Więcej niż gadżeciarstwo, czyli jakie będą muzea przyszłości – opowiada nam Zuzanna Stańska z Moiseum

Artykuł/Biznes 03.03.2015
Więcej niż gadżeciarstwo, czyli jakie będą muzea przyszłości – opowiada nam Zuzanna Stańska z Moiseum

Więcej niż gadżeciarstwo, czyli jakie będą muzea przyszłości – opowiada nam Zuzanna Stańska z Moiseum

Muzea zapewne większości z nas kojarzą się ze specjalnymi kapciami, specyficznym zapachem, patyną, kurzem i nieprzyjemnymi strażnikami. Cóż, są ludzie, którzy chcą zmienić postrzeganie tych instytucji i zaprzęgają do tego nowe technologie. Poznajcie Zuzannę Stańską.

Moiseum to startup, który za cel obrał sobie pomoc w cyfryzacji muzeów. Poprzez szeroko rozumiany consulting, developowanie aplikacji mobilnych i współorganizowanie wielu różnych projektów, w tym cyklu spotkań Metamuzeum, ekipa pod wodzą Zuzanny Stańskiej konsekwentnie zmienia instytucje kultury.

Firma ma w swoim portfolio takie projekty jak aplikacje mobilne dla Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, Muzeum Historii Żydów Polskich i Muzeum Powstania Warszawskiego, aplikacje HistoryDaily oraz DailyArt. Moiseum może się również pochwalić zrealizowaniem kilku ciekawych kampanii w mediach społecznościowej, chociażby przeprowadzonej na Foursquare’rze i przy współpracy z Narodowym Archiwum Cyfrowym akcji „Warszawa w PRL”. Użytkownicy tego serwisu mogli przekonać się dzięki zdjęciom pochodzącym z NAC, a wyświetlanym w aplikacji Foursquare’a, jak wyglądała stolica Polski między 1945, a 1989 rokiem.

Zuzanna Stańska jest absolwentką Historii Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i pasjonatką nowych technologii. Własną firmę rozwija od 2012 roku, ale od 2010 roku aktywnie działa na rzecz cyfryzacji muzeów. W 2014 roku znalazła się na liście New Europe 100 Challengers, ale także zajęła 13. miejsce w rankingu 50 najbardziej kreatywnych w biznesie magazynu „Brief”.

stanska3

Paweł Luty, Spider’s Web: Jak często zdarza się, że to, co sobie zaplanowałaś jednak się nie udaje?

Zuzanna Stańska, Moiseum: Jeśli pomysł jest mój i realizuję go dla siebie to zazwyczaj udaje mi się wszystko doprowadzić do końca. Sytuacja wygląda inaczej, jeżeli realizuję projekty dla kogoś. Tutaj porażki zdarzają się zdecydowanie częściej. Gdy współpracuje się z instytucjami kultury, muzeami, to przedsięwzięcie czasami okazuje się fiaskiem z prostej przyczyny – nie udaje się zdobyć na nie finansowania. Klienci przychodzą ze wstępnymi pomysłami, szlifujemy je, potem oni szukają miesiącami pieniędzy na to, żeby je wcielić w życie i na przykład po roku okazuje się, że nic z tego nie będzie.

Muzea wyróżniają się czymś szczególnym we współpracy nad takimi projektami jak aplikacje mobilne? Aplikację dla muzeum robi się mniej więcej w podobnym trybie jak dla klienta korporacyjnego?

Słyszałam wiele historii o tym, jak to nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za projekt w dużym banku, czy innej korporacji i bardzo trudno było ustalić konkrety. Wiele jest też przykładów na to, że software house’y zawalały sprawę i trzeba było naprędce za kogoś kończyć prace nad aplikacją. W instytucjach takich jak muzea, gdzie każdy projekt jest finansowany z publicznych pieniędzy, sprawy mają się inaczej. Tam każde przedsięwzięcie ma swojego opiekuna, kogoś, kto jest dokładnie ze wszystkiego rozliczany. W muzeach zawsze też brakuje kadr. Tam nie 15 osób zajmuje się jednym projektem, lecz każdy pracownik ma pod sobą konkretne projekty i musi jeszcze przy okazji zrobić 15 innych rzeczy. Chociaż mogę generalizować, ponieważ aż tak dobrze nie znam procesu tworzenia aplikacji stricte komercyjnych.

moiseum-historydaily

A muzea chcą się cyfryzować, wchodzić w nowe formy przekazu i najnowsze technologie? Cóż, dzisiaj kojarzą się raczej z kapciami, specyficznym zapachem, patyną i nieprzyjemnymi strażnikami.

Muzealnicy czują, że mają konkurencję. Większość muzeów nie należy do kategorii miejsc, które odwiedzisz na bank jak jesteś w danym mieście. Żadne polskie muzeum nigdy nie będzie miało 10 milionów zwiedzających rocznie, ponieważ takie mamy zbiory muzealne w naszym kraju. I kropka. Z drugiej strony, tego typu instytucji jest dużo i każda z nich musi się rozliczać z resortem kultury z ilości zwiedzających, więc siłą rzeczy konkurują ze sobą.

Muszą przyciągnąć zwiedzającego po raz pierwszy, ale także sprawić, żeby zechciał wrócić. Technologie stały się zatem taki lepem, mają udowodnić, że muzea się zmieniają na lepsze, że wykazują postawę „frontem do klienta”. Do tego dochodzi jeszcze to, że teraz w muzeach pracuje sporo młodych ludzi. Oni na co dzień korzystają z nowych technologii, wiedzą co kręci ich i ich znajomych. Zazwyczaj pracują na frontowych odcinkach typu dział promocji danego muzeum, więc siłą rzeczy mają wpływ na to, co dzieje się w ich instytucji. Wiedzą, czego oczekują zwiedzający, ale także sami chcą z tych technologii korzystać, kiedy odwiedzają muzeum.

Muzealnicy postrzegają internet jako konkurencję dla swoich placówek? Przecież mogę poczytać o danym obrazie na Wikipedii, dokładnie go sobie obejrzeć, przybliżyć, oddalić etc. i nie muszę wybierać się do muzeum, żeby mieć z nim kontakt. Ba, nawet nie muszę ruszyć się sprzed ekranu, żeby zwiedzić dane muzeum, bo przecież mogę je zobaczyć w trybie Street View w Mapach Google’a.

Moim zdaniem internet kompletnie nie jest konkurencją dla muzeów. Uważam, że jest wręcz przeciwnie – takie projekty jak Google Art Project tylko przyciągają zwiedzających. Widać to w liczbach. Rok rocznie na całym świecie pobijane są rekordy odwiedzin. Z drugiej jednak strony wciąż jeszcze widać strach w muzeach przed internetem, ale ten strach wiąże się z ochroną praw autorskich. Muzea nie kwapią się, żeby udostępniać cyfrowe reprodukcje swoich zbiorów, ponieważ obawiają się, że ktoś potem „przyklei” sobie tę reprodukcję na puszce napoju gazowanego.

Ale tutaj też są pozytywne przykłady. Pracownicy Rijksmuseum w Amsterdamie zauważyli, że internauci często szukali reprodukcji „Mleczarki” Vermeera. Problem polegał na tym, że wszystkie dostępne reprodukcje były podłej jakości. Kolory nie takie, proporcje nieprawidłowe, a rozdzielczość tragiczna. Kompletnie wypaczony obraz obrazu. Zatem, ekipa Rijksmuseum doszła do wniosku, że skoro ich obowiązkiem jest zachowanie w jak najlepszym stanie tegoż obrazu dla następnych pokoleń, to muszą opublikować w internecie wierną i porządną reprodukcję. I to zrobili.

Z muzeami i Internetem jest tak, jak z koncertami i Spotify. Teoretycznie, skoro masz całą swoją ulubioną muzykę dostępną na smartfonie czy komputerze, to nie będziesz chodził na koncerty. A jest dokładnie odwrotnie. Ludzie chcą doświadczyć swojej ukochanej muzyki na żywo i tak samo chcą doświadczyć kontaktu ze sztuką czy historią nie tylko poprzez ekran jakiegokolwiek urządzenia. W Internecie nie zobaczysz „Mona Lisy” w komplecie z Japończykami, którzy cały czas cykają fotki w Luwrze.

moiseum-wilanow-live

Skoro, jak rozumiem, muzea konkurują przede wszystkim miedzy sobą, to chyba presja na cyfryzację nie może być z natury rzeczy aż tak wielka?

Wszystko zależy od tego, kogo muzeum chce przyciągnąć. Inaczej się konkuruje o uwagę człowieka, który pełnymi garściami korzysta z kultury, regularnie chodzi do teatru i kina, odwiedza różne wystawy, galerie sztuki, i często bywa w różnych muzeach. Inaczej dociera się do ludzi, którzy w ogóle w muzeach nie bywają, a jeszcze inaczej przyciąga się turystów. Są takie muzea, które są wspominane w każdym przewodniku jako te, które po prostu trzeba odwiedzić i one na starcie mają inną pozycję niż pozostałe. Weźmy za przykład Warszawę. Każdy turysta będąc w stolicy Polski odwiedzi Muzeum Powstania Warszawskiego, ponieważ każdy je rekomenduje, ale do Muzeum Narodowego wybiorą się już raczej tylko pasjonaci sztuki.

Dlaczego wszyscy polecają Muzeum Powstania Warszawskiego a nie na przykład Muzeum Wojska Polskiego?

A byłeś w jednym i w drugim muzeum?

Byłem.

To znasz odpowiedź. Są dwa rodzaje muzeów. Muzea narracyjne, które opowiadają jakąś historię i takim muzeum jest właśnie Muzeum Powstania Warszawskiego. Wszystko kręci się wokół konkretnej narracji, bohaterów i zdarzeń. Ale są też muzea eksponatów, w których najważniejsze są właśnie zbiory danej placówki. W takim muzeum, np. w Muzeum Wojska Polskiego, stawiasz w gablocie halabardę i już.

Ludzie tak mają, że bardziej ich pociągają historie niż eksponaty. Wspomniana halabarda sama w sobie może być czymś wyjątkowym dla specjalisty zajmującego się historią oręża, ale raczej nie dla przeciętnego odwiedzającego. Ten prędzej wciągnie się w narrację, którą proponuje mu Muzeum Powstania Warszawskiego.

 

Jak rozumiem, muzeów narracyjnych będzie przybywać, a muzeów eksponatów ubywać?

Eksponaty w każdym muzeum są kluczowe. Rolą każdego muzeum, co jest uregulowane prawnie, jest ochrona eksponatów. Jednakże nabierają one zupełnie innej mocy, kiedy są elementem większej, spójnej całości, a nie wolnymi elektronami. Są takie muzea, które wcale nie mają potężnych zbiorów, a robią wrażenie. Muzeum Historii Żydów Polskich, o którym jest ostatnio dość głośno, ma zaledwie 50 eksponatów. Fabryka Schindlera w Krakowie ma dosłownie dwa eksponaty, ale zupełnie się tego nie czuje, właśnie dzięki świetnie skonstruowanej narracji. Z drugiej strony, stworzenie takiego muzeum jest piekielnie trudne. Naprawdę trzeba się napocić, żeby zwiedzających zaciekawić niezależnie od poziomu ich wiedzy, żeby ich nie znudzić, żeby utrzymać ich uwagę.

moiseum-my-warsaw

Jak muzealnik ma utrzymać uwagę osoby, która na co dzień komunikuje się ze znajomymi na Snapchacie, informacje czerpie z Twittera, a świat ogląda poprzez Instagram i YouTube’a?

Nie ma jednej, dobrej odpowiedzi na tak postawione pytanie. Ważne jest jednak to, że pracownicy muzeów mają świadomość, jak nowe media kształtują percepcję odwiedzających, ponieważ sami na co dzień z tych mediów i komunikatorów korzystają. Interesują się też nowymi gadżetami. Nie wiem czy wiesz, że muzea żyją teraz Google Glass?

Cały świat, tak się przynajmniej wydaje, pogrzebał ten projekt, a muzea nim żyją?

Rozmawiałam z firmą, która ma licencję Google na tworzenie aplikacji dla muzeów z wykorzystaniem ich okularów i oni twierdzą, że zmiany, które dokonały się ostatnio jeżeli chodzi o prace nad Glassami, będą miały pozytywny efekt. Nie wiem jaka jest prawda, czy Google porzuci ten projekt czy nie, ale na pewno mamy już za sobą pierwsze wdrożenie aplikacji na ten sprzęt w jednym z amerykańskich muzeów, a niedługo skończą się prace nad aplikacją dla jednego z paryskich muzeów. Google Glass mają zastąpić audioguide’y. Choć muszę przyznać, że na razie jestem sceptyczna wobec tych planów. Jak na razie, są to mało intuicyjne urządzenia. Przeciętny odwiedzający jeszcze nie jest gotowy, żeby z nich korzystać.

To jakie technologie mają szansę sprawdzić się w muzeum i jednocześnie przyciągać zwiedzających?

Jestem fanką wszystkich rozwiązań, które nie zaburzają rzeczywistego kontaktu z eksponatami, ale go wzbogacają. Dlatego jestem sceptyczna wobec inteligentnych okularów i hełmów wirtualnej rzeczywistości. Ale sprawy mają się inaczej ze smartfonami i tabletami. Te urządzenia mamy cały czas ze sobą, potrafimy z nich korzystać, mogą dostarczyć nowych informacji na temat eksponatu, odtworzyć film czy muzykę. Nie są to też jakieś gadżety, które trzeba przyłożyć do ściany czy założyć na głowę, żeby zadziałały. Po prostu – albo wyciągasz telefon z kieszeni, albo nie.

Bardzo podobało mi się to, co wymyślili i zrealizowali twórcy wystawy poświęconej twórczości Davida Bowiego, którą można było zobaczyć w londyńskim Victoria and Albert’s Museum, ale też jeździła po Europie. Odwiedzający tę wystawę dostawali nieco zmodyfikowanego audioguide’a, który odtwarzał dźwięk. To urządzenie łączyło się z czujnikami rozmieszczonymi w różnych miejscach ekspozycji i kiedy zwiedzający zatrzymywał się, np. przy kostiumie z konkretnego teledysku, to w słuchawkach rozbrzmiewał właśnie ten utwór. To niby mała głupotka, ale wzbogaca doświadczenie z wystawy, która przecież jest poświęcona muzyce. Doskonale wyobrażam sobie to, żeby muzea udostępniały na Spotify playlisty, które byłyby dopasowane do aktualnych wystaw i stałych ekspozycji.

stanska4

To jest trend wśród muzealników? Ta nieinwazyjność, lecz nastawienie na wzbogacanie doświadczeń w subtelny sposób?

Trend to w tej chwili na szczęście aplikacje mobilne, ale też niestety badziewne, bezsensowne gadżety. Takie podłogi interaktywne na przykład. W jednym z polskich muzeów, w części przeznaczonej dla dzieci są bodaj cztery tego typu podłogi. Same w sobie nie są niczym złym, ale muszą być mądrze wykorzystywane. A jak te cztery podłogi działają dokładnie tak samo, na tej samej zasadzie, czyli podskocz kilka razy a kwiatek urośnie w jednym, a w drugim podskocz i tupnij kilka razy, a kwiatek zostanie zebrany, to to jest czyste gadżeciarstwo.

Na razie królują proste rozwiązania. Duże ekrany, z różnymi informacjami czy quizami, przez które można się przeklikać. Chociaż coraz więcej się mówi o takich nowościach jak beacony czy Google Glassy, ale musimy jeszcze zaczekać z oceną tego typu rozwiązań.

Muzea przyszłości powinny skupiać się na swojej podstawowej i uregulowanej prawem roli, czyli ochronie eksponatów, czy może powinny iść w edukację, zainteresowanie jakiegoś grona ludzi danym tematem, tworzenie społeczności wokół muzeum?

Bardzo bym chciała, żeby coraz więcej muzeów angażowało się w ciekawe projekty edukacyjne, najlepiej z wykorzystaniem nowych technologii. Odkurzanie filiżanek, które mają kilkaset lat jest bardzo ważne. To element naszej spuścizny i jak najbardziej trzeba go pielęgnować. Do mnie jednak przemawia wizja budowania społeczności wokół muzeum.

I to nie społeczności na zasadzie „klubu przyjaciół”, którzy mają tańsze bilety i przychodzą raz w tygodniu na jakiś wykład. Jestem ogromną miłośniczką tego, co robi Tate Modern w Londynie. Kiedy galeria zaczęła powstawać w budynku dawnej elektrowni, to w okolicy nie było dosłownie nic, oprócz postindustrialnych ruin i slumsów. Kiedy galeria ruszyła, okazała się być jedną z najlepiej prowadzonych tego typu instytucji na świecie, to i cała dzielnica ożyła. Zaczęły tam napływać różne inwestycje, powstały wszelkiej maści lokale, restauracje i instytucje kultury, zaczęto tę część miasta postrzegać jako bardzo atrakcyjne miejsce do życia. Małe mieszkanka w tamtej okolicy kosztują w tej chwili miliony funtów.

Dlaczego tak się stało? Między innymi dlatego, że w Tate Modern jest jedna osoba, która odpowiada tylko za rozwój lokalnej społeczności. Organizuje festiwale uliczne, koncerty, spotyka się z przedsiębiorcami, władzami i namawia ich do inwestycji w tę okolicę, ale nie w samo muzeum, a tereny wokół niego. Marzy mi się, żeby każde muzeum w Polsce miało takie podejście i taką siłę pobudzania całych dzielnic.

moiseum-dailyart

Czym jest aplikacja DailyArt – popularny projekt Moiseum?

Startup Zuzanny Stańskiej zajmuje się przede wszystkim cyfryzacją muzeów, ale jednym z ich największych sukcesów jest aplikacja DailyArt. To codzienna doza światowej klasy sztuki pod postacią aplikacji mobilnej. Każdego dnia kuratorzy aplikacji udostępniają w niej użytkownikom reprodukcję jednego obrazu wraz z obszernym opisem. Wśród pokazywanych dzieł znajdują się zarówno klasyczne obrazy, jak i prace współczesnych artystów. Poprzez tę aplikację mogą się promować również muzea – co jakiś czas DailyArt organizuje akcje z galeriami sztuki i muzeami, które prezentują w ten sposób swoje zbiory.

Aplikacja DailyArt jest dostępna w sklepie Google Play i w App Storze! Wersja polska na razie jest dostępna tylko dla użytkowników iPhone’ów i iPadów.

Dołącz do dyskusji

Advertisement