Karol Kopańko / 29.04.2015

Jeszcze smutniejsza prawda o Indiach na 17 zdjęciach

69 interakcji Przejdź do dyskusji

Z czym europejczykom kojarzą się Indie? Z romantycznym Bollywood, kolorowymi strojami, pikantnym jedzeniem, zaskakującą architekturą i religijnym oddaniem? Niestety była perła w brytyjskiej koronie ma też ciemniejszą stronę, którą w kontynuacji wcześniejszej galerii przedstawiam bez pudru.

Dziewczynki w korytarzach slumsów Hyderabadu

Dwie brudne sukienki, dwie umorusane buzie, cztery bose stópki. Starsza opiekuje się młodszą, a także wałęsającą się wokoło żywicielką – kozą. Korytarz szeroki na niewiele ponad metr z jednej strony kończy się ogromnym wysypiskiem śmieci, a z drugiej ruchliwą ulicą.

Obok wysypiska dzieci grają w krykieta, a piłka co raz wskakuje do rynsztoku. Obok drogi żebracy leżą na chodniku, a pieniążki co raz podrygują w ich koszykach.

Dziecko puszczające latawce w Jaipurze

Jaipur nazywany jest “Różowym Miastem” ze względu na dominujące w krajobrazie budynki z różowego piaskowca (więcej zdjęć architektury Jaipuru), ale ja jeszcze mocniej zapamiętam go z kołujących nad miejską architekturą latawców. Dzieciaki dosłownie szaleją na ich punkcie i choć na ulicy spotkać je można rzadko, to na płaskich dachach budynków trudno nie zaplątać się w zmieszane żyłki.

W położonym kilkaset kilometrów za zachód Ahmadabadzie trwa w tym czasie festiwal latawców Makar Sankranti, którym ludzie świętują “przejście na północ”, czyli zimowe przesilenie.

Produkcja latawców to poważny biznes, który zatrudnia tysiące ludzi. Na mieście otwierają się malutkie kioski poświęcone latawcom – od malutkich papierków z patyczkami, po ogromne konstrukcje, a także od gotowych do puszczania zaraz po zakupie po zestawy “zrób to sam”.

Wszystkie dzieci jednakowo cieszą się ze święta, ale niektóre z czasu na zabawę, a inne z większego niż zwykle zarobku. Po ulicach włóczą się więc w poszukiwaniu porwanych i połamanych konstrukcji, kawałków bibułki jakie jeszcze można wykorzystać, patyków i sznurków. Odzyskują z miejskiego śmietnika to, co da się zmontować w kształt deltoidu, a następnie sprzedają za kilka rupii, równoważnych np. niewielkiej miseczce ryżu.

Praca dzieci

Choć światowe raporty zwracają uwagę, że wykorzystywanie dzieci w celach zarobkowych jest poważnym problemem w Indiach, to kwestii tej nie sposób łatwo zauważyć na ulicach. Praca dzieci w Indiach jest konstytucyjnie zabroniona, ale tylko w środowiskach niebezpiecznych. Tam, gdzie otoczenie nie zagraża ich zdrowiu i życiu pracować mogą.

Najczęściej dzieciaki zwyczajnie serwują jedzenie przechodniom, pracują jako pomoc w sklepie, przymierzalni ubrań czy butów (żadnej pary nie pozwolili mi samodzielnie założyć). Jak wszędzie, dzieci są pracownikami tańszymi, ale jeśli mają zarabiać pieniądze, rezygnują z edukacji, która mogłaby zapewnić im przyszłość lepszą niż stanie za straganem. A stać muszą, bo w Indiach szczęścia nie osiąga się inwestując w jakość potomstwa, a w jego ilość. Każdy musi pracować na utrzymanie rodziny od początku.

Błędne koło się zamyka.

Plac zabaw

Tytuł tego zdjęcia jest nieprzypadkowy, bo choć w tym momencie na dachu nie widać dzieci, to zwykle aż się tam od nich roi, a jest to teren wybitnie niebezpieczny. W sufitach pełno jest dziur, z piaskowców wystają rury, a murki i balustrady nie dość, że są niestabilne, to jeszcze lubią się nagle kończyć. Dzieciaki biegają na bosaka i sam dziwiłem się jak wielką dysponują zręcznością omijając roztrzaskane szkła butelek.

Robiłem dziś porządek ze wszystkimi swoimi materiałami, jakie zgromadziłem przez ostatnie pół roku i naprawdę nie wiem jak je przetworzę – tyle tego jest! A wszystko mega interesujące :)Poniżej mały sneek peek – na dachach Różowego Miasta – Jaipuru:

Posted by Karol Kopańko on Monday, January 26, 2015

Kiedy wspinałem się na dach po porozrzucanych w zaułku skrzyniach mijałem chłopaków, którzy postanowili sobie tu urządzić toaletę. Miejsce zresztą do tego… zachęcało. Było to bowiem wysypisko – zaraz przy jednej z głównych, handlowych ulic, którego część możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu.

Zaraz obok niego mieściła się mała masarnia, gdzie rzeźnicy przygotowywali mięso i odpadki mogli wyrzucać od razu przez okno. Nic dziwnego, że wałęsało się tam od groma psów.

Mieszkanie (prawie) na świeżym powietrzu

Po dachach w poszukiwaniu najlepszych kadrów i bawiących się dzieci wałęsałem się chyba z godzinę. Najciekawsza była rodzina mieszkająca w murowanym domu z ogromną dziura w jednej ze ścian.

W środku bieda nie raziła zbyt mocno w oczy, bo w końcu na szafce stał telewizor, a zaraz obok niego coś jak lodówka, ale najbardziej zaskoczyła mnie reakcja siedzących w środku kobiet. Wcale mnie nie odganiały, ani nie uciekały przed obiektywem, a machały do mnie i prosiły o kolejne zdjęcia.

Dworcowa sypialnia

Panie z powyższej historii nie były jednak wcale w najgorszej sytuacji, miały przecież dach nad głową, gdzie się położyć i zapewne co włożyć do garnka. W Indiach to naprawdę luksus, bo niedojada tu ok. 60 proc. populacji. Prawdziwie dantejskie sceny dzieją się za to na dworcach.

Przez niektóre korytarze korytarze przebić się jest bardzo ciężko, bo podłoga zasłana jest pozawijanymi w koce bezdomnymi. Koczują tu całe rodziny. Dzieci w ciągu dnia biegają wśród podróżnych prosząc o pieniądze, a rodzice… zajmują się głównie kontemplacją i liczeniem zwrotu z prokreacyjnej inwestycji.

Poniższe zdjęcie zostało zrobione na dworcu autobusowym w Goa – wcale nie największym, a obrazy mimo to były do cna przejmujące.

Kiedy pojawiłem się na nim powtórnie spotkałem pewnego starszego Pana, który właśnie zmieniał sobie bandaże na nodze. Rana, którą odsłoniło dziś przejmuje mnie grozą, bo ciało dosłownie na nim gniło, ale wówczas chyba byłem już zbyt zobojętniały powszechnością tragedii wielu ludzi.

“Na stronie” w Waranasi

Jak sobie radzić kiedy toalety brak?

Dworzec autobusowy w Hospet

Na pierwszy rzut oka nic ciekawego w tym zdjęciu nie ma… ot, ludzie śpieszą na spóźniające się autobusy. Kiedy ja wysiadłem ze swojego, w nozdrza uderzyła mnie wybitnie nieprzyjemna woń uryny.

Pasażerowie, niezależnie od stanu majątkowego, jak jeden mąż fizjologiczne potrzeby załatwiali do kanaliku wykopanego zaraz przy ścianie. Bez żadnego wstydu, zwyczajnie przy innych ludziach… Niestety kolejne zdjęcie jest jeszcze “lepsze”.

Chciałbym tu naprawdę wysilić się na jakiś komentarz, ale chyba najlepszym będzie jego brak.

Zdjęcie zrobione w stolicy, Delhi.

Aby nie było tak pesymistycznie, to temat zakończę akcentem pozytywnym, a mianowicie coraz częściej spotykanymi toaletami publicznymi.

“Nie pluj” w Hyderabadzie

Kiedy żuje się betel trzeba pluć – takie są prawa fizyki. Betel to lekki narkotyk, czwarty najpopularniejszy na świecie, który zażywa się zawijając w liść tabaki i posypując niewielką ilością wapna dla scementowania całości. W New Delhi przy kasach na Dworcu Kolejowym ściana ubarwiona jest czerwonawymi plwocinami. Hindusi stoją w kolejce i z braku akuratniejszego miejsca opróżniają zawartość jamy ustnej akarat tam, gdzie im wygodnie.

W wielu punktach użyteczności publicznej widnieje zakaz plucia pod karą grzywny, ale po prawdzie mało kto się nim przejmuje, bo brakuje funkcjonariuszy którzy mieliby egzekwować przepisy

Wandale w Hyderabadzie

Tu akurat znalazł się stróż prawa. Niestety na posterunku zameldował się kilka chwil za późno, kiedy ściany bezcennego Charminaru ozdobione zostały już czarnym markerem.

Zdjęcie zrobiłem akurat w momencie, kiedy “tag” był finalizowany, a chłopaki postanowili utrwalić go jeszcze na aparatami telefonów. W końcu to niezła zabawa – zabytek stał jak stoi, ale teraz przynajmniej ma moje inicjały na swoich ścianach!

Strażnik próbował odganiać dzieciaki, ale one bez cienia zażenowania dalej, przez jego ramiona robiły zdjęcia.

Typowy chodnik w Hyderabadzie

Zjawisko chodnika występuje w Indiach w ilościach śladowych, zupełnie efemerycznych i zaskakujących. Przeważnie bezpieczniej jest chodzić brzegiem jezdni niż chodnikiem jeżeli taki już jest, bo w najbardziej niespodziewanym momencie może się skończyć dziurą i wystającymi z niej prętami – bez żadnego ostrzeżenia! Do pieszych na jezdni przyzwyczajeni są zaś wszyscy uczestnicy ruchu.

Ghaty w Waranasi

Na koniec przenieśmy się jeszcze do liczącego prawie 4 mln mieszkańców Waranasi, jednego z najstarszych, wciąż zamieszkanych miast, które słynie ze swoich ghatów – schodów do Gangesu, na których pali się ciała hindusów. W tej samej wodzie, do której wrzuca się popiół i niedopalone ludzkie szczątki, co rano do rytualnej kąpieli przystępują tysiące wiernych. Już oczyszczeni wychodzą z wody, aby z asyście Sadhu, czyli świętych ascetów przystąpić to obrzędu pudźy i złożenia ofiary bóstwu.

Ganges jest w mitologii hinduskiej rzeką świętą, która powstała z inicjatywy Śiwy. Bóg, swoimi włosami złagodził upadek z nieba bogini Gangi, bo w przeciwnym razie mogła ona wywołać na Ziemi katastrofalne powodzie i podzielił jej impet na rzekę główną i siedem mniejszych dopływów.

Cudowne właściwości rzeki biorą się z faktu, że bogini dosypuje w jej biegu  srebra neutralizującego zanieczyszczenia. I rzeczywiście poziom różnych minerałów w wodzie jest wyższy niż standardowe wskazania, ale wynika to wypłukiwania drobin srebra w górnym biegu rzeki, a nie w nadnaturalnych interwencji.

Powyższe właściwości odchodzą jednak na dalszy plan jeśli poświeci się chwilę na obejrzenie zdjęć przedstawiających unoszące się w toni ludzkie zwłoki czy krowie truchłu. Tkanki w stanie rozkładu powodują, że szczególnie bogata jest gangeska fauna – jak np. prawie 2-metrowe sumy.

Rytualne spopielanie zwłok jest także okazją do zarobienia dla szabrowników, którzy pod osłoną nocy przeszukują paleniska w poszukiwaniu srebrnych bransoletek, albo złotych kolczyków, jakie pozostały po zmarłych. Z rozmów z ludźmi na miejscu wiem jednak, że obecnie biedniejsze rodziny zdejmują z palców, uszu i nosa denata wszystkie drogocenności, które można jeszcze spieniężyć.

Same Ghaty jak większość indyjskich ulic są brudne, walają się po nich papierki, a krowie odchody stanowią element naturalny. Nie przeszkadza to jednak miejscowej ludności w żegnaniu swoich najbliższych. To właśnie idealnie pokazuje hinduską mentalność. Dla nich to normalność, kiedy babcię kładziemy na podpalonym stosie drewna, którym następnie kierujemy tak, aby spalić wszystkie jej szczątki, a to na co nie pozwolą drewna (kłody na ogniska są jak na miejscowe warunki drogie) wrzucamy do rzeki. Możemy nie rozumieć, jak może im nie przeszkadzać krowa załatwiająca się w sąsiedztwie rodzinnych prochów, jak mogą się kąpać w wodzie, której jakoś przypomina ściek i w końcu możemy pomstować na “brud, smród i ubóstwo

Cygańska karawana

Dzieci w wieku na oko kwalifikujacym do zerowki, toczą się na rowerze przez Hospet – i każdego napotkanego turystę proszą o 5 rupii.

Czy maja rodziców? Czy są bezdomne?
Czy chodzą do szkoły? Czy cale dnie spędzają na ulicy?
Czy maja co położyć obok ryżu? Może nawet tego ryżu nie mają?
Czy w nocy położą się do łóżka? A może tylko okryją kartonami?
Czy jutro będzie dla nich inne niż dziś?

Nie wiem… Nie zatrzymałem się aby z nimi porozmawiać. Spieszę się na pociąg… To moja wymówka…

 

PS. Pod ostatnim tekstem wspominałem o niedawnej wizycie w Czarnobylu – TU możecie zobaczyć moją pierwszą fotorelację.

Jeśli chcielibyście zobaczyć w jakich warunkach pisałem ten tekst, to wrzucam tylko zdjęcie lustra – najciekawszego elementu pokoju, w którym mogłem swobodnie rozprostować ręce, ale nie obie na raz…

#zimnoWIndiach #retrohotel #mirrorphoto #chromebook #work&travel #bloger #travel #indiaKK #india

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)