Karol Kopańko / 21.04.2015

27 zdjęć z Indii, które pokazują smutną prawdę o tym kraju

156 interakcji Przejdź do dyskusji

Obraz znaczy więcej niż tysiąc słów, a mimo to fotografiami trudno przedstawić oszałamiające bogactwo indyjskich krajobrazów. Niestety w większości są to widoki smutne, pokazujące “brud, smród i ubóstwo”, od których uciec się nie da, bo kilka kroków od luksusowego sklepu, czy drogiej restauracji na ulicy leży człowiek. Zapraszam do zerknięcia na Indie moimi oczyma.

Rzemieślnicy, których domem jest pobocze

Goa to najmniejszy i najbogatszy stan Indii, a mimo to ciężko jest tu obrócić wzrok, aby nie trafić na chwytającą za serce biedę. Dojechałem tam pociągiem wcześnie rano, kiedy Słońce dopiero rozmyślało o pojawieniu się nad horyzontem. Spacerując w samotności uliczkami zabytkowego, katolickiego Old Goa miałem wrażenie, że po obu stronach jezdni dzieje się tu tragedia, która stała się normalnością.

Pod plandekami, kocami, a nawet i w samych ubraniach w tulące zimnym chłodem ramiona snu oddawali się tu Hindusi. Najważniejsze, aby przykryć głowę, odgrodzić się nieco od tego samego skrawka asfaltu, ziemi, albo murku, który przed oczyma będzie jutro, za tydzień i za rok. Zmieniać się będą tylko smagłe twarze turystów, którzy przyjadą, aby pomodlić się w świętym miejscu i kupić kilka figurek.

Pierwsze, słoneczne promienie zaczęły łaskotać wystające spod koca brązowe stopy. Zaczęły się przygotowania do śniadania i kolejnego dnia pracy. Ojciec rozpala drewienka i stawia na nich czajnik – nic nie budzi tak, jak mocna herbata. Matka rozkrywa dzieciaki, zbiera z piasku posłanie.

W tym miejscu za kilka chwil powstanie rzemieślniczy warsztat i sklep. Na sprzedaż będą kamienne tabliczki i figurki, wykuwane tam, gdzie teraz córeczka przewraca się na drugi – bolący od twardej ziemi i kościsty – bok.

Rodzina koczująca pod drzewem

Ludzie z wcześniejszej historii nie byli żebrakami. Kiedy do nich podszedłem prosili o zrobienie zdjęcia i upomnieli, abym nie zapomniał wrócić, kiedy już oficjalnie otworzą dobytek. Inaczej było z rodziną mieszkającą pod rozłożystym drzewem. Już z daleka ich wzrok prosił o datek, a błagalnego obrazu dopełniały ręce – mechanicznie, powtarzalnie zbliżające się do ust. Niestety puste, a przecież mogły być pełne ryżu. Dla mnie to w końcu kilka rupii, a dla nich pełny brzuch na cały dzień. Choćbym chciał, to niestety wszystkich nie wykarmię, a i Indie same tego nie zrobią.

Ta świadomość uderza, kiedy widzi się dzieci, które w teorii powinny być w przedszkolu, a w praktyce przymierają głodem, są toczone przez choroby i wypędzane z podwórka na podwórko.

W końcu trafiają tam, gdzie nikt nie odważy się podnieść na nie ręki – na dziedziniec przed kościołem. Bo przecież księdzu nie wypada wyganiać potrzebujących. Kontrast jest jednak niesamowity. Widzieliście luksusowe limuzyny na poprzednim zdjęciu? Ich kierowcy kiedy parkowali musieli widzieć jak jedna z dziewczynek iskała drugą w poszukiwaniu wszy.

Ulica biedoty w Waranasi

Skoro bieda aż piszczy w najbogatszym stanie Indii, katolickiej enklawie, za której murami chrześcijanie całują relikwie św. Franciszka Ksawerego, to co dzieje się w biedniejszych regionach? Np. największym stanie Uttar Pradesh, którego liczba ludności ustępuje tylko 4 krajom.

Senna mgła powoli podnosi się znad Gangesu, wspina po schodkach miasta i budzi chłodem okrytych szalikami bezdomnych. Aby chronić się przed zimnem zbijają się w większe grupy i ogrzewają ciepłem swoich ciał. To ich ulica, mogą tu rozkładać się gdzie chcą, po obu stronach drogi.

Czują się miejscową atrakcją, za robienie zdjęć każą sobie płacić pieniądze. To zawodowcy, na ulicy spędzili całe życie. Czy daliby radę powrócić do normalnego domu, gdyby taki dostali i żyć zwykłym życiem? Na to się nie zanosi. Tu ich jedyną pracą jest bierna egzystencja, unoszą się jak meduzy – wraz z biegiem czasu, jak w toni wodnej. I tylko tak samo jak meduzy, ich zniknięcia nie zauważy zupełnie nikt. Tylko sennym towarzyszom może będzie trochę zimniej.

Bezdomna para – matka karmi dziecko na ulicy

Czy rzuciłem kiedykolwiek pieniążek widząc taki obrazek? Prosto z mostu: nie! Jeśli tylko matka przyzwyczai się, że z głodującym dzieckiem wyciągnie od litościwych przechodniów więcej pieniędzy to powinna się rozczarować. W przeciwnym wypadku proceder będzie będzie się powtarzał, a nie chcę dokładać do niego swojej ręki. Wbrew pozorom szkoły w Indiach przyjęłyby takiego chłopczyka, a nawet nakarmiły.

W Indiach na głód cierpi pół miliarda ludzi, ale dzięki międzynarodowemu wsparciu udało się wprowadzić program Midday Meal Scheme, który 120 mln dzieci w 1 265 tys. szkół podstawowych daje ciepły posiłek. Niestety cieniem na wizerunku MMS położyła się tragedia z niewielkiej szkoły wschodnich Indii, gdzie dyrektorka wraz mężem zatruli posiłek pestycydami, powodując śmierć 23 uczniów w wieku od 5 do 12 lat.

Hindus zarabiający na życie ważeniem ludzi

Chcesz sprawdzić ile kilogramów ubyło Ci podczas spacerów po zatłoczonych hinduskich ulicach? Wystarczy, że rzucisz siedzącemu na chodniku człowiekowi kilka rupii, a będziesz mógł się zważyć – co bardziej wymyślni reklamują jeszcze swoje wagi jako najbardziej dokładne na świecie, a niektórzy dysponują nawet wagami elektrycznymi.To jeden z najbardziej zdumiewających sposobów na zarabianie, jaki zauważyłem na sub-kontynencie.

Jeśli zaś o wagę samych Indusów chodzi, to jako ciekawostkę można podać, że to jeden z niewielu krajów, gdzie liczba osób z niedowagą, jest większa od tych z nadwagą i otyłych razem wziętych (badanie). Warto też wspomnieć, że Indie to jeden z najniższych krajów, przeciętny wzrost Indusa to 161,2 cm, a Induski 152,1 cm. Dla porównania polskie odpowiedniki to 178,5 cm i 165,1 cm.

Uliczka Delhi

Nie wygląda to za czysto prawda? Każdego ranka właściciele sklepów zamiatają kawałek ulicy przed swoim dobytkiem formując niewielką kupkę i… tak ją zostawiają….

Ulica to już przecież nie jest ich zmartwieniem.

Destruenci

W Indiach nic się nie marnuje. Papierek, plastikowe opakowanie, czy krowi placek można przecież spalić nawet na ulicy i ogrzać się kiedy pod wieczór temperatura sprawi, że woda zacznie zamarzać.

Stopy i ręce są nagie i najłatwiej je sobie odmrozić, ale te hinduskie są zahartowane. Często widzi się tu na ulicy kogoś bez butów i to raczej z wyboru niż z konieczności, bo przecież jak głowy owija się turbanami, tak i stopy można zawinąć w kawałem materiału.

DSC07613_Fotor

Niedotykalni

Po ulicach indyjskich miast krążą ludzie z pękatymi workami, wiklinowymi koszami, albo wózkami o drewnianych kołach i zbierają odpadki, których inni nie odważą się nawet dotknąć. Ich samych także nazywa się  niedotykalnymi – kastą najniższą z możliwych. Kiedy rzucą cień na wodę, ta nie nadaje się do picia, kiedy przejdą w bliskiej odległości powietrze nie nadaje się do wdychania.

Nieco bogatsi woleliby ich nigdy nie widzieć, ale to dzięki ich pracy – sprzątaniu ulic, usuwaniu ekskrementów z toalet i grzebaniu zmarłych – mogą żyć na akceptowalnym poziomie i nie tonąć w brudzie i śmieciach.

Wysypisko śmieci

Ostatnie zdanie popełniłem jednak nieco na wyrost, bo śmieci w sposób magiczny pozbyć się nie sposób. Niedotykalni przeniosą je z jednego miejsca w drugie, wszystkich się nie spali, a składować trzeba.

Niestety w takich wypadkach najoczywistszym rozwiązaniem jest rzeka, bo przecież jej nurt zabierze, że sobą wszystko i wszystkich. Skoro już od lat Ganges traktuje się jak wielki śmietnik, a zarazem łazienkę, to tak samo można czynić z każdą rzeką, prawda?

W Delhi funkcjonują 4 oficjalne wysypiska śmieci. Niestety 3 z nich osiągnęły swoją pojemność już 5 lat temu, a mimo to wciąż zwozi się tam odpady. Zarówno one jak i wszystkie kosze na śmieci otoczone są przez ludzi, którzy utrzymują się z przeszukiwania śmieci.

A to czego nie zje już człowiek, zje święta krowa, wałęsająca się leniwie po uliczkach…

…albo koza, którą w Waranasi ubiera się zimą w sweterek, aby nie zmarzła.

Fryzjerzy

Indie to prawdziwa stolica drobnych punkcików usługowych. Tu ktoś podetnie ci włosy, tam ogoli, wypastuje buty, przyszyje guzik, doładuje telefon, załata dziurę, wymieni pieniądze, oprowadzi po nowym zakątku albo pokaże najtańszy hostel. Niewiele dzieli ich od ludzi mieszkających na ulicy, ale mi to starają się sami decydować o swoim losie i ciułać grosz do grosza.

Zdjęcie tego fryzjera najbardziej przypadło mi do gustu. Mówi wiele o jego życiu.

Golibroda nożyce i brzytwę schować może do kieszeni, ale już lustro i półeczkę z kosmetykami na noc przykrywa płachtą, gdyż to okazja czyni złodzieja, a fryzjer bez lustra to jak żołnierz bez karabinu. Krzesło na stałe przymocowane jest łańcuchem do stoiska, więc nikt nie weźmie go nawet na rozpałkę, a na jego deklu leży poduszeczka, aby klient mógł wygodnie usiąść, a nawet oprzeć głowę.

Zaraz u stóp siedziska porozrzucane leżą papierki po żyletkach – przecież to tylko papier i zaraz się rozłoży… Wieczorem zaś rozkłada się płachtę w prawej części zdjęcia, to bo to jest właśnie dom naszego fryzjera. Z góry nie pada, na gołej ziemi się nie leży – czego chcieć więcej. I do pracy dwa kroki!

Zużyte kubki porozrzucane obok coffee shopu w Kodaikanal

Niby kosz jest. Ale komu by się chciało do niego trafiać. Kubek traci kontakt z moją ręką i już nie jest mój. Nie moje zmartwienie. Niech się głowi ten co będzie po mnie…

Wicie że na północy Indii filiżanki są jednorazowe?Wraz z pewnym miłym Panem, którego widzicie na zdjęciu poraczylismy…

Posted by Karol Kopańko on Saturday, December 27, 2014

Tylko kosz taki pusty…

indie (2)

Kaleka na ulicy Varanasi

Sytuacja prawdziwa, która wpędziła mnie w nieliche zakłopotanie. Szedłem pewnego chłodnego, grudniowego dnia nad brzeg waranskich Ghatów, a że z hostelu miałem kawałek, to zawsze trzeba było przepychać się pomiędzy krowami, żebrakami, samochodami, turystami i sprzedawcami.

Pamiętam, że wtedy bardzo zaciekawił mnie Hindus, który uklęknął po to aby nie-pokonywać kawałka ulicy przed świętą krową na stojąco. Tak mnie to zdziwiło, że zrobiłem mu zdjęcie. Dopiero później zobaczyłem, że jego bohater jest kaleką  – nie ma jednej nogi, i na klęczkach porusza się cały czas. Nie tylko przed świętymi z natury zwierzętami.

Kiedy w Hyderabadzie o godzinie 5 rano wychodziłem z hostelu na busa, to na chodnikach niestety roiło się od pozawijanych w koce Hindusów. To samo w Delhi i to w praktycznie w centrum miasta – przy ogromnym rondzie, gdzie znajdują się centra handlowe i markowe sklepy można było znaleźć niemało koczujących bezdomnych. Nie takich, którzy przychodzą tu tylko po jałmużnę, ale tych co odchodzą tylko przeganiani przez właścicieli sklepów, bo tam ich dom, gdzie najwięcej ludzi z potencjalnymi datkami.

A i od psa pod nogami można się oprzeć…

Handlowa uliczka w New Delhi

Parter to sklepy z tkaninami – do położenia na podłodze (rzadko), na ścianie (bardzo często do ocieplenia), lub do okrycia się. Poukładane jedna na drugiej, a każda podobna do poprzedniej. Mimo to sprzedawca dokładnie wie gdzie, jaki materiał się znajduje. Sam go nie wyciąga, a posyła chłopaka – pomocnika, która zwinnie jak małpa porusza się po stosach materiałów. Na początku ginie w cieniu i po chwili pojawia się z zamówionym produktem.

Pierwsze piętro to już nagie cegły. Ich właścicielom nie starczyło pieniędzy, aby wykończyć pomieszczenia i dziś koczują na podłodze wśród hulającego przez próżne okiennice wiatru. Nie są jednak wcale w najgorszej pozycji, Bo przynajmniej rusztowanie mają pewne, czego o swoim “dobytku” powiedzieć nie mogą lokatorzy z drugiego piętra.

Na ich wyposażeniu znajduje się jedynie kilka drewnianych belek, plandeka i koc. Może kupili go na paterze?

Kuchnia przyulicznej restauracji w Maduraju

Wszystkie garnki są jeszcze pełne. W jadłodajni zjawiam się za 20 południe, podczas gdy oficjane otwarcie sesji obiadowej wyznacza słońce w zenicie. Dzięki temu kucharze nie są jeszcze zabiegani i powoli mieszają 3 rodzaje warzywnych dodatków i sosów w oddzielnych garnkach. Otwierają pokrywę ogromnej stągwi i wsadzając rękę w buchającą parę sprawdzają temperaturę.

Powiedzieć, że “kuchnia do najczystszych nie należy”, to jakby stwierdzić, że polskie gminne drogi są lekko nierówne. Ściany są osmalone, naczynia myje się w wodzie z kranu, której generalnie nie poleca się nawet do mycia zębów, a sztućce lekko spłukuje się po każdym gościu. Kucharzami są mężczyźni, z których pot kapie w ukropie wprost do garnków. Czoła i ręce wycierają w fartuch stwardniały już od sadzy.

W całej Azji nie jadłem równie dobrego ryżu z warzywami.

Kobieta niosąca drewna na głowie w Kodaikanal

Pora deszczowa, zimno i mgła, a palić w piecu trzeba. Górskie obszary obfitują w drewno, ale to z każdym rokiem znajduje się coraz dalej od miasteczka. Do lasu idzie się asfaltową drogą. Na bosaka, w koszulce i sari, kiedy na około siąpi.

Praca na budowie w Hyderabadzie

Kobiety w Indiach nie mają łatwego życia. Raz, że budzą się przed mężczyznami i po nich kładą się spać. Dwa, że ich pozycja w rodzinie męża jest niska, a jeśli urodzą dziewczynkę to spada jeszcze bardziej. Spada też na nie często gniew teściowych, które odwdzięczają się polaniem naftą i rzuceniem zapałki w kierunku nosicielek zbyt małego posagu do rodziny.

Kobiety bardzo często pracują fizycznie na budowach. Noszą kosze i wiadra z cegłami lub piaskiem, podczas gdy mężczyźni szpachlują ściany na rusztowaniach.

Poranna toaleta nad brzegiem rzeki w Hampi

Kobiety wstają jeszcze przed świtem. w rzece zmywają z siebie brud, myją zęby, ale i rozmawiają ze znajomymi. To taki odpowiednik dawnego miejskiego magla, gdzie płeć piękna mogła wymienić się najnowszymi ploteczkami.

W wielu domach nie ma doprowadzonej wody, a jeśli przeniesioną w ciągu dnia zostawi się w misce to w subtropikalnym klimacie szybko stanie się siedliskiem mikrobów. A to przecież o wiele bardziej niebezpieczne od płukania ust wodą z rwącej rzeki.

To nic, że poi się w niej krowy, które swoje potrzeby załatwiają gdzie popadnie (identycznie robią zresztą i ludzie). Nic to, że wszystkie nieczystości wyrzuca się do wody, która szybko zabierze je ze swoim biegiem. Będą już przecież u kogoś innego – nie pod moim oknem.

Orka ziemi w okolicach Hampi

Drewniany bal w kilkoma żelaznymi zębami zarzucony na garby wołów – tak ziemię orał mój pradziadek, ale koniami, które nie broczyły po kolana w oblepiającym skórę mule, ale chodziły po w miarę gładkiej ziemi.

To bardzo ciężka praca zarówno dla prowadzącego jak i dla wołu. Zwłaszcza kiedy widać, że na sąsiednim polu, zaraz za miedzą ziemię spulchnia traktor… Można wtedy zwątpić w sens okładania bydła batami.

Mały chłopczyk – robotnik

To prawdopodobnie syn jednego z robotników z pola na powyższym obrazku. Podbiegł do mojego roweru i po cichu zwinął kilka bananów z bagażnika. Jakoś nie mogę silić się komentarz do sytuacji jaka przymusiła go do kradzieży. Później poprosił mnie jeszcze o zdjęcie. Nie uśmiechał się.

PS. Właśnie wróciłem z wycieczki do Czarnobyla, jeśli chcesz poznać kulisy zapraszam na mojego Facebooka. Niedługo także wpisy przedstawiające elektrownię i Prypeć taką, jaka teraz jest.

Dołącz do dyskusji

Advertisement