Przez wpis na forum wylądowałem u dziekana na dywaniku, czyli słów kilka o prywatności w sieci

Przez wpis na forum wylądowałem u dziekana na dywaniku, czyli słów kilka o prywatności w sieci

Przez wpis na forum wylądowałem u dziekana na dywaniku, czyli słów kilka o prywatności w sieci

Publikując status na Twitterze, zdjęcie na Facebooku lub nawet pozornie anonimowy post na forum dyskusyjnym trzeba pamiętać – nie tylko o tym, że taki materiał pozostanie w sieci na zawsze, ale też ile metadanych w sobie zawiera. Warto o tym co jakiś czas przypominać, bo chociaż wydaje się to przesadzonym i wyświechtanym frazesem, to zwłaszcza ci młodsi użytkownicy sieci oraz – co gorsza – ich rodzice często nie zdają sobie z tego sprawy.

Po sieci krąży wiele anegdot na temat tego, jak ludzie w głupi sposób stracili przyjaciół lub posady przez nieprzemyślany komentarz wrzucony na Facebooka. Sam na bazie swojego doświadczenia wiem, że o to naprawdę nie trudno i warto co krok przestrzegać przed nadmiernym ekshibicjonizmem w sieci – i to na konkretnych przykładach.

Sam w swojej historii obecności w sieci napisałem online “o kilka zdań za dużo”.

Historia miała miejsce ładnych parę lat temu, gdy byłem jeszcze studentem Politechniki Warszawskiej, a o Facebooku nawet jeszcze nikt nie słyszał. Przekonałem się na własnej skórze, że internet wbrew pozorom jest bardzo mały. Nie wdając się przesadnie w szczegóły napiszę tylko, że z powodu postów publikowanych pod nickiem na forum dyskusyjnym… wylądowałem u dziekana swojego wydziału, który miał w szufladzie biura rzeczone posty wydrukowane na swojej drukarce.

Stresu najadłem się wtedy co nie miara – ale zasłużenie. W przypływie złości napisałem na pewnym forum internetowym kilka niewybrednych słów. W dyskusji dotyczącej studiów, gdzie udzielało się bardzo dużo osób, sam pod nickiem podzieliłem się swoją, niezbyt cenzuralną opinią na temat tego, że nie udało mi się zaliczyć konkretnych zajęć. Pani Profesor do tych materiałów dotarła, a historia skończyła się wizytą “na dywaniku” u dziekana.

I wiecie co? Patrząc z perspektywy tych lat jestem jednak zadowolony, że tak się stało!

Jak większość młodych ludzi lata temu paplałem w sieci bardzo dużo bez poważnego myślenia na temat konsekwencji. Wystarczył jednak ten jeden incydent, który na zawsze wpoił mi zasadę, by przeczytać kilkukrotnie każdego tweeta i pomyśleć raz jeszcze przed kliknięcia przycisku “publikuj” patrząc na właśnie wykonaną fotografię.

Dzisiaj moje profile w social media są publiczne, w dużej mierze z racji wykonywanego przeze mnie zawodu – ale nie wstydzę się tego, co na nich publikuję, bo robię to z głową. Oczywiście w wieloletniej historii pewnie zdarzyły mi się posty, na które dzisiaj będąc starszym sam patrzyłbym pobłażliwie, ale to normalna kolej rzeczy.

Ważne jest to, że nigdy nie dzielę się ze światem tym, co faktycznie powinno pozostać prywatne.

Granice dobrego smaku jeśli chodzi o sieciowy ekshibicjonizm – nazywany przez innych budowaniem marki osobistej – nie są odgórnie ustalone. Ważne jednak, by pamiętać o kilku naprawdę podstawowych zasadach. Lekkomyślne posty w wirtualnej sieci naprawdę mogą doprowadzić do wielu przykrych sytuacji o daleko idących konsekwencjach w prawdziwym życiu.

facebook

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że wiele osób może takie przestrogi zbagatelizować. Sam za młodu śmiałem się z kampanii próbujących zwiększać świadomość zagrożeń czyhających w sieci, ale wystarczy raz się mocno sparzyć, by się tego raz na zawsze nauczyć. Oczywiście najlepiej uczyć się na błędach cudzych, ale niestety najskuteczniej – na własnych.

W sumie to szkoda, że odeszliśmy od naprawdę dobrych zasad.

Starsi internauci pewnie pamiętają, że jeszcze dekadę temu wszem i wobec gromiono, że w sieci nie powinno się podawać żadnych prawdziwych informacji o sobie. Wpisanie prawdziwego imienia i nazwiska było traktowanie jak proszenie się o kłopoty, a dodanie do tego prawdziwego adresu – szczytem lekkomyślności.

To wszystko zmienili giganci internetowi, dla których poznanie naszych tożsamości to była żyła złota. Dzięki Google, Facebookowi i dziesiątkom innych firm, nie jesteśmy już anonimowymi adresami IP z dziesiątkami nicków – jesteśmy adresem IP lub ciasteczkiem cookies uzupełnionym imieniem, nazwiskiem i awatarem.

Jedno zdjęcie wrzucone do sieci może wystarczyć, by zaprosić złodzieja do domu po nowy telewizor.

Internet to z jednej strony YouTube i śmieszne filmy z kotami lub Facebook i rozmowy w gronie znajomych, a z drugiej strony raj dla cyberprzestępców, a jednocześnie miejsce w którym kwitną chociażby czarnorynkowe giełdy, na których – jak wieść gminna niesie – można oprócz zakupienia narkotyków zamówić… zabójstwo na zlecenie.

please-rob-me

Brzmi to nierealnie, ale naprawdę nie trzeba dużej wyobraźni by zwizualizować sobie prostego złodzieja. Taki widząc fotkę twojego nowego telewizora z podpisem o planowanym urlopie – oczywiście z dołączonymi do fotografii danymi o lokalizacji z odbiornika GPS w telefonie – złoży naszym w domu wizytę i rzeczony telewizor wyniesie.

Powstały nawet strony internetowe zwracające uwagę na ten i podobne problemy.

W sieci można było swego czasu znaleźć serwis, który agregował informacje o potencjalnych atrakcyjnych miejscówkach dla złodziei. Wielu osobom, które trafiły na taką stronę, otwierało oczy to, jak mało wystarczy, by dać jasny sygnał włamywaczom, że dom tylko czeka na gości o przetrąconym kręgosłupie moralnym bez poszanowania dla cudzej własności.

Podobną funkcję edukacyjną pełniła też strona z republikacjami fotografii kart kredytowych, które pojawiły się w serwisie Instagram. Skutki podania przez autora takiego zdjęcia informacji o tym, że numer na odwrocie jest taki sam, jak data urodzin delikwenta podana w profilu na Facebooku były oczywiście opłakane – taki numer służy przecież do autoryzacji transakcji w sieci.

Jeszcze większy problem w tym, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak pozornie niezwiązane ze sobą informacje można połączyć w całość.

Jeśli jak przyjęło się uważać, że zaledwie trzy transakcje przy użyciu karty płatniczej pozwalają zidentyfikować jej posiadacza, to siła tkwiąca w zostawianych przez ludzi z całego świata statusach i zdjęciach w social media jest nie do przecenienia. Ja miałem o tyle dużo szczęścia, że bardzo wcześnie i stosunkowo bezboleśnie przekonałem się o tym, że w internecie nic nie ginie i publikowanie informacji w sieci może zaszkodzić w realnym życiu.

Wiele osób żyje jednak w nieświadomości, a najbardziej narażone są na nieprzyjemne skutki publikowania poufnych treści online są… dzieciaki, które wychowały się ze stałym dostępem do internetu. Jeśli do tego trafią na cyfrowo wykluczonych rodziców, którzy nie za bardzo rozumieją jak działa ten cały internet, to może to doprowadzić do mniejszej lub większej tragedii. W najgorszym scenariuszu na dorosłych w sieci mogą czyhać złodzieje, a na dzieciaki – pedofile.

Truizmem będzie dodawanie, że często te informacje publikowane są nieświadomie.

Technologiami interesuję się od dawna i w większości wypadków wiem, jak działają i jakie niosą zagrożenia. Nie zliczę jednak, ileż to razy uśmiechałem się pod nosem, gdy zdenerwowani znajomi pytali mnie, jak wyłączyć automatyczne wysyłanie lokalizacji w komunikatorze Facebooka. W końcu bowiem dowiedzieli się, jak ich drugie połówki mogły raz za razem nakrywać ich na kłamstwie dotyczącym aktualnego miejsca pobytu…

hack atak bezpieczenstwo prywatnosc hacker

Przerażające jest to, że nawet ktoś, kto świadomie wzbrania się przed publikowaniem treści w sieci uznawanych za prywatne, może wpaść w pułapkę. To, ile danych zbieranych jest automatycznie na nasz temat, jest przytłaczające. Z jednej strony śledzą nas nie tylko twórcy serwisów społecznościowych, producenci komputerów i wielkie sieci reklamowe, ale nawet agencje rządowe w postaci NSA.

Co rusz słyszymy o tym, że kolejna pozornie niewinna aplikacja mobilna zbierała na nasz temat informacje i sprzedawała je sieciom reklamowym.

Zagrożenia są na każdym kroku. Wpis na Facebooku o wzięciu lewego zwolnienia lekarskiego, który opublikowany został przez pomyłkę jako publiczny, może przeczytać nasz szef lub nauczyciel. Zdjęcie na Instagramie opublikowane zaraz po jego wykonaniu obejrzy nie dający o sobie zapomnieć były partner i zaraz przybiegnie się naprzykrzać. To nie są wydumane problemy – to realne sytuacje, z którymi spotykają się młodsi i starsi internauci na całym świecie.

Warto więc zdać sobie w porę sprawę z niebezpieczeństw, jakie na nas czyhają i przekazać tę wiedzę młodszym użytkownikom sieci, czyli swoim dzieciom. Nauczyciele wielu szkół prowadzą zajęcia edukacyjne w tym zakresie, zapraszają też wolontariuszy z Orange do prowadzenia lekcji o bezpiecznym korzystaniu z internetu. Do tej pory przeszkolili oni już ponad 30 tysięcy najmłodszych internautów. Jednak największa odpowiedzialność w przygotowaniu dzieci do odpowiedzialnego wykorzystania internetu spoczywa na rodzicach.

Chodzi tutaj zarówno o sprawy mniej lub bardziej oczywiste.

Wrzucenie do sieci zdjęcia karty kredytowej jest przykładem lekkomyślności, ale nie zawsze zostawianie po sobie cyfrowego śladu jest takie oczywiste. Jeśli internauci mogą nie zdawać sobie sprawy z wysyłania lokalizacji w komunikatorze Facebook Messenger, to skąd mają wiedzieć, że serwisy społecznościowe mogą zapisywać w swoich logach nawet niewysłane, ale wpisane do okna przeglądarki, wiadomości?

Nie można oczywiście dać się zwariować. Nie mam zamiaru nikogo namawiać do pozbycia się kont w serwisie społecznościowym, wyrzucenia smartfona za okno i sprzedania komputera na złom. Trzeba po prostu mieć świadomość tego, kiedy i jakie faktycznie informacje publikujemy. To w połączeniu z podstawowym instynktem samozachowawczym wystarczy, żeby zminimalizować ryzyko nieprzyjemnych konsekwencji korzystania z internetu.

Zdecydowanie warto “traktować wszystko wrzucone do sieci jak dostępne publicznie”.

Bardzo zwodnicza może okazać się wiara w zabezpieczenia serwisów społecznościowych i chmur na pliki. Systemy informatyczne miewają awarie, a zabezpieczenia można złamać. Przekonało się o tym w bolesny sposób wiele celebrytek z Jennifer Lawrence na czele, gdy do sieci trafiły jednego dnia prywatne zdjęcia dziesiątek aktorek i piosenkarek, na których – oględnie mówiąc – nie miały na sobie ubrań.

Trzeba się z tym pogodzić: każdy wysłany mail, każda prywatna wiadomość na Facebooku, nawet każde wysłane zdjęcie przez Snapchata – które teoretycznie powinno zostać wykasowane po kilku sekundach – może trafić później w niepowołane ręce. Najlepiej dla własnego świętego spokoju nie wysyłać w sieć nic, czego upublicznienie mogłoby mieć dla nas fatalne skutki.

Na koniec zostawiam Was z obejrzanym już ponad 12 mln razy w serwisie YouTube materiałem wideo. Film, który pokazuje kulisy pracy współczesnego jasnowidza, w myśl zasady mówiącej o przewadze obrazu nad słowem będzie idealnym podsumowaniem mojego wpisu.

* Część grafik pochodzi z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

Advertisement