Nie rozumiem, o co chodzi. Przecież 3 sezon “House of Cards” jest świetny!

Recenzja 08.03.2015
Nie rozumiem, o co chodzi. Przecież 3 sezon “House of Cards” jest świetny!

Nie rozumiem, o co chodzi. Przecież 3 sezon “House of Cards” jest świetny!

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Co prawda nie udało mi się obejrzeć trzeciego sezonu “House of Cards” w jeden dzień czy  weekend, ale w końcu po tygodniu mogę odnieść się do najnowszej serii serialu. Podczytując co nieco w Internecie, ze zdziwieniem skonstatowałam, że najnowsze odcinki z brawurową rolą Kevina Spacey’ego się fanom “House of Cards” nie podobają. Zupełnie nie rozumiem, o co chodzi, bo 3 sezon “House of Cards” jest chyba najlepszym z dotychczasowych.

Tekst zawiera spoilery dotyczące serialu “House of Cards”. Zostałeś ostrzeżony.

Najlepszym, ale rzeczywiście bardzo różnym od tego, do czego dotychczas nas przyzwyczajono. “House of Cards” to nadal produkcja polityczna, ale w najnowszej serii ta polityka, mimo że Frank Underwood prowadzi być może najważniejszą dla siebie kampanię, schodzi na dalszy plan. Najważniejsze w 3 sezonie są bowiem relacje międzyludzkie, małżeństwo, a co za tym idzie Claire Underwood, która – choć do tej pory nie potrafiłam darzyć jej sympatią – zyska w oczach niejednego widza, tak jak zyskała w moich.

Zostań prezydentem i ratuj innych ludzi

Frank Underwood został prezydentem i to właśnie teraz przyjdzie mu wziąć na siebie całą odpowiedzialność za piastowany urząd. Odpowiedzialność, która oznacza konflikty za granicami kraju, ale także te błahe niesnaski z ludźmi obok, które paradoksalnie mogą doprowadzić do największej klęski. Polityka w 3 sezonie “House of Cards” choć jest nadal trzonem, bo wokół niej wszystko się toczy, zostaje przyćmiona przez relacje Franka i Claire, o których za chwilę, a także przez samą postać Underwooda.

house-of-cards-2

Jeszcze żaden sezon tak wyraźnie nie zadawał pytania, kim jest Francis, jaka jest jego motywacja, co jest dla niego najważniejsze i czy jego postępowanie jest słuszne.

Być może dlatego, że ta polityka jest inna, w pewien sposób mniej angażująca, 3 sezon “House of Cards” zyskał moją przychylność. Nigdy nie przepadałam za tego typu tematyką, ale w przypadku tego serialu zwyciężyło prowadzenie narracji, aktorzy i bohaterowie. 3 sezon “House of Cards” skupia się na relacjach Stanów Zjednoczonych z Rosją (doskonały Wiktor Petrov) i kampanii Franka Underwooda pod hasłem “America Works”, która ma pomóc mu wygrać wybory w 2016 roku.

Ten sezon “House of Cards” to pokazanie mężczyzny zdeterminowanego, który osiągnął wszystko, o czym marzył i którego kariera zaczyna się rozpadać, jak tytułowy domek z kart.

Francis Underwood jest na szycie i chce swoją obecność na tym szczycie przedłużyć. Niestety, jego liczne decyzje oraz niechęć innych osób sprawiają, że zaczyna tracić grunt pod nogami. Finałowy odcinek serii pokazuje, że ten człowiek sukcesu zapomniał o tym, co najważniejsze, o kimś, kto pomógł mu w drodze do władzy.

Książka, czyli jak cię widzą, tak cię piszą

Wątek powstawania książki i wprowadzenie nowej osoby do Białego Domu, artysty Tomasa Yatesa, świetnie pokazuje to, jaki stosunek Frank ma do swoich podwładnych, do swojej żony, a także do przeszłości i wizji siebie jako człowieka. Władza i chęć zostania na świeczniku go rujnują.

Underwood traci powoli zdrowy osąd sytuacji i zaczyna kreować się na Boga albo kogoś od Boga jeszcze lepszego. Ale ten Bóg nie jest miłosierny, ani sprawiedliwy. On jest tyranem, jak pisze o Francisie jedna z czołowych dziennikarek.

house-of-cards

Underwood jest przekonany o tym, że tylko szantażując i zbudzając strach u innych jest w stanie coś osiągnąć. Wkrótce przekona się, że niewielu lojalnych ma wokół siebie, tylko dlatego, że nigdy nie pomyślał o tym, by zapytać o to, jak oni się czują.

Relacja Toma Yatesa i prezydenta jest na wskroś ciekawa i oprócz tego, że przedstawia tego ostatniego jako brutala, paradoksalnie odsłania też jego ludzką stronę. Tę, która się wstydzi, tę, która pragnie aprobaty, miłości, uznania. Stania innych przy swoim boku. Podszyta erotyzmem więź jest niebezpieczna i jest zagrożeniem zarówno dla Yatesa jak i Francisa. A także dla Claire, która poniekąd właśnie dzięki pisanej książce uświadamia sobie kim jest dla Franka i kim on jest dla niej samej. Prawda okaże się dużo trudniejsza, niż na początku się wydawało.

Wszelkie spory, które Francis toczy ze swoimi pracownikami, ludźmi, którzy są na niższych niż on stanowiskach, ale od których – czy chce, czy nie – jest uzależniony, świetnie pokazują upadek Underwooda jako polityka. Jego urząd chwieje się w posadach, nikt go nie szanuje, nie ma poparcia wśród ludzi z Białego Domu.

Może utrzymać się na szczycie wyłącznie dzięki kolejnym intrygom i podstępom. I Claire. To ona, oprócz Douga Stampera, okaże się najważniejsza. I ją, tak jak zresztą Douga, odrzucił.

I że cię nie opuszczę aż do śmierci. Albo wcześniej

Relacje Franka i Claire to główny punkt programu. Punkt bardzo interesujący, to smakowite danie główne, na którym skupiamy całą swoją uwagę. Do tej pory miałam żonę prezydenta za kogoś, kto sam nie wie, czego od życia chce. Jej decyzje można było przyrównać do zrywów nastolatki, która z jednej strony pragnie być przytulona przez rodzica, a z drugiej marzy o tym, by przeżyć swój pierwszy raz z pociągającym, trzydziestoletnim nauczycielem języka angielskiego. Teraz wiem, że to wszystko nie było przypadkiem. Claire po prostu od wielu lat uśmiechała się przez zaciśnięte zęby.

Tę jej walkę samą z sobą obserwujemy dokładnie w 3 sezonie.

house of cards

Claire choć wciąż próbuje, nie potrafi żyć już z Frankiem. Albo inaczej – nie potrafi żyć ze sobą, będąc z Francisem. Nienawidzi siebie, że tak bardzo go potrzebuje. Mając 50 lat, dochodzi do wniosku, że nie ma nic swojego. Że jej istnienie jest w pełni uzależnione od męża, który – choć twierdzi, że jego sukces jest także jej dziełem – w codziennych sytuacjach nie potrafi tego udowodnić. Masz rację, Claire – mówi Francis do swojej żony – ten gabinet ma tylko jeden fotel. I tak jest w istocie. Tu nie ma miejsca dla dwóch silnych jednostek. A Claire pragnie być i jest silna. Zabija ją uczucie przynależności do Franka.

Ktoś powiedział mi, że Claire wiedziała, na co się pisze. Zupełnie nie mogę się z tym zgodzić.

Claire Underwood to postać tragiczna, która nie wie, jak załatać uczucie pustki. Ma dosyć bycia marionetką z wiecznie przylepionym uśmiechem, która jest na usługach własnego męża. Chce żyć. A żyć będzie mogła, kiedy postawi wszystko na jedną kartę i zacznie od nowa. Samotnie.

Goodbye, Mr. President?

Czy finałowa decyzja Claire sprawi, że Frank będzie musiał pożegnać się ze swoim fotelem w gabinecie prezydenckim? Niewątpliwie czeka go wielki skandal i kryzys. Żona zostawiła go w najważniejszym, jak mu się wydaje, momencie jego życia. Po swojej stronie ma niewielu, choć patrząc na sondaże, ma szansę nadal być głową państwa.

Co jednak z sumieniem?

To chyba również uległo zniszczeniu, jak misternie budowany domek z kart.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Czytaj również: Po obejrzeniu ostatniego odcinka House of Cards 3, skasowałem wszystko co wcześniej o serialu napisałem

Dołącz do dyskusji