Karol Kopańko / 13.04.2015

Za 6 miesięcy w Azji zapłaciłem 30 tysięcy złotych

42 interakcje Przejdź do dyskusji

Dużo? Mało? Starałem się podróżować tanio, ale czasami od “podatku od białej skóry” uciec nie sposób, a i przecież wspierać odwiedzane, biedniejsze tereny także wypada.

Dlaczego takie zdjęcie widzisz powyżej? Oto jego historia:

Jestem w Yogyakarcie, a chcę się dostać w pobliże wulkanu Merapi, u którego stóp powstało najpiękniejsze miasto Jawy. Wypożyczam skuter i ściągam mapy. W drodze zatrzymuję się aby dotankować pusty zbiornik i sprawdzam smartfona – jego paliwo też się wyczerpało… To nic, od czego mam język!

Wiedziony wskazówkami lokalsów trafiam w dziwne miejsce – zupełnie bez turystów, choć to przecież ogromna atrakcja. Pomyliłem drogi, ale i tak zacząłem wspinać się po zboczach Merapi, gdzie koleiny zwyciężyły koła skutera.

Po kilku godzinach trafiłem na małej wioseczki, gdzie w najlepsze trwało wesele! Posadzono mnie za stołem, wręczono łyżkę i talerz z ryżem. Indonezyjska gościnność dała mi niesamowity czas spędzony na ślubnej zabawie i zaoszczędziła kilka tysięcy rupii na posiłku. Odwdzięczyłem się przysyłając zdjęcia z imprezy na adres miejscowego kapłana, który raz na miesiąc jeździ do miasta sprawdzić pocztę.

Choć najlepiej jest podróżować bez pieniędzy to nie zawsze się da, a robienie czegoś jak W pizdu na krzywy ryj w kraju o wiele biedniejszym od Polski byłoby w najlepszym razie zwyczajnie nie w porządku.

Różne są typy podróżowania, więc i różne rachunki jakie przychodzi podróżnikom płacić. Na Ukrainie swego czasu bardzo popularny był telewizyjny program podróżniczy “Orzeł i Reszka”. Dwóch jego prowadzących na początku rzucało monetą. Orzeł oznaczał spędzenie tygodnia w odwiedzanym miejscu praktycznie bez limitu kosztów, co oznaczało 5-gwiazdkowe hotele, najdroższe restauracje i same luksusowe atrakcje. Reszka dla odmiany to podróżowanie jak najtańsze, spanie w dormitoriach, stołowanie się w przydrożnych knajpach i omijanie droższych atrakcji.

Poniżej zdjęcie z przydrożnej knajpki w daleki okolicach Phnom Penh, gdzie zatrzymałem się na ryż z gulaszem i pływającymi w nim mrówkami. Jedzenie było miejscowe, ale i towarzystwo nie inne.

Mi zdecydowanie bliżej było to tego drugiego sposobu podróżowania. Jeśli o spanie chodzi to bazą dla decyzji o wyborze hostelu były trzy serwisy: booking.com, Wikitravel i TripAdvisor. Wybierałem najtańsze miejsca z w miarę dobrymi opiniami i Wi-Fi, które wedle opinii działało, a nie było tylko martwym napisem.

Decyzję o miejscu, gdzie zjem obiad podejmowałem przechadzając się po danym miejscu, bądź i zachodząc do knajpki, gdzie siedziało najwięcej lokalsów. Gwarantowało to dobry posiłek (bo w Azji ludzie bardzo często spotykają się, aby jeść i samego jedzenia nie traktują jak paliwo, a częściej jak przyjemność, której w życiu za dużo nie ma), a do tego zdrowy i nie przepłacony, a na dodatek smakujący “miejscowo”.

“Miejscowe” robiły się także toalety – im dalej od najczęściej uczęszczanych szlaków, tym bardziej azjatycko. Poniżej łazienka w okolicach Chang Mai w Tajlandii – wcale niezła… 

Standardem jak na południowoazjatyckie warunki jest menu bez cen, produkty bez cen i usługi – również bez cen, czyli z cenami ustalanymi na bieżąco, biorąc pod uwagę zasobność portfela kupującego. Kupując wraz z lokalsami nie narażałem się na przepłacanie, bo zawsze mogłem zobaczyć ile płacą oni sami, albo nawet którego zapytać. Taka przezorność zaoszczędziła mi chociażby 150 rupii w nepalskim autobusie, gdzie przed wizytą sprzedawcy zapytałem siedzącego obok pasażera ile płaci się za przejazd.

Co do zaś atrakcji, to tu… oszczędzałem rozważnie. “Odhaczałem” najważniej zabytki i miejsca, gdzie bilety były najczęściej skrojone specjalnie do możliwości “bogatego Zachodu”. Wychodziłem jednak ze stanowiska, że skoro jestem już tak daleko od ojczyzny, to pora wydusić z portfela nieco grosza na rzeczy, których u siebie nie zobaczę. Starałem się jednak wybierać atrakcje z głową i np. zrezygnowałem z Fortu w Delhi, aby o wiele potężniejszy jego odpowiednik zwiedzić w Agrze. Podobnie, tam gdzie z racji na stosunkowo niewielkie przestrzenie decydowałem się na wypożyczenie roweru, a nie skutera, co dawało kilka dolarów oszczędności każdego dnia. Poczucie bycia bliżej odwiedzanego świata dostawałem w gratisie.

Czerwony Fort w Agrze był przyjemnym miejscem do odetchnięcia po tłumach Tadż Mahal, a i nie byłem tam sam, bo na okruszki z ciastek skusiła się lokatorka pałacu.

A teraz prawdziwe “mięsko”, czyli tabelki z wydatkami (w zł)

Przejdę teraz do kolejnej kwestii, która bardzo często przewijała się przez komentarze:

Skąd ja na to wszystko wziąłem pieniądze?

odpowiedź będzie zaś krótka:

Zwyczajnie zarobiłem 🙂

Na “coś wielkiego” odkładałem od liceum, kiedy na konto (polecam założyć jak najwcześniej!) trafiały stypendia naukowe, co było jeszcze na długo przed karierą dziennikarską. Na studiach zaczęła się też praca w dużych, lub bardzo dużych korporacjach. Na początku na stażu, praktyce, “na próbę”, a po kilku tygodniach na pełen etat, co z racji na zajęcia na SGH wymagało nieraz pożyczania zmieniacza czasu od Hermiony. Jakoś się udawało, a co najważniejsze zostawał jeszcze czas na pisanie, co uwielbiam. Do dziś pojawiam się w wielu mediach, a i będąc w Singapurze cały czas prowadziłem bloga, którego tak jak ja mam przyjemność pisać, tak i mam nadzieję, że Wy macie przyjemność czytać!

Grunt to nie stracić z oczu większego celu i zarabiać pieniądze dla życia, a nie odwrotnie.

Mieszkańcy małej filipińskiej wioseczki pośrodku niczego mają przecież bardzo mało, a nie przeszkadza im to w cieszeniu się życiem.