastąpiła jednak zmiana, która zapewne odbije się na życiu wielu osób bardziej, niż wybór nowego prezydenta. Oba zegarki, Garmin i Suunto, potrafią działać z włączonym GPS-em po kilkanaście godzin. A jak zażyczymy sobie, żeby dane wędrówki zapisywały tylko raz na minutę, to wytrzymają nawet kilka dni bez przerwy.

Ta oszczędna opcja jest prawdę mówiąc niezbyt potrzebna. Kilkanaście godzin z GPS-em to dzień, dwa wędrówki. A potem możemy zegarki naładować nawet z powerbanku. Ładowanie przez usb to wielki krok w historii ludzkości! Koniec z nerwowym poszukiwaniem gniazdek z prądem. Oba zegarki mają niewielkie akumulatorki, więc i powerbanki nie muszą być ogromne. Co równie istotne – Garmin i Suunto potrafią normalnie pracować podczas ładowania. To wcale nie jest taką oczywistą opcją. Nie potrafi tego na przykład triathlonowy Garmin 920xt. A co wolniejszym uczestnikom różnych Ironmanów przydałby się przecież większy zapas energii.

W jednej jeszcze kategorii w ciągu ostatnich lat nastąpił kolejny istotny postęp.

Szybkość łapania „fixu” GPS. Mój poprzedni Garmin 610 potrzebował na to czasami kilkadziesiąt sekund, a niekiedy nawet kilka minut. Co szczególnie irytowało zimą i podczas porannych biegów – przecież człowiek wolałby te dodatkowe minuty spędzić w łóżku a nie wgapiając się zegarek.

Dziś oba urządzenia „fixują” się błyskawicznie, w kilka sekund. Przynajmniej dopóki w miarę dobrze widać niebo.

Pewnego deszczowego poranka, w dolince otoczonej wysokimi szczytami, czyli w niezbyt korzystnych z punktu widzenia GPS-u warunkach, Suunto potrzebuje aż kilku minut na ustalenie pozycji. Ale z Garminem jest jeszcze gorzej – szuka i szuka, daje sobie radę dopiero po kilkunastu minutach, kiedy wychodzimy na bardziej odkryty teren.

Najśmieszniej jest z alarmem, który ostrzega przed zbliżającą się burzą. Oba zegarki rozumieją – dzięki GPS – że spadek ciśnienia wynika nie tylko ze zdobywania wysokości, ale też z załamania pogody. I piszczą wtedy ostrzegając, że wkrótce będzie lać.

Garmin i Suunto są w tym mniej więcej zgodne – zawiadamiają w podobnym czasie. A i bredzić potrafią niemal równocześnie – ostrzegają, gdy deszcz leje już od godziny.

Zsynchronizowanie zegarków w Himalajach kosztuje niestety za każdym razem 100 rupii (4 zł.) Bo bez połączenia z Internetem nie uda się przerzucić do telefonu żadnych danych. W hotelikach musimy więc zapłacić za hasło do wi-fi.

Wyjazd na trekking Annapurna 2015.

Dlaczego Garmin i Suunto nie mogą po prostu backupować danych do smartfona bez połączenia z Internetem? Tacy z nich górscy twardziele, a nie wiedzą, że czasami w górach brakuje Internetu? Czułbym się zdecydowanie pewniej z offline’owym backupem, że się takim łamańcem wyrażę. Bo bez tego wciąż obawialiśmy się, że po paru dniach zegarki zwariują i skasują wszystkie dane.

Po powrocie do Polski obejrzałem dokładnie mojego Garmina i dostrzegłem jedną rysę na obudowie. Przydzwoniłem nim parę razy w skałę, to miał prawo się porysować. Tymczasem Suunto rys nie nabyło. Albo ma mocniejszą obudowę, albo mój kolega jest delikatniejszy.

Po dwóch tygodniach bliskich kontaktów z oboma zegarkami nabrałem przekonania, że głównie różnią się napisem firmowym na obudowie. Jeden ma napisane Suunto, a drugi Garmin. Oczywiście każdy znajdzie w nich specyficzne cechy, których drugi nie posiada. A nawet odkryje, czym jest lepszy jeden od drugiego, a czym drugi od pierwszego. Ale te wszystkie różnice zacierają się w dłuższym używaniu.

Oba są fantastycznymi kompanami i wędrówki, i sportu. I oba potrafią nieoczekiwanie zwariować.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

Czytaj również: GONIENIE KRÓLICZKA, czyli Garmin Fenix 3

Dołącz do dyskusji