Piotr Lipiński: KOMÓRKOWA EKSTERIORYZACJA, czyli wędrówka dusz

Felieton/Sprzęt 26.04.2015
Piotr Lipiński: KOMÓRKOWA EKSTERIORYZACJA, czyli wędrówka dusz

Piotr Lipiński: KOMÓRKOWA EKSTERIORYZACJA, czyli wędrówka dusz

Nie mam podzielnej uwagi. Dlatego nie odbieram telefonu na ulicy.

Wciąż jednak spotykam osoby, które podejmują nadludzki wysiłek i próbują pogodzić codzienne czynności z czymś tak zajmującym, jak rozmowa przez telefon. Kiedyś z namaszczeniem zasiadały na stołeczku przy stacjonarnym aparacie. Przed rozmową telefoniczną zakładały odświętne ubranie i myły zęby. Świat wówczas był zdecydowanie prostszy. Dziś jednak ludzie muszą rozmowę skoordynować z tak skomplikowanymi czynnościami, jak na przykład spacer. A to wymaga nadzwyczajnych cech ciała. Do używania „komórek” na ulicy potrzeba umiejętności Spidermana.

Kiedy jadąc na rowerze widzę na podporządkowanej drodze kierowcę z telefonem przy uchu wiem, że na bank wyjedzie mi wprost pod koła. Znaczna część ludzkości kojarzy rower z wolno przemieszczającym się pojazdem. A swojego golfa I z rakietą kosmiczną. Kiedy pilot tego cudu techniki rozmawia przez telefon, nie potrafi oszacować cudzej prędkości. Swoim rzęchem zajeżdża więc mi drogę. Nie docierają do niego nawet moje soczyste wyrazy uszanowania, bo pewnie podobne słyszy u siebie w telefonie.

Niedawno stałem w kolejce na poczcie, bowiem człowiek czasem musi skorzystać z XIX-wiecznych rozwiązań. Poczty zresztą zapewne wciąż pozostają w naszej rzeczywistości ze względu na kultywowanie tradycji ustawiania ludzi w „ogonku”.

Osobnik przede mną podczas nadawania poleconego odebrał telefon. I zastygł przy ladzie na kwadrans. Pani w okienku już dawno go obsłużyła. Ale ów człowiek niewzruszenie pozostawał w tym samym miejscu tamując ruch. Nie zważał na nic, skoncentrowany na rozmowie przez telefon. Najwyraźniej załatwiana sprawa mocno przekraczała jego możliwości umysłowe. Kto by tam przecież potrafił prosto z głowy podać pierwsze cyfry swojego numeru Pesel.

rower-smartfon-telefon

Pieszy wchodzący na przejście z „komórką” przy uchu zapowiada nieszczęście. Dlaczego kierowcy są zobowiązani do używania zestawów głośnomówiących, a piesi mogą bezkarnie wchodzić pod koła jadących samochodów? Przecież smartfony mogą mocno ucierpieć, gdy samochód trafi ich właściciela.

Najgorzej i tak mają młode matki z dzieckiem. Jak tu pchać wózek, kiedy jedną ręką trzeba palić papierosa a drugą trzymać telefon przy uchu?

Ludzie rozmawiający przez „komórki” na ulicy przypominają zombie. Poruszają się trochę drętwo, oderwani od rzeczywistości jakby przed chwilą wstali z grobu.

Czasami idę ulicą i widzę, że większość osób wokół mnie rozmawia przez „komórki”. Zastanawiam się wówczas: co oni u licha robili, kiedy jeszcze nie wynaleziono telefonów komórkowych? O czym myśleli wychodząc na ulicę? Czy nagle stali się tak niezwykle ważni, że swoje pilne sprawy muszą załatwiać na ulicy? Czy może „komórki” zapewniły jakąś atawistyczną potrzebę ciągłego kontaktu z innymi?

Wyzłośliwiam się na ulicznych „komórkowiczach”, bo nie rozumiem, jaki sens ma prowadzenie długich pogawędek podczas spaceru. Cóż takiego pilnego może się dziać, że trzeba to właśnie na ulicy wyjaśniać przez kilka albo i kilkanaście minut?

Nic. Doskonale nic. To najbardziej prawdopodobna odpowiedź. To nie ludzie nagle mają więcej spraw do załatwienia. Raczej odwrotnie – samotność w ulicznym tłumie usiłują wypełnić dźwiękami. Chyba że młoda matka z dzieckiem i smartfonem przy uchu właśnie negocjuje kontrakt na dostawę F-16.

W dość odległych czasach, gdy jeszcze telefonia „komórkowa” była analogowa i rządził nią w Polsce Centertel, modne było wsiąść do samochodu i od razu gdzieś zadzwonić. Na przykład do żony z informacją, że właśnie wyruszyło się do domu. Podobnie w pociągu – podróż należało zaczął od telefonicznego poinformowania kogokolwiek, że właśnie rozpoczęło się jazdę.

Bo co też innego i pilnego można było zakomunikować? Że wpadło się na nową teorię względności? Dostało Nobla z homeopatii? Życie „jednokomórkowca” nie było zbyt ekscytujące. Koncentrował się na raportowaniu swojej pozycji w przestrzeni.

To wszystko rodzi we mnie istotne pytanie – czy aby ta cała „komórkowa” rewolucja była nam rzeczywiście potrzebna? Czy zyskaliśmy więcej, dzięki łatwiejszemu kontaktowi z rodziną, czy może sporo straciliśmy, z powodu łatwiejszego kontaktu pracodawcy z nami?

Niedawno zacząłem włączać tryb „nie przeszkadzać” podczas biegania i jazdy na rowerze. Przecież wychodzę na świeże powietrze między innymi po to, żeby odetchnąć od wszelkich zawodowych spraw. Żeby mieć czas tylko dla siebie.

Ale musiałem wcześniej sporo czasu poświęcić na przyzwyczajenie się do myśli, że przez godzinę lub dwie będę „offline”. Przecież im człowiek bardziej nowoczesny, tym więcej czasu spędza online. Powinien na Facebooku udostępniać nawet swoje fazy snu. Znajomi powinni „lajkować”, gdy zapadniemy w fazę REM.

telefon-smartfon

Przez „komórki” czasu dla siebie – i często dla rodziny – mamy mniej niż kiedyś. Ktoś może udowadniać, że wyjeżdża na dłużej gdzieś w świat i to właśnie „komórka” pozwala mu na stały kontakt z rodziną. Ale częściej pewnie bywa odwrotnie – człowiek pozostaje w domu i za sprawą smartfona odrywa się do rodziny.

Cała cyfrowa rewolucja ostatnich lat spowodowała oddzielenie ducha od ciała. Coraz częściej jesteśmy duchem gdzie indziej niż ciałem. Przy rodzinnym obiedzie sms-ujemy z kimś z drugiego końca Polski. Na spotkaniu ze znajomymi przeglądamy „newsy” ze świata. Wciąż chcemy być w innym miejscu, niż właśnie się znaleźliśmy. Wiecznie niezadowoleni z naszego położenia w przestrzeni.

Jeśli ktoś nie wierzy w wędrówkę dusz, niech popatrzy na osobę korzystającą ze smartfona. Ciało przydaje się już tylko do smyrania palcami po ekranie. Cała reszta jest zbędna. Dusza odrywa się od ciała, a nawet o nim zapomina. Frunie gdzieś w odległe zakątki świata nie dbając, że ciało wciąż tamuje kolejkę do okienka na poczcie.

Kiedyś zaintrygowany różnymi praktykami ezoterycznymi czytałem o tak zwanej eksterioryzacji, czyli wrażeniu oderwania się ducha od ciała. Ludzie opisywali swoje „out of body experience” – nagle ich duch wyfruwał z ciała i leciał do sklepu sprawdzić nowe promocje.

To, co wówczas wydawało się fantazją, dziś jest już rzeczywistością. To właśnie „komórki” służą do eksterioryzacji. Do pozazmysłowego postrzegania nie potrzeba żadnych „dopalaczy” – wystarczy smartfon za złotówkę. Czy istnieje lepszy przykład „out of body experience” niż sms-owanie podczas wielkanocnego śniadania?

A może to wszystko ma znacznie prostsze wyjaśnienie? Może nie chodzi o żadne tam kontaktowanie się ze światem, a po prostu telefon przy uchu stał się biżuterią, z którą wypada pokazać się na ulicy? Ale po co do niej jeszcze krzyczeć? Czy ktoś wrzeszczy na swój pierścionek?

Zgodnie z teorią ewolucji przeżyją zapewne potomkowie tych, którzy rozmawiając przez „komórki” nie zginą na ulicach. Natura zacznie premiować podzielność uwagi. Albo w ogóle zrezygnujemy z ciał i postanowimy całą naszą osobowość przenieść do jakiś większych czy mniejszych elektronicznych pudełeczek.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Zdjęcia: Shutterstock.

Dołącz do dyskusji