Niekorzystanie z Instagrama okazało się całkiem rozsądnym wyjściem

Artykuł/Social media 27.05.2015
Niekorzystanie z Instagrama okazało się całkiem rozsądnym wyjściem

Niekorzystanie z Instagrama okazało się całkiem rozsądnym wyjściem

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Teraz każdy, kto opowiada o zagrożeniach związanych z przestrzenią Internetu i mediów społecznościowych, może głośno powiedzieć: “a nie mówiłem!”. Okazuje się, że nie tylko nasze dane są dostępne dla firm i ludzi, o których nie mamy pojęcia oraz nasze rozmowy i maile mają więcej adresatów niż byśmy chcieli. Internet, a dokładnie Instagram, umożliwił innym zarabianie na wizerunku obcych osób. Takiej praktyki dopuścił się jeden z amerykańskich artystów.

W obliczu tego, co się wydarzyło, publikowanie zdjęć znajomych bez ich zgody, które jest notabene niezgodne z prawem, wydaje się niczym wielkim. Właściwie to wydawało się niczym groźnym od zawsze, bo mnie samej zdarzyło pojawić się na fotografiach wrzucanych przez osoby, które znam, ale które tej publikacji ze mną wcześniej nie uzgadniały.

Teraz jednak chodzi o coś więcej, bo fotografie niektórych użytkowników Instagrama stały się poniekąd własnością jednego z amerykańskich twórców. Uściślając, nie konkretne fotografie, a screenshoty zdjęć umieszczonych w aplikacji, które aktualnie znajdowały się na ekranie.

Amerykanin Richard Prince, malarz i fotograf, zaprezentował w ubiegłym roku swoje prace w Gagosian Gallery, w Nowym Jorku na Frieze Art Fair.

 

Wystawa blisko czterdziestu fotografii nosiła nazwę “Nowe portrety” i była niczym innym jak zrzutami ekranu, na których widnieją zdjęcia różnych osób umieszczone w medium społecznościowym Instagram. Smaczku dodaje fakt, że aktualnie każdy może zostać właścicielem kontrowersyjnych zdjęć. Prince za jedną pracę liczy sobie 100 tys. dol., a konta osób, których wizerunki czy prace widnieją na screenshotach, nie zostaną zasilone choćby o centa. To nie pierwszy raz, kiedy twórca igra z prawem, w 2013 roku został oskarżony o łamanie praw autorskich przy okazji innych prac swojego autorstwa. Został jednak oczyszczony z zarzutów. Niektórzy krytycy sztuki są zdania, że tym razem Prince złamał prawo, wykorzystując wizerunek innych osób, ale już prawnicy z Uniwersytetu Stanforda twierdzą, że w tym wypadku do naruszenia nie doszło.

Fotograf umiejętnie porusza się w tzw. szarej strefie i dopóki nie będzie sprzedawał reprodukcji samych fotografii bez zgody ich autorów, dopóty będzie bezpieczny.

Użytkownicy Instagrama nie kryją jednak swego oburzenia. Jedna kobieta złożyła już ponoć zawiadomienie o dokonaniu przestępstwa. Trwa oczekiwanie na rozprawę sądową.  

Sytuacja ta wydaje się bez mała absurdalna i dowodzi, że prawo nie jest jeszcze gotowe na to, co dzieje się w przestrzeni Internetu. Ba, że to my, jego użytkownicy, nie jesteśmy na to gotowi. Przyznam, że pomysł Prince’a chyba nigdy nie wpadłby mi do głowy. Artysta został już ponoć okrzyknięty “mistrzem trollingu” i rzeczywiście, jego zachowanie – sama wystawa, a teraz próba zarobienia na pracach, które budzą tak skrajne emocje – jest przewrotne, niepoprane, ale i całkiem zmyślne.

Czy rozpatrując tę wystawę w kategoriach prowokacji i prztyczka w nos wszystkim tym, którzy chcą być na czasie i online, możemy przymknąć oko na tę dwuznaczną praktykę?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Być może ta sytuacja uświadomi ludziom, że to, co wrzucają do Sieci na widok publiczny w pewnym sensie przestaje być ich i może być wykorzystane na wiele sposobów z tego względu, że prawo sobie z tym nie radzi. Uświadomi, że Internet i XXI wiek są bezwzględni.

Boję się jednak, że takie zabiegi utwierdzą tylko niektórych w przekonaniu, że to, co jest w Sieci, jest niczyje dosłownie, należy do wszystkich i można z tego korzystać w dowolny sposób. A na to nigdy się nie zgodzę, nawet jeśli z Instagrama nie korzystam.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Dołącz do dyskusji

Advertisement