Piotr Lipiński: RAW CZY JPG, czyli po co nam piksele?

Felieton/Foto 24.05.2015
Piotr Lipiński: RAW CZY JPG, czyli po co nam piksele?

Piotr Lipiński: RAW CZY JPG, czyli po co nam piksele?

Pora zastanowić się jak Hamlet na wieść o zbliżających się wakacjach:

– RAW czy JPG? Oto jest pytanie.

W jakim formacie fotografować, żeby nasze zdjęcia podobały się znajomym a może jeszcze zdobywały jakieś ważne nagrody? Ten wybór wydaje się w życiu równie ważny jak pomiędzy iPhone’em a Samsungiem. Albo między BMW a Lexusem.

– A kolega, jak na zawodowca przystało, raw-em nie dysponuje? – zapytałem kiedyś pewnego świetnego fotografa prasowego. Jak ktoś wiedzę o fotografii czerpie głównie z Internetu, to może owo pytanie uznać za niedorzeczne. Przecież w sieci aż huczy o tym, że raw to właśnie format dla zawodowców. W rzeczywistości jest jednak trochę inaczej niż w internetowych bajkach.

Kilka słów dla tych, którzy w menu swojego aparatu fotograficznego dostrzegli kiedyś pozycje „jpg” oraz „raw” (w różnych odmianach), choć nigdy nie rzucili się na głęboką wodę i nie przestawili tych opcji. Mówiąc najprościej: jpg od razu wygląda dobrze, a raw kiepsko. Jpg jest czymś w rodzaju dawnego slajdu, którego nie dawało się poprawić. Raw to negatyw, z którego obraz można – a nawet trzeba – poddawać sporym korekcjom. Zabawy z tym jest całe mnóstwo, pod warunkiem, że ktoś cierpi na nadmiar wolnego czasu.

Choć raw daje większe możliwości twórczej edycji, to na warsztatach FotografujLepiej.pl (nieustająco zapraszamy!) przekonujemy, że niekoniecznie trzeba po niego sięgać. Mój wspólnik w tych warsztatów, Sławek Kamiński był ostatnio jurorem w konkursie Grand Press Photo. Na konkurs oczywiście nikt nie przysyła rawów, bo to jakby słać negatywy zamiast odbitek. Ale kiedy jurorzy mają wątpliwości, czy zdjęcie nie jest rodzajem fotomontażu, proszą autorów o oryginał. I wtedy często okazuje się, że oryginał to jednak jpg a nie raw. Zawodowcy bowiem nie zawsze mają czas, aby pracować na raw-ach. Te sprawdzają się głównie w projektach o większym oddechu niż codzienna sieczka.

Kiedyś w Etiopii zepsuła mi się „lustrzanka”. Szlag mnie rzecz jasna trafił, bowiem wkrótce miałem zobaczyć Arkę Przymierza – „zobaczyć” raczej w cudzysłowie, bo Etiopczycy upierają się, że ją posiadają, ale jednak nie chcą nikomu pokazać. W każdym razie mój aparat na wieść o zbliżaniu się do Arki Przymierza przestał się włączać – może faktycznie dopadły go jakieś nieziemskie moce. Na szczęście miałem ze sobą swojego ulubionego „malucha”, czyli „kompakt” Fuji X20. Bardzo zręczny i poręczny aparacik. Niestety, wówczas w Lightroomie kiepsko obrabiało się raw-y z Fuji. Wynikało to ze specyficznej konstrukcji matryc w aparatach Fuji. Ale dla odmiany z X20 wychodziły znakomite jpg-i.

fotografia-format-raw-czy-jpg (1)

Wybór więc wydawał się bolesny ale też oczywisty – przez tydzień w Etiopii fotografowałem tylko jpg-i. Bolesny, bo zwykle robię zdjęcia jednak w raw-ach. Korzystam z tego, że nikt mnie nie pogania i mam wystarczająco dużo czasu na cyfrowe dopieszczanie zdjęć.

Po powrocie z Etiopii okazało się, że niczego nie straciłem. Wśród zrobionych zdjęć nie znalazłem żadnego cudownego kadru, który wymagałby intensywnej obróbki, żeby wydobyć całą jego urodę. Zdjęcia ukazały się w kwartalniku „Kontynenty”, dbającym o jakość fotografii. Poszły i te z „lustrzanki”, czyli zrobione w raw-ach, i te z „kompaktu”, czyli pstryknięte od razu w jpg. Różnice między kadrami wynikały głównie z użytej optyki, a nie formatu zapisu. W druku jakość była taka sama. (Nawiasem mówiąc, pokazuje to też, że nie zawsze „lustrzanka” wygrywa z „kompaktem”, o czym już kiedyś pisałem).

Ktoś powie – bo druk nie pokazuje pełni możliwości aparatu. Zgadza się. Ale też właśnie o to chodzi.

Skoro w żaden sensowny sposób nie wykorzystamy pełni możliwości aparatu z powodu ograniczeń przy prezentacji zdjęć, to nie musimy walczyć o każdy piksel. Bo to już robi się trochę sztuka dla samej sztuki.

Raw rzeczywiście zapewnia lepszą jakość obrazu, tylko pytanie: a właściwie po co nam ta lepsza jakość? Nie skorzystamy z niej robiąc większość odbitek, nie skorzystamy montując slideshow, a wreszcie – drukując w gazecie. Co jednak najbardziej istotne – z reguły bez względu na to, czy wybierzemy raw czy jpg jakość zdjęć ze współczesnych aparatów cyfrowych będzie bardziej niż satysfakcjonująca. A decydując się na raw musimy od razu zarezerwować sobie sporo czasu na korekty, żeby nasze zdjęcie wyglądało przynajmniej tak dobrze jak od razu zrobione w jpg.

Oczywiście jak powiększymy do 100 procent ten sam kadr to okaże się że raw ma więcej informacji. Czasami musimy mieć taki perfekcyjny obraz. Ale tak jak nikt nie żyje ze sprzedaży perfekcyjnie wyglądających histogramów, tak z reguły jednak nie zarabiamy na pokazywaniu zdjęć w powiększeniu 100 procent. Nikt nie dostaje Grand Press Photo za większą szczegółowość fotografii.

Rzecz jasna, fachowcy też fotografują w raw-ach, bo z różnych względów potrzebują idealnej jakości. Ale raw to z pewnością nie jedyny format, jakim się posługują. Gdy trzeba zdjęcie jak najszybciej dostarczyć do agencji czy gazety, jpg rządzi.

Raw, mimo, że przekazuje więcej informacji o zarejestrowanym obrazie, ma jednak jedną poważną wadę: trzeba umieć go obrobić.

To wbrew pozorom nie jest wcale łatwa umiejętność. A w fotografii wcale nie jest dobrze, gdy więcej czasu siedzi się przy komputerze niż trzyma w ręku aparat.

fotografia-format-raw-czy-jpg

Dla mnie najważniejsza zaleta raw-ów – niezbyt powszechnie jednak używana – to możliwość „założenia filmu” – czyli wyboru charakterystyki barwnej – już po zrobieniu zdjęcia. Kiedyś każdy negatyw czy slajd pokazywał kolory trochę inaczej. Do tego nawiązuje choćby Fuji, pozwalając wybierać pomiędzy cyfrowym odpowiednikami swoich kultowych filmów Astia czy Velvia przed zrobieniem zdjęcia – przy jpg-ach – albo już po ich wykonaniu – przy raw-ach. Inni producenci nazywają to po swojemu – Canon proponuje na przykład charakterystykę odpowiednią do portretów albo do pejzażu.

Dlaczego więc na warsztatach FotografujLepiej.pl radzimy, żeby zmierzyć się z formatem jpg? Bo ten wymaga większej dyscypliny. Wybierając go bardziej dbamy o poprawne naświetlenie zdjęcia czy zgodne z twórczym zamysłem ustawienie balansu bieli. A przede wszystkim mniej myślimy o późniejszej obróbce, bo w przypadku jpg-u możliwości są trochę mniejsze niż przy raw-ie. Bardziej więc koncentrujemy się na uzyskaniu od razu dobrego kadru. Wbrew pozorom to istotne psychologicznie ćwiczenie – uzyskanie jak najlepszego obrazu wprost z aparatu.

W ostatecznym rozrachunku liczy się wyłącznie wartość artystyczna kadru.

Fotografowanie w raw-ach nie spowoduje, że nasze zdjęcia będą ciekawsze. Jak się nie nauczymy grać, to nawet sięgając po skrzypce Stradivariusa nikogo nie zauroczymy melodią.

Na naszych warsztatach więc przekonujemy, że raw nie jest jakąś cudowną receptą na sukces. Wciąż – nawet w dzisiejszych czasach „instant” – nic nie zastąpi cierpliwej nauki i szlifowania swojego warsztatu.

Podobnie jest zresztą w pisarstwie. Pewna pani jakiś czas temu napisała do jednego z moich wydawców, że pracowała nad książką aż półtora miesiąca. Hmm. Wiesław Myśliwski pracował nad powieścią osiem lat, po drodze niszcząc pierwszą wersję, bo uznał ją za niedoskonałą.

Ale czas można też zmarnować. Pewien młodzieniec zachwalał powieść swojej narzeczonej, pisząc, że przez rok ślęczała nad nią z mozołem każdego wieczora. W ogóle mnie to nie poruszyło. Gdyby co noc włóczyła się po knajpach, może bym się pochylił nad tekstem uznając, że autorka życie zna z autopsji, a nie z książek. Bo te musimy czytać, aby wzbogacać nasz styl, ale jeśli chcemy wnieść coś oryginalnego do literatury, to życie powinniśmy poznać od podszewki, a nie z okładek książek.

A fotografii nauczymy się robiąc – a nie obrabiając – zdjęcia.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Zdjęcia: Shuttestock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement