Karol Kopańko / 25.06.2015

O tym, jak na Filipinach miałem wypadek, ukradli mi aparat w szpitalu, a potem odzyskałem go już w Singapurze

36 interakcji Przejdź do dyskusji

Niniejszy wpis jest kontynuacją części poprzedniej, w której kierowany swoją głupotą prułem wypożyczonym skuterkiem przez filipińskie drogi i bezdroża, aby na jednym z feralnych zakrętów dać wyraz ułańskiej fantazji i swemu brakowi wprawy, stracić kontrolę nad maszyną i poszorować po jezdni w pozycji do niej równoległej. Po wizycie w szpitalu i noclegu w zapchlonym hostelu (zdjęcie z jego okolic poniżej), obudziłem się z niesłabnącą potrzebą złożenia wizyty w szpitalu, celem wymienienia zakrwawionych bandaży. Na pohybel Fortunie i ku swemu nieszczęściu trafiłem na pomagiera, który owszem pomógł mi trafić do szpitala, ale w geście dobrej woli przygarnął również mój aparat, wyjęty uprzednio z plecaka.

W tym momencie zaczyna się dalszy ciąg opowieści.

Filipiny

Posted by Karol Kopańko on Friday, October 10, 2014

Nie pomogły zaklęcia rzucane na rzeczywistość, ani próby cofnięcia się w czasie – aparatu jak nie było tak nie ma. Zdruzgotany postanowiłem więc oddać się w czasie rejsu promem do Cebu rozmyślaniom na temat swojej głupoty (poniższe zdjęcie przedstawia właśnie pokład statku).

Na miejscu udałem się na niewielki rekonesans okolicy, który z racji niezbyt dobrej kondycji fizycznej ograniczył się jedynie do okolic hostelu, gdzie na placu przed kościołem wykręcałem slalomy pomiędzy wyciągniętymi w moją stronę rękami biedaków. Cebu samo w sobie wywarło na mnie wrażenie podobne do Manili – miasta-monstrum, niemal zapadającego się pod własnym ciężarem, rozpędzonej napływającymi tłumami ludzi metropolii.

Następnego dnia miałem już lot powrotny do Singapuru, ale przeczucie szczęśliwie tknęło mnie, że warto jeszcze na lotnisku pójść do lekarza i zmienić opatrunki, bo zawsze to lepiej, kiedy zajmuje się nimi wprawiona osoba i wyrwać bandaże z rany potrafi bez cackania się, jednym ruchem.

W gabinecie poinformowałem lekarza, że stała się rzecz taka, a taka i bardzo brakuje mi aparatu, a jeszcze bardziej 16 GB zdjęć, jakie w ciągu 2 tygodni zdołałem napstrykać. Lekarz jednym okiem przyglądając się moim ranom, a drugim sprawdzając coś w telefonie rzucił nagle, że chyba ma numer to ordynatorki szpitala na Bohol, w której szpitalu byłem. Fantastyczne uczucie wstrząsnęło moim ciałem.

Łał! W ciemnym, wypełnionym fekaliami i szczurami tunelu pojawił się promyk światła!

Po kilku chwilach lekarz wraca do mnie z nietęgą miną. Kilka miesięcy wcześniej Bohol nawiedziło trzęsienie ziemi i wszystkie linie telekomunikacyjne zostały zerwane. Co prawda po kilku tygodniach pociągnęli nowe, ale zmienił się też numer i pod starym nikt nie odpowiada.

Jakby ktoś przekłuł napompowany do granic wytrzymałości balon i delektował się masując go igłą – tak się w tym momencie czułem…

Nie pomogły zapewnienia, że lekarz napisze jeszcze do ordynatorki maila, sprawa była jak dla mnie przegrana. Na tarczy wróciłem do Singapuru, wiedząc, że świetne chwile na Filipinach zostają już tylko w mojej pamięci, a bezcennymi obrazkami nie podzielę się z nikim.

Puerto princessa wita!

Posted by Karol Kopańko on Thursday, October 9, 2014

Nadzieja powinna jednak umierać ostatnia, a w moim przypadku tliła się jeszcze z tyłu głowy. Jej płomień podgrzał mail od lekarza z Cebu, że złapał kontakt z ordynatorką szpitala na Bohol. Wówczas sprawy przybrały już zgoła nieoczekiwany obrót. Ordynatorka szpitala kojarzyła mnie (wbrew pozorom nieczęsto zdarzają się tu powypadkowi biali) i gościa, który się mną opiekował. Okazało się, że to miejscowy rzezimieszek, który trudni się właśnie takimi drobnymi kradzieżami.

W drodze do Sagady. Widoki niesamowite! #sagada #philippines

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)

Ordynatorka nasłała na niego policję, która ODEBRAŁA MÓJ APARAT. Wyobrażacie to sobie? Jak świetnie zadziałały filipińskie organy ścigania, nawet kiedy sprawa dotyczyła jakiegoś obcokrajowca! Chapeau bas!

Później już z górki. Okazało się, że lekarz ma jeszcze rodzinę na Bohol, więc wpadł tam przy okazji i zabrał mój aparat, a następnie już od siebie zamówił kuriera i przesłał mi aparat do Singapuru. Historia kończy się więc w momencie, kiedy siedząc na recepcji w moim hostelu otwieram pakunek z aparatem i robię sobie selfie wraz z Chińczykiem, który przyszedł załatwić jakąś rzecz…

Kiedy byłem na Filipinach ukradziono mi aparat, co sprawiło, że odpływając na statku z tych rajskich wysepek popadałem w…

Posted by Karol Kopańko on Wednesday, June 3, 2015

Impossible is nothing!

“Stupid German” 😉

Posted by Karol Kopańko on Thursday, October 9, 2014

Dołącz do dyskusji

Advertisement