Piotr Lipiński: ELEKTRONICZNA PRZERZUTKA, czyli jak mnie upgrade’ować

Felieton/Technologie 21.06.2015
Piotr Lipiński: ELEKTRONICZNA PRZERZUTKA, czyli jak mnie upgrade’ować

Piotr Lipiński: ELEKTRONICZNA PRZERZUTKA, czyli jak mnie upgrade’ować

Dojrzałem do kolejnego etapu w życiu. Zbliżając się do wieku bardzo dojrzałego – albo nawet przejrzałego – z sentymentu za dzieciństwem kupiłem „kolarkę”. Przecież, jak powiadali Grecy, w zdrowym ciele zdrowy duch. Czego najlepszym przykładem Andrzej Gołota.

Kiedy oglądałem niedawno polskich kolarzy jadących w Giro d’Italia, przypominała mi się właśnie młodość i niesłychanie wówczas popularny Wyścig Pokoju. Najbardziej kolorowa impreza sportowa, jaką widziałem w dość szarym PRL-u. I to nawet kilka razy z bliska, bo czasami kolarze przemykali przez moje niewielkie miasteczko. Czekało się na nich pewnie ponad godzinę a oglądało kilkadziesiąt sekund. Ale do dziś słyszę turkot szprych zbliżającego się peletonu.

Na co dzień z mojej fascynacji kolarstwem pozostawała gra w kapsle, które śmigały po krawężnikach i wyrysowanych patykiem na ziemi drogach. Każdy obowiązkowo z namazaną flamastrem flagą jakiegoś kraju.

Kiedy trochę podrosłem i uskładałem parę złotych, kupiłem „półkolarkę”. Gdybyście mnie kilka miesięcy temu zapytali, na czym polegała „półkolarkowość” tego roweru, kompletnie bym nie potrafił odpowiedzieć. Pamiętałem, że miał barankową kierownicę z przodu i dość wąskie opony. Ale dlaczego nie był „kolarką” pełną gębą?

Dopiero niedawno poznałem techniczne szczegóły – i tu pojawiają się nasze ulubione nowoczesne technologie.

Gdyby nie Google grafika, pewnie długo szukałbym śladów mojego roweru młodości. Nie byłem bowiem pewien nawet nazwy firmy.

Dziś już wiem, że był to Romet Sprint 2. Czerwony, jak zapamiętałem. Żółty, jak pamiętała moja żona, a ówczesna narzeczona. I to ona rzecz jasna miała rację.

Gdyby Romet dziś produkował jakiegoś Sprinta, to chyba kupiłbym go z czystego sentymentu. Niestety, nic z tego, o czym też natychmiast dowiedziałem się dzięki nowoczesnym technologiom, czyli zaglądając na stronę internetową Rometa. Udałem się więc – już na własnych nogach a nie za pośrednictwem bitów – i kupiłem najtańszą, za to całą „kolarkę”. Wciąż prawdę mówiąc nie wiedziałem, czy moja kolarska próba powrotu do młodości nie skończy się po paru zakrętach.

Jeżdżę od wielu lat na „góralu”, traktując go jako rower terenowy, a nie górski. Rzecz jasna więc obawiałem się przesiadki na „kolarkę”, bo to i człowiek musi się trochę bardziej zginać, i trzęsie trochę bardziej. A jeszcze nie wiadomo, czy rower nie rozpadnie się na pierwszych nierównościach. Ale wystarczy popatrzeć na wyścig Paryż-Roubaix, aby się przekonać, że dzisiejsze „kolarki” potrafią więcej wytrzymać niż chluba naszej motoryzacji, legendarny „Polonez”.

rower-kolarka-sport

Zaliczyłem więc pierwszą pięćdziesięciokilometrową jazdę nabierając przekonania, że następnego dnia z pewnością będę biegać, bo usiąść na niczym nie zdołam. Potem w czasie stukilometrowej trasy po raz pierwszy od trzydziestu lat wywaliłem się niezwykle efektownie. Złośliwość świata spowodowała jednak, że nie zarejestrowałem tego historycznego upadku, bo nikt mi akurat nie chciał pożyczyć ani amerykańskiej, ani nawet chińskiej kamerki sportowej. Ale przynajmniej poznałem ludzkie współczucie, bowiem na ratunek ruszyła pewna babcia z laseczką, opowiadając przy tym, jak jej samej kiedyś zablokował się łańcuch.

A potem jeżdżąc z moim kolegą zobaczyłem przyszłość kolarstwa. Nabierała prędkości zostawiając mnie daleko z tyłu.

Wszystko z takiego między innymi powodu, że rower mojego kolegi jest bardzo nowoczesny, a waży zaledwie 6,8 kilograma – dokładnie tyle, ile wynosi wyścigowe minimum przyjęte przez międzynarodową federację kolarską (UCI). Mój zaś jest aż o połowę cięższy. I ze dwadzieścia razy tańszy.

Największe wrażenie robią na mnie przerzutki w rowerze kolegi – elektroniczne!

Wyobrażacie to sobie – elektroniczne przerzutki? Przecież to jeden z najprostszych mechanizmów na świecie. Skąd więc w nim ciągoty do współczesnej elektronicznej rzeczywistości? I jak w ogóle rower może być elektroniczny? Może jeszcze w butach biegowych zrobią podeszwy na tranzystorach?

Przerzutki zawsze mnie fascynowały i deprymowały. Co jakiś czas trzeba je wyregulować, na przykład po takiej efektownej wywrotce, jaką zaliczyłem. Musiałem po niej w garażu moją „kolarkę” umieścić na stojaku i zająć się naprawą. A nie cierpię tego szczerze.

Teoretycznie ta regulacja nie jest szczególnie skomplikowana. Ot, właśnie tak prosta, jak niezbyt skomplikowana jest sama przerzutka. Trzeba przeważnie pokręcić śrubkami i jeszcze nieco pomęczyć się z naprężeniem linki. Ale mnie to zawsze doprowadza do szewskiej pasji, bo nigdy nie pamiętam, która ze śrubek za co odpowiada. Przecież są aż dwie.

Tymczasem elektroniczna przerzutka w rowerze mojego kolegi reguluje się sama. Coś tam trzeba nacisnąć, żeby się zresetowała i wszystko znowu działa płynnie i elegancko. Jak w komputerze. No nie, świat nie powinien tak wyglądać.

Nie mylcie tylko elektrycznej przerzutki z elektrycznym silniczkiem, napędzającym rower.

Elektroniczne przerzutki podbijają zawodowe peletony, bo działają lepiej od swoich mechanicznych odpowiedników, ale pedałować do mety wciąż trzeba z taką samą siłą. Dla mnie to jednak przekroczenie pewnej granicy – rowery zawsze kojarzyły mi się z pojazdami w pełni mechanicznymi (no, może poza dynamkiem napędzającym światełko). A już sztandarowym symbolem tej mechaniczności roweru była właśnie przerzutka. Tymczasem za chwilę rowery staną się jeżdżącymi komputerami. Zresztą przecież nawet w swoim „góralu” korzystam od kilku lat z licznika z GPS-em. Skoro elektronika zawitała do świata rowerów, to może kiedyś hackerzy włamią się do peletonu podczas Tour de France?

Kolega na tym swoim rowerze jeździ znacznie szybciej, niż ja na swoim. Choć tu bym nie przywiązywał się do myśli, że to jedynie za sprawą przerzutek, bo rzecz tkwi raczej w jego mocniejszej nodze. Elektronika elektroniką, a i tak w końcu trzeba „depnąć” w pedał.

kolarka-sport-rower

Ale w kolarstwie przecież nie tylko unowocześniają rowery. Przez wiele lat udoskonalano też kolarzy, aplikując im przeróżne niedozwolone środki. „To była opowieść o skorumpowanym, zepsutym, ale zaskakująco rycerskim świecie, w którym możesz szprycować się każdym niedozwolonym środkiem, jaki wymyślono, ale równocześnie musisz zaczekać na przeciwnika, gdy ten ulegnie wypadkowi podczas wyścigu…” – napisał dziennikarz Daniel Coyle po rozmowach z „koksującym” kiedyś kolarzem Tylerem Hamiltonem w książce „Wyścig tajemnic”.

Ponoć w ostatnich latach udało się wytępić w znacznym stopniu doping w kolarstwie. Ale ja na jego temat mam swoje zdanie – podejrzewam, że kiedyś zostanie uznany po prostu za nowoczesne biotechnologie, które mogą poprawić życie człowieka, tak jak dziś usprawniają go komputery i smartfony. W końcu przecież wiele z tych niedozwolonych w sporcie środków wywodzi się z medycyny i zwykłym ludziom ratuje życie.

Używanie dopingu uznawane jest za nieuczciwe, ale mam wrażenie, że bronienie się przed nim jest pewnego rodzaju hipokryzją.

W wyścigach, w których liczy się głównie kolejność, a nie bicie rekordu trasy – bo ta często się zmienia – doping w gruncie rzeczy niewiele wnosi. Kolarze korzystali z niego, bo oczywiście poprawiał wydajność i pozwalał walczyć z tymi, którzy już wcześniej po niego sięgnęli. Ale gdyby nikt nie korzystał z dopingu, wyścigi wciąż byłyby równie spektakularne. Pewnego dnia po prostu potoczyła się kula śnieżna, która zamieniła się w lawinę nie do powstrzymania. Ale kolarstwo mogło równie dobrze żyć, gdyby ktoś pierwszy nie sięgnął po doping.

Co innego w przypadku bicia rekordów świata. Podejrzewam, że jeśli tylko lekkoatleci zderzą się kiedyś ze ścianą i przez kilkadziesiąt lat nie zdołają pobić rekordu w biegu na 100 metrów, nagle władze sportowe zaczną rozważać, czy jednak nie zacząć biegaczy trochę podrasowywać. Czy jednak nie pozwalać im wstrzyknąć sobie czegoś tam do żyły. Przetoczyć trochę krwi. Bo inaczej znudzeni widzowie odwrócą się od mityngów lekkoatletycznych.

Usain Bolt w swojej autobiografii „9.58” pisze, że człowiek nie jest w stanie przebiec „setki” w czasie 9,2 sekundy. Jakby nie ćwiczył, jakby nie był utalentowany.

Podejrzewam więc, że gdy odbijemy się do tej granicy, nagle władze sportowe zaczną bardziej liberalnie patrzeć na „doping”.

A idąc takim topem może za jakiś czas każdy będzie chciał mieć sztuczną rękę zamiast zwykłej, bo mu lepiej posłuży do pracy? I wbudowany do mózgu czip, w którym będzie można zapisać daty spotkań i listę zakupów, bez ryzyka, że coś się skasuje? Tak jak w moim mózgu z reguły resetuje się połowa pamięci, gdy tylko wchodzę do sklepu.

Może za jakiś czas znudzi nam się czytanie o upgrade’owaniu komputerów – nastanie czas udoskonalania ludzi. Jak tak pędzę zziajany za moim kolegą z elektronicznymi przerzutkami, to sam bym sobie coś zupgrade’ował.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Zdjęcia: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement