Karol Kopańko / 06.06.2015

13 azjatyckich oszustw, przez które można stracić pieniądze. O mały włos nie wpadłem w sidła jednego z nich

93 interakcje Przejdź do dyskusji

Będąc w Azji cały czas trzeba mieć się na baczności, bo rzeczywistość lubi przypominać dżunglę, w której turysta jest ofiarą, a drapieżników nie brakuje.

Uszkodzony skuter

Pamiętaj, aby zawsze kiedy wypożyczasz motor, skuter lub jakąkolwiek inną rzecz zrobić jej zdjęcie. Może ono później posłużyć jako dowód jeśli ktoś będzie cię chciał naciągnąć na naprawę rzekomo zniszczonych części. W miejscach z dostępem do morza proceder ten jest również praktykowany z wykorzystaniem skuterów wodnych.

Nieświadomy turysta wpłaca odpowiednią kaucję za wypożyczenie skutera. Nie ogląda go, nie sprawdza czy wszystko jest na swoim miejscu, a jedynie radośnie pruje przed siebie. Kiedy jednak przychodzi do oddania motoru do wypożyczalni, właściciel wynajduje coraz to nowe rysy, obluzowane śrubki, dziwnie pracujący silnik, czy luźne sprzęgło. Niczego wcześniej oczywiście nie dało się dopatrzyć, a motor zachowywał się i wyglądał jakby dopiero co wyjechał z salonu.

Spokojnie, to nie mój. Na szczęście. Ale kierowcy tego tez się nic nie stało, choć motor spadł 3 metry w przepaść!Przyjechali tajowie, wyciągnęli i Anglik pojechał dalej 😉

Posted by Karol Kopańko on Thursday, December 4, 2014

Motor to najczęstszy powód kłopotów turystów (poparte jedynie moimi obserwacjami), gdyż powoduje przede wszystkim uszczerbek na zdrowiu, czego i sam doświadczyłem…

W Tajlandii na białych obcokrajowców mówią Farang. A właśnie od tego słowa powstało także określenie Farang tatoo, które oznacza białego, który wypożyczył sobie motor (w Azji nie trzeba na to żadnych zezwoleń ani prawa jazdy) i po beztroskiej jeździe doznał wypadku. Tatuażem jest więc blizna.

Drukarkowi banksterzy

Zwykli sprzedawcy to często żadni przekręciarze, ot namolni handlowcy, rządni wcisnąć nam byle bubel. Mogą denerwować, ale przy stanowczej reakcji są nieszkodliwi. Mocno irytują za to tzw. walutowcy, którzy bardzo prymitywną metodą chcą zrobić z turysty głupka. Otóż po wyciągnięciu informacji z jakiego kraju pochodzicie, dziwnym trafem z kieszeni wyciągają właśnie wasz banknot. No i co im biedakom w tej Azji po złotówkach, jak nawet w kantorze nie wymienią. Proszą więc, abyście ulżyli ich losowi i własnoręcznie wymienili złotówki na rupie lub inne peso.

Dopiero przy bliższych oględzinach okazuje się że banknot w rzeczywistości wydrukowany został na domowej drukarce. Ale gdy weźmiecie go do ręki, rozmówcy dawno już przed wami nie będzie.

DSC06033_Fotor

Biura turystyczne

Chcę kupić bilet na pociąg w Delhi. Idę na dworzec kolejowy. Jeszcze przed wejściem dopada mnie Indus, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności pozwoli mi zaoszczędzić czas i pieniądze. Zyskał moją uwagę.

Otóż, mówi: “Kasa biletowa dla turystów znajduje się 2 kilometry stąd, przy głównym rondzie. Na dworcu kiedyś była, ale zamknęli i teraz tylko miejscowi mogą tu kupować, a turyści w innym miejscu”. No cóż… uwierzyłem mu.

(na zdjęciu poniżej droga do delhijskiego dworca)

Konkretnie pokazał mi kierunek, palcem wymacał na smartfonowym GPS-ie lokalizację, więc pomyślałem “Dobry Samarytanin”. W drodze dorwał się do mnie jeszcze inny Indus i zapytał gdzie idę, a kiedy dostał swoją odpowiedź uradowany zakrzyknął, że on też w to samo miejsce i nawet mnie zaprowadzi.

Dochodzimy już prawie na miejsce i mijamy wiele biur turystycznych (każde z własnym szyldem “Government Approved”), ale od mojego przewodnika słyszę, że to sami oszuści, a tam gdzie on mnie prowadzi nigdy mnie nie naciągną choćby i na pół rupii.  Mam szczęście, nie ma co!

Wchodzę do środka, miły lokal, całkiem jak na indyjskie warunki luksusowo, tapczan, krzesło z miękką tapicerką, akwarium z kolorowymi rybkami i komputer z Windowsem XP. Przycinającym się.

Kupiłem dziś trzy bilety na Indyjskie Koleje.New Delhi – AgraAgra – JaipurJaipur – New DelhiUda mi się zrobić złoty…

Posted by Karol Kopańko on Sunday, January 11, 2015

Chcę kupić bilet na pociąg. Okazuje się, że już sprzedane nie ma miejsc. Masz ci los… pierwszy raz w historii moich indyjskich podróży na 3 dni przed kursem nie ma biletów… Za to świetnie trafiłem bo akurat mają promocję na wycieczkę taksówką właśnie w te miejsca gdzie chcę pojechać. Pięknie! Tylko cena zwala z nóg – w przeliczeniu tysiąc złotych, Wtedy poznaję już, że z moimi sprzedawcami jest coś nie tak…

Przeciwnik po drugiej stronie gabloty orientuje się, że przejrzałem jego grę, zaczyna przeklinać i krzyczy, że co sobie wyobrażam, że będę podróżował tak tanio jak miejscowi, tak dobrze nie ma!

Opuszczam gabinet w podskokach i pędzę jeszcze raz na dworzec. Na miejscu powtórnie trafiam na swojego “wybawiciela”, który zatroskany pyta czy na pewno odnalazłem kasę biletową, bo on może mi nawet taksówkę zamówić bardzo tanio.

Puszczam jego ględzenie mimo uszu i po kilku minutach błądzenia po dworcu odnajduję właściwe biuro turystyczne na piętrze. Kupuję trzy kolejowe bilety za… 15 zł.

Okazuje się, że wszyscy bohaterowie mojej historii to członkowie jednej mafii. Pierwszy miał mnie poinformować gdzie kupię właściwe bilety, drugi niby przypadkiem zaprowadzić do właściwego biura, a trzeci już tylko sfinalizować transakcję. Byłem wtedy bardzo na siebie zły, że dałem się wciągnąć w ich grę. Na szczęście straciłem tylko 2 godziny, a mogłem i pieniądze i czas, bo “wożenie się ” pomiędzy atrakcjami to nie mój styl.

Dla wszystkich podróżujących przez Delhi, tak powinna wyglądać kasa dla turystów:

Bardzo Ważny Bus

Jesteśmy z zupełnie innego niż azjatycki świata, więc już na pewno powyżej uszu mamy podróżowania z rozwrzeszczanymi localsami. Ileż można walczyć o swoje miejsce i prawo do rozprostowania nóg? Raz na godzinę? Na kwadrans? Minutę?

Właśnie dlatego, przygotowane zostały specjalne VIP busy, które pozwolą poczuć się znowu jak w Europie. Klimatyzacja, telewizja, woda, mięciutkie, rozkładane fotele, wszystko w standardzie. A, że cena trochę wyższa? Cóż za luksus się płaci. Niestety w tym przypadku ogląda się go tylko na reklamowych folderach.

W rzeczywistości zaś pod obskurny przystanek podjeżdża rozklekotany, stary rzęch, który nawet w Polsce dawno byłby zabytkiem. Siedzenia są metalowe, obłożone gąbką, głośniki grają “na full”, aby kierowca nie zasnął, otwarte okna robią za klimę, a rozgdakane kury za radio.

Jak się jeździ nepalskimi busami? Ano tak, że słychać stukanie zębów – tak trzęsie! Bilet za 3 godziny takiej przyjemność to tylko 90 rupii (3,5 zł).Co prawda jedziemy po górskich wertepach i czasami stajemy, aby odrzucić kamienie z drogi, ale o zawieszenia takiego pojazdu lepiej nie pytać…

Posted by Karol Kopańko on Tuesday, June 2, 2015

Z rejonu gór Annapurny do Pokhary wracałem autobusem, w którym jak w całej Azji bilet kupowało się u krążącego korytarzem naganiacza. Coś mnie tknęło, aby zapytać siedzącego obok mnie Nepalczyka w moim wieku (dawał szanse na znajomość angielskiego) ile kosztuje bilet.

Odpowiedział mi, że 90 rupii (rupia indyjska to 1,6 rupii nepalskich i prawie 6 gr) i nawet pokazał bilet z taką kwotą wypisaną ołówkiem. Wiedziałem już wtedy co powiedzieć naganiaczowi, który zażądał ode mnie okrągłych dwóch stówek.

Bilety do kontroli

Kodaikanal to przepiękny górski resort, gdzie w przeszłości brytyjscy lordowie uciekali w poszukiwaniu wytchnienia od dobijającego upału. Niestety ja byłem tam w grudniu, czyli generalnie słabym sezonie, kiedy często zdarzają się deszcze a mgła podnosi się z ulic tylko na kilka godzin, co z drugiej strony tworzy niesamowicie mroczny klimat. Postanowiłem, że zabawię tu dwa niecałe dni, więc aby zobaczyć wszystkie atrakcje zakupiłem za 300 rupii objazdową wycieczkę.

Na wejściu do małego busa powitał mnie przewodnik z żądaniem uiszczenia dodatkowej opłaty, która pokryć ma koszty wszystkich wejściówek. Będąc już wytrenowany w indyjskiej zaradności odpowiedziałem, że będę płacił za każdym razem, kiedy “strażnik” danego miejsca zażąda daniny. Opiekun wycieczki poszedł wgłąb mikrobusa i pozbierał opłaty od pozostałych pasażerów.

Mnie więcej nie prosił już o dodatkowe pieniądze. Ani razu nie robił też tego strażnik, bo o biletach np. do lasu jeszcze nie słyszał.

(na zdjęciu poniżej załoga busa w lesie sosnowym)

Delhi belly

Historia znana jedynie z opowieści. Na szczęście, ponieważ gdybym doświadczył tego na własnym… brzuchu to bardzo poważnie nosiłbym się z zakończeniem podróży.

Cała magia tego tricku polega na owinięciu wokół palca turysty, zaprowadzeniu go do upatrzonej knajpy i zaoferowaniu preferencyjnych cen. Turysta, kiedy tylko może zaoszczędzić to przeważnie się na to skusi. Skusi się także na posiłek z niespodzianką, którą będzie jakaś trutka. Nie wdając się w medyczne szczegóły spowoduje ona ostry ból brzucha, który wybije turyście z głowy myśli o zwiedzaniu miasta.

Delikwentowi oferuje się więc pomoc i zaprowadzenie do taniego hostelu. W nim natomiast wzywa się podstawionego lekarza, który wydaje z góry ustaloną diagnozę – trzeba zakupić lek. Bardzo drogi lek. Szczęśliwym zrządzeniem losu właściciel hotelu wyciąga z szuflady właśnie ten lek. Niestety lek jest horrendalnie drogi, a to właśnie pieniądze, które z jego pomocą wyciągnie się od turysty służą do opłacenia wszystkich uczestników akcji – naganiacza, kucharza, “lekarza” i właściciela hostelu.

Daj mi kartę kredytową, a uczynię cię bogatym

Kuszące, prawda? Szybki zarobek – to jest to, co oferuje masa wyższej rangi naciągaczy. Zwykle posiadają produkt, który reklamują jako niesłychanie luksusowy, tu powszechny, a na Zachodzie kosztujący prawdziwe kokosy. Oznacza to, że na eksporcie zbić można fortunę! A po co się nią dzielić z celnikami?

Tu na arenę wkracza turysta, który w swoim bagażu podręcznym może bezpiecznie i w tajemnicy przewieźć np. kamienie szlachetne. Musi tylko zapłacić za nie niewielką kwotę na miejscu, a potem oddać je już w Europie miejscowemu łącznikowi siatki, który w zamian za pomoc przekaże mu sowite wynagrodzenie.

Jest tylko jeden szkopuł. Aby uwiarygodnić szmuglera przed międzynarodowymi bossami, którzy zarządzają akcją ze swoich tajemnych kwater, potrzebna jest karta kredytowa. Wystarczy tylko, że ludzie na jednym końcu przeciągną ją przez czytnik i już prawie jesteś bogaczem. Później w niewyjaśnionych okolicznościach mogą ci ginąć pieniądze z konta, a kupione diamenty okazać się podróbkami, ale na zgłoszenie kradzieży może już być za późno, bo zanim skontaktujecie się z bankiem, ten może już przetworzyć transakcję.

(na zdjęciu poniżej szlifowanie kamieni szlachetnych na Sri Lance)

Renomowany przewodnik

Poznać go najczęściej można po świetnej angielszczyźnie i obecności w niewielkim oddaleniu od danej atrakcji. Niekiedy ma jeszcze chorągiewkę, a także legitymację, zawieszoną w widocznym miejscu, która zwykle wypisana jest w dalekim od łacińskiego alfabecie. W pierwszym akcie następuje pytanie “czy w Forcie/Świątyni/Parku nie potrzeba ci przewodnika. Taniego. Dobrze znającego wszystkie zakamarki”.

Kiedy odmawiasz, dowiadujesz się, że bez niego będziesz włóczył się po korytarzach/ruinach/ścieżkach bez celu, niczego się nie dowiesz i bardzo się wynudzisz, a także zmarnujesz pieniądze wydane na bilet.

W trzecim akcie dochodzi do drastycznego obniżenia ceny i błagania o zatrudnienie, bo dzieci na utrzymaniu, a żona chora i do garnka nie ma co włożyć.

Egoistycznie mógłbym powiedzieć “czy to mój problem” i byłoby to bardzo nie w porządku, ale też problemów Krajów Trzeciego Świata jest tak dużo, że życia na rozdawnictwo nie starczy.

Co ciekawe, kiedy tylko wraz z biletem przejdzie się przez bramkę wynająć można innego przewodnika, tym razem z legitymacją po angielsku, którego poleca jeszcze kasjer. Okazuje się bowiem, że ten pierwszy “przewodnik” to zwykły mieszkaniec pobliskich terenów, który najpewniej sam kiedyś wynajął przewodnika, zapamiętał, co ten mu powiedział, albo poczytał w Internecie i zaczął oprowadzać. Dlatego na wejściu także musi kupić bilet, ale posiadając miejscowy paszport może to zrobić o wiele taniej.

(Niektórzy przewodnicy – jak ten w Sri Lance – łapać próbują już na przystankach autobusowych)

Święci asceci

Dotyczy to zwłaszcza Indii. Podróżując przez ten kraj spotkać można bardzo wielu tzw. świętych mężów, którzy zdecydowanie wyróżniają się wyglądem. Są kolorowo ubrani, mają umazane twarze, a czasami ciągną jeszcze za sobą krowę – również przykrytą barwną płachtą.

Pod pachą trzymają gliniane naczynie, do którego zbierają ofiary skwapliwie wypatrując w tłumie turystów. Ponoć wszystkie pieniądze idą na szczytny cel, świątynny. Nawet jeśli w to uwierzymy, to w świątyni pieniądze również można malwersować. Zdarzają się nawet przypadki, kiedy po śmierci głównego kapłana danej świątyni, w jego schowku odnajdywano góry złota.

Slalom przez granicę

Przekraczanie granicy w wielu azjatyckich państwach jest prawdziwą drogą przez mękę. Oto kilka przykładów:

– Autobus, który dowozi pasażerów do granicy dziwnym trafem psuje się akurat na postoju tuk-tuków, kilka kilometrów przed granicą.

– Tuk-tuki, za które dopłacić trzeba ekstra także nie dowożą do urzędów imigracyjnych, a wysadzają przy szemranych biurach

– Biura te udają urzędy imigracyjne i za opłata mogą wydać druki, które w urzędzie dostaniesz za darmo, albo podbić paszport nic nie wartą pieczątką.

 

– Kiedy już dotrzesz do prawdziwego urzędu, to ciężko z kimkolwiek będzie dogadać się po angielsku (z taką sytuacją spotkałem się nawet na lotnisku w Hanoi), a czekanie na swoją kolej potrwać może i godzinę.

– Jeśli zgubisz swoją “karteczkę imigracyjną” to urzędnik może żądać łapówki za wydanie kolejnej.

(na zdjęciu poniżej tzw. Jeepney, czyli główny środek zbiorowej lokomocji na Filipinach)

Zorganizowani kieszonkowcy

Nie powiem, abym spacerując uliczkami azjatyckich miast nie czuł dziwnego uczucia, jakoby ktoś wyciągał mi coś z plecaka. Porównałbym to nawet z fantomowym przekonaniem, że nieustannie przychodzą do nas powiadomienia na smartfonie. Na szczęście moja przeczucie zawsze było płonne, ale przeważenie najważniejsze rzeczy i tak nosiłem w niewielkiej torebce “na przedzie”.

Widziałem jednak sytuację, kiedy złodziej próbował zagadywać turystę, a jego kompan w tym czasie dobierał się do plecaka, Wówczas zadziałała otaczająca społeczność, ale ta nie mogła już nic zrobić np. w Kambodży, gdzie spotkałem dziewczynę, której smartfona dosłownie wyrwano z ręki podczas spaceru.

Siadaj pomasuję

Idę brzegiem Ghatów w Waranasi. Wtem za rękę ciągnie mnie jeden z Indusów i prosi, abym usiadł na przygotowanym przez…

Posted by Karol Kopańko on Tuesday, June 2, 2015

“Przecież umilam ci życie!”

Na koniec najbardziej naiwny sposób zarabiania. Otóż przy wielu azjatyckich miastach grasują stada małpek, więc niektórzy localsi ubzdurali sobie, że będą pobierali opłaty za odganianie ssaków, żądnych słodkości od turystów. Cóż, ja to nawet chciałem się z nimi przywitać i dać kawałek pomarańczy… małpkom oczywiście.