Piotr Lipiński: TABLOIDYZACJA INTERNETU, czyli jak powstał Kyrzbekistan

Felieton/Technologie 18.01.2015
Piotr Lipiński: TABLOIDYZACJA INTERNETU, czyli jak powstał Kyrzbekistan

Piotr Lipiński: TABLOIDYZACJA INTERNETU, czyli jak powstał Kyrzbekistan

W życiu nie chodzi tylko o to, żeby zawsze było fajnie. Być może jednak się mylę i powinienem wyginąć jak dinozaury.

Niedawno Internet w całej swojej nieskończonej mądrości odnotował epokowe wydarzenie. Pewien dziennikarz popełnił literówkę. Sieć przeżyła wstrząs, jakby na Nowy Jork znowu napadł King Kong. Albo co gorsza, wyłączono kolejny serwis torrentowy.

Amerykański autor New York Chronicles opublikował historię wspinacza, którego porwano w Azji, na terenie byłego Związku Radzieckiego. Dziennikarz niechcący stworzył nowy kraj – Kyrzbekistan (trzymając się oryginalnej pisowni). Zdarza się. Uzbekistan sąsiaduje z Kirgistanem, gdzieś więc te kraje skojarzyły się w umyśle autora, powołując do życia nowy podmiot prawa międzynarodowego. Ciekawy przykład do zastanowienia się, skąd się biorą literówki.

Ale dla Internetu to nie była sprawa literówki. To było wyzwanie, przy okazji którego każdy zapragnął udowodnić, o ile jest mądrzejszy od dziennikarza Johna Brancha, laureata Pulitzera i World Press Photo. Sieć zalały prześmiewcze rysunki. Rozgorzały kpiarskie dyskusje. Ba, na Twitterze powstało nawet konto rzekomego kraju.

A ja poważnie zastanawiam się: kim są ludzie, którym chce się tworzyć te rysunki? Kto wkłada swoją energię w prowadzenie konta na Twitterze?

twitter

Bywają wpadki istotne. Błąd w pisaniu ma znaczenie, kiedy coś z niego wynika. Jakaś powiedzmy teoria. Zwykle jednak nie wynika z niego doskonale nic.

Gdyby autor wspomnianego tekstu zastanawiał się, co różni mieszkańców Kyrzbekistanu od tych żyjących w Kirgizji i Uzbekistanie, gdyby dokładał do tego analizy związane z położeniem geopolitycznym – moglibyśmy powiedzieć, że to istotna wpadka. Kiedy pewna lewicowa posłanka po śmierci znanej poetki wspominała Michalinę Wisłocką zamiast Wisławy Szymborskiej, to być może coś więcej się za tym kryło. Jakaś freudowska pomyłka. Ale dziś chyba Freud wolałby raczej badać tych, którzy w Internecie z maniackim uporem szukają cudzych pomyłek.

Kamerdyner poety z reguły dostrzeże, że jego pan nie dopiął guzika w rozporku. Ale o jego strofach nie będzie umiał niczego powiedzieć. Takimi kamerdynerami stali się ci, którzy zawzięcie dyskutowali o wpadce, pozostawiając na boku temat całego tekstu.

Zbiorowy instynkt Internetu wyczuł potrzebę kpiny, ale nie pochylił się nad sednem historii. Żarty pojawiły się w końcu przy okazji tekstu mówiącego między innymi o porwaniu! Cóż takiego rodzi się w ludzkich głowach, że wolą pożartować o literówce, niż porozmawiać o poważnej sprawie?

Ale kto by się tam zajmował takimi traumatycznymi głupotami! Lepiej w dwie minuty zrobić jakiś kolaż w Photoshopie, wyśmiewający literówkę.

Na dokładkę tekst opisywał też przygotowania Tommy’ego Caldwella – tego porwanego – do zdobycia słynnego szczytu El Capitan techniką „free climb”. Czyli bez pomocy żadnych narzędzi wspinaczkowych, posługując się tylko rękami i nogami. Jeszcze kilka dni temu rzecz wydawała się niemożliwa! Ale w końcu udało się. Już po tym, jak sieć koncentrowała się na Kyrzbekistanie, sukcesu Caldwellowi i jego wspólnikowi pogratulował prezydent Obama, twittując: „Przypomnieliście nam, że nie ma rzecz niemożliwych”.

obama

W sieci jednak niebywała historia porwania i walki na El Capitan zniknęła pośród tak zabawnych obrazków, że chętnie by je przedrukował „Fakt”, gdyby tylko były po polsku. Z przykrością muszę zauważyć, że jest to dla mnie przykład „tabloidyzacji” Internetu. „Jajcarstwo” stało się tak powszechne, jakby ludzie koniecznie chcieli żyć w kabarecie. Pod warunkiem oczywiście, że dowcipy nie będą zbyt wyrafinowane.

W realnym świecie daje się żyć unikać „Faktu”. W Internecie wciąż jednak potykam się o treści na poziomie „Faktu”. Głupawe obrazki i filmiki atakują namolnie jak telemarketerzy. A to na Facebooku, a to gdzieś w komentarzach pod jakimiś tekstami. Narodził się nowy nurt w internetowym życiu: bzduralizm.

Czasami mam wrażenie, że niektórzy ludzie czytają zupełni inaczej, niż ja. Skupiają się na treściach dla mnie doskonale obojętnych. Ile to razy czytaliście pod tekstami komentarze, w których ktoś poprawiał obliczenia autora? Bo autor coś zaokrąglił, a czytającemu nie zgadzała się piąta cyfra po przecinku? Po czym dyskusja skupiała się na rozważaniu, jak należy zaokrąglać, a nie na tym, o czym jest tekst.

Nie pojmuję, czemu sprawa błędnej pisowni urasta do rangi wydarzenia.

Czy życie nie jest zbyt krótkie, by poświęcać go na zrobienie grafiki, wyśmiewającej literówkę? Czy autor tego śmiesznego rysunku czuje się wówczas Twórcą oraz Artystą? Podejrzewam, że wyjaśnienie tego dziwnego procederu odkrył już wiele lat temu – zanim jeszcze Amerykanie myśleli o zaczątkach Internetu – pewien znany dziennikarz. Przekonywał, że dobrze jest w tekście zrobić jakiś błąd. Jak go czytelnik odkryje, to się poczuje dowartościowany.

Skąd się biorą takiego pomyłki? Odpowiedź jest elementarnie prosta. Zna ją każdy, kto w życiu napisał coś więcej, niż szkolne wypracowanie. Błędy są elementarnym składnikiem każdej twórczości. Nie ma książek bez błędów. Nie ma oprogramowania bez błędów.

babcia-Internet

Wydanie książki, w której nie będzie żadnej literówki, to nie sprawa pieniędzy na wynajęcie armii korektorów. Ilu by ich nie było, jakaś wpadka i tak się przydarzy.

Na mojej debiutanckiej książce „Humer i inni” z tyłu okładki jest napisane „Potr Lipiński” zamiast „Piotr Lipiński”. Zauważyłem to dopiero po dwóch latach. Wcześniej czytałem mechanicznie, któryś tam raz z rzędu, bez żadnego dystansu. Dopiero kiedy książka odstała swoje na półce, sięgając po nią zauważyłem brak jednej litery.

Kilka miesięcy temu wydawca mojej książki „Geniusz i świnie” (hej, a może zechcecie na nią zagłosować, bo ubiega się o tytuł książki roku?), dwa dni przed wysłaniem do druku zapytał mnie, czy mój bohater na pewno urodził się w Tuluzie, jak napisałem. Bo z jego badań wynika, że w Turynie. Oczywiście miał rację. Przeprowadziłem nawet swoje śledztwo, skąd wzięła się ta pomyłka. I do dziś nie wiem.

Najlepsze jednak jest to, że gdy później pisałem o bohaterze „Geniusza i świń” do „Mówią Wieki”, to powieliłem ten sam błąd. Poprawiłem w ostatniej chwili. Gdyby mnie ktoś zapytał, gdzie urodził się mój bohater, z pewnością odrzekłbym, że w Turynie. A pisałem wciąż, że w Tuluzie.

ksiazki

Śledziłem też inne błędy w pisowni, jakie pojawiły się w tej i innych moich książkach. I wszystkie kryły się gdzieś w mrocznych zakamarkach umysłu, do których w żaden sposób nie mogłem trafić.

Wyłapywanie błędów ma oczywiście sens. Zdarzało mi się pod wpływem uwag czytelników wprowadzać korekty do tekstów. Przeważnie gdy ukazywały się po raz drugi. Czyli na przykład publikowałem w książce reportaże, które wcześniej pojawiły się w papierowej gazecie. Najczęściej jednak tym uzupełnieniom czytelników towarzyszył też jakiś głębszy komentarz, wskazujący, że czytający potrafi w tekście zauważyć coś więcej, niż tylko literówki do skorygowania.

Żart opowiedziany tysiąc razy traci znacząco na atrakcyjności. Prowadzący na Twitterze konto @Kyrzbekistan na okrągło opowiada dowcip, który stał się równie świeży, jak przeterminowany kefir.

Ale w końcu każdy ma prawo do życia i czerpania satysfakcji z czytania na swój sposób. Na wszelki wypadek więc w dzisiejszym tekście też popełniłem istotny błąd.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Niektóre zdjęcia pochodzą z Shutterstock.

Dołącz do dyskusji