Królowa gór wśród chmur. Himalaje – piechotą przez Nepal

Artykuł/Singapur 26.01.2015
Królowa gór wśród chmur. Himalaje – piechotą przez Nepal

Królowa gór wśród chmur. Himalaje – piechotą przez Nepal

Annapurna – ponad 8 tysięcy metrów. Ostre granie, skaliste szczyty i trzy dni wspinaczki. Ukoronowanie wysiłku czy rozczarowanie bezwzględną pogodą? Oto kulminacyjny punkt mojej wspinaczki.

Jaki kraj posiada najwolniejszy Internet na świecie? To Libia, ale zaraz za jej plecami czai się już Nepal, gdzie co trzecie łącze nie przekracza 256 kbps, a o oglądaniu filmików większość ludzi może zwyczajnie pomarzyć. Jednak w góry nie idzie się po to, aby surfować po sieci, prawda? Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy wchodząc do górskiego Ghorepani na oknach teahouse’ów zauważyłem napisy „FreeWiFi”!

Router w w teahouse’ie
Router w w teahouse’ie

Dla przypomnienia – prawie 3 km n.p.m., wokół zarośnięta dżungla, temperatura spada w nocy do zera stopni, nie ma ogrzewania, a wodę podgrzewa się kolektorami słonecznymi, więc jest tylko trochę cieplejsza niż w rzece. A jednak Internet jest! Oczywiście jego szybkość pozwala jedynie na sprawdzenie poczty i facebooka, ale samo to jest dla mnie prawdziwym fenomenem!

„Free” okazało się nie do końca takie darmowe, a nieporozumienie wynikło z faktu, że tylko takimi naklejkami właściciel teahouse’u dysponował. Nominalna wartość to 100 rupii, po których wypłaceniu, telefon zabierany jest na zaplecze i tam wstukiwane jest hasło – tak, aby goście nie dzielili się nim między sobą. Jedno urządzenie – jedna opłata, żadnych sentymentów.

100 rupii nie było kosztem trudnym do przełknięcia zwłaszcza, że wcześniej wynegocjowałem darmowy nocleg. Poza sezonem, kiedy wspinaczkowców jest niewielu teahouse’y stoją prawie puste, więc jeśli tylko obieca się zjeść co najmniej dwa posiłki z karty dań (ekstremalnie wysokie ceny), to spać można za darmo.

Niestety kolejny dzień w Nepalu przyniósł rozczarowanie – padało całą noc, pada teraz, a i najstarsi Nepalczycy, którzy rzepki w kolanach wypracowali na wspinaczce po schodkach mówią, że padać będzie. Ile? „Czas pokaże”. Czy to oznacza, że wspinaczka po schodach ma pójść na marne? Skądże znowu. Można przecież zacisną zęby i dalej brnąć wśród deszczu.

DSC08166

Śniadanie to standardowa zupa warzywna, przynoszona z wielką ceremonią w wypełnionej po brzegi misce „made in China”. Jej parująca w zimnym, porannym powietrzu zawartość obmywa wątpliwej czystości palce kucharki, kiedy stawia naczynie na stole. Gdyby jednak do sterylności przykładać europejską, a nie azjatycką miarę, to wyjścia z patowej higienicznie sytuacji można zauważyć dwa. Pierwsze to niejedzenie niczego i pożegnanie się z feerią przyrządzanych na ostro nepalskich warzyw, a drugie to stołowanie się w zachodnich restauracjach i również pożenienie się z feerią przyrządzanych na ostro nepalskich warzyw… przecież restauratorzy muszą dostosować potrawy do nie-zaprawionych w pikantnym boju zagranicznych podniebień.

#momo #nepalskiePierogi #jakUMamy #PolskaKuchnia #11kawalkow #75rupii #nepalKK #vegetables #beef

A photo posted by Karol Kopańko (@karolkopanko) on

Kuchnia Nepalu jest naprawdę wyjątkowa i przyniosła mi nieco ulgi po powszedniejącej już wegetariańskiej, indyjskiej diecie. Po pierwsze ze względu na momo – gotowane na parze pierożki z zawartością warzywną lub mięsną, podawane wraz z ostrym sosem chili. To jednak jadało się jedynie dla przyjemności, bo prawdziwie górski, kaloryczny obiad zapewnić był w stanie jedynie dal bhat czyli ryż (bhat) z soczewicą (dal), a także innymi warzywami – cebulą, pomidorami i ziemniakami , który za talerz kosztować potrafił nawet 600 rupii (24 zł). Piszę za talerz, ponieważ to właśnie go w praktyce kupowało się w teahouse’ach – zawartość dostarczana była w kilkuminutowych odstępach czasu, zależnie od tego jak pakowym żołądkiem dysponował wspinaczkowiczów. W praktyce: płacisz raz, jesz ile chcesz.

To zielone to właśnie „dal”
To zielone to właśnie „dal”

Tak przygotowany ruszyłem na Poon Hill, niewielki, wznoszący się na 3200 m n.p.m. szczyt z którego przy dobrej pogodzie podziwiać można kawałek korony Himalajów. Tymczasem za moim plandekowym okryciem w najlepsze szalała burza. Ale przecież to tylko 400 metrów w górę… Idzie się więc po schodkach stawiając nogę, za bambusowym kijkiem (do podpierania się), za nogą i nie myśli, że 2-godzinna wspinaczka wymagała będzie powtórnego suszenia ubrań. Pierwsze informacje niestety nie napawają optymizmem. Podróżnicy, który na szczyt wybrali się jeszcze nad ranem wracają z nietęgimi minami.

„Możesz iść, ale chyba tylko dla sportu.”

„Ten sam widok masz tutaj…”

„Wszędzie mgła, widoczność zerowa”

Idę dalej i zwracam uwagę na coś, co moi rozmówcy zdali się pominąć – piękno zmieniającej się z wysokością, nepalskiej przyrody. Jeszcze w Wietnamie pewien spotkany na lotnisku Kanadyjczyk (występował już w pierwszym wpisie z serii) wspominał, że zanim odeszła jego żona, a włosy na głowie posiwiały, ścigał się z górami. Chciał przechodzić szlaki szybciej niż sami Nepalczycy. Annapurna Base Camp w 6 dni, Annapurna Circuit (najbardziej „kultowy” szlak) w 14 dni.

DSC08176

„To prawdziwe rekordy. Nie spotkałem nikogo, kto szedłby, wspinał się i schodził szybciej niż my. Oczywiście wśród amatorów” – przechwalał się, wspominając młodzieńcze czasy. Później jednak naszła go nutka refleksji, że w całym tym biegu nie chodzi przecież o to, aby nabijać kilometry na jakimś wirtualnym liczniku i ustanawiać rekordy, a aby przeżyć coś wyjątkowego, zapadającego w pamięć.

„Dlaczego rundkę wokół masywu Annapurny zrobiliśmy w 14 dni? Musieliśmy. Tak wybieraliśmy bilety lotnicze i wizę do Nepalu mieliśmy tylko na 15 dni”. Bardzo łatwo tu o popadnięcie w apatyczną monotonię „kolejnego schodka”, patrzenia jedynie pod stopy i kalkulowania sił, pomijając zupełnie wszystko naokoło.

A tymczasem ja doświadczałem krajobrazu jak z idealnego, polskiego Bożego Narodzenia! Wraz z wysokością deszcz przeszedł w śnieg, a jego obfite, puchate płatki osadzały się na zielonych jeszcze igłach i liściach drzew. Białego puchu przybywało z każdą chwilą, tak, że w końcu szło się przez śnieżny tunel, który oślepiał swoją bielą. Idealnie byłoby jednak oddzielić się od tej Arkadii…. np. szybą, za którą ze swadą ogień trzaskałby w kominku. Tak samo bowiem jak w owej mitycznej, greckiej krainie mieszkali biedni rolnicy, którzy w rzeczywistości wiedli żywot daleki od ideału, tak i ja szczelnie musiałem opatulać się plandeką, gdyż śnieg mimo oczywistego piękna posiada również właściwość topnienia, a przemoczone ubrania do najprzyjemniejszych nie należą.

FPH - First Person Hiker
FPH – First Person Hiker

Poon Hill jest bardzo zdradliwy – kiedy już myślisz, że ten pagórek na horyzoncie to szczyt, za nim wyrasta następny i następny i tak dalej… dalej i wyżej. Tym większa w końcu jest radość z ujrzenia szczytu, na którym zbudowano bialutką wieżę obserwacyjną, idealnie zgrywającą się z otaczającym krajobrazem. Na jej szczycie spotkałem dwie osoby, kurzące zawiniętą w papier tabakę – Chińczyka i jego tragarza, z których obie po angielsku zaledwie dukały, więc między sobą komunikowały się przeważnie na migi.

Taki tragarz i przewodnik w jednej osobie to koszt ok. 15 dol. za dzień. Poniesie każdy, nawet bardzo ciężki plecak, wskaże drogę i zaprowadzi do teahouse’u, gdzie w zamian za przyprowadzenie turysty śpi i je za darmo. Katmandu i Pokhara pełne są agencji wynajmujących za prowizją tragarzy na dowolną ilość dni, nawet do miesiąca. Są też wolni strzelcy, a większość działa aktywnie nawet na facebooku. Wystarczy napisać, że chce się pochodzić po Himalajach, a od zaproszeń do znajomych i pytań o datę wspólnego treku („przecież to oczywiste, że teraz idziemy razem?”) opędzić się będzie bardzo trudno.

nepal-agent2
Pozwolenie bez problemu można dostać w Pokharze #kłamca

nepal-agent

Rozczarowanie

Tak streścić można widok zaraz po wdrapaniu się na wieżę. Nie widać kompletnie nic. Zerknijcie zresztą sami:

DSC08266_Fotor

Przynajmniej zdobyłem szczyt, udowodniłem, że dam radę. Mogę teraz pochwalić się na facebooku i odhaczyć kolejny cel z bucketowej listy. To wystarczy, prawda? Przecież Annapurnę zobaczyć mogę w Internecie i to w jakości Ultra High Definition, więc lepiej nawet niż gołym okiem… Albo pocztówkę mogę kupić i wyjdzie na to samo.

Kiedy zrezygnowany schodziłem już ze szczytu, góry pokazały swoją nieprzewidywalną, piękną twarz. W jednym momencie wiatr ucichł, śnieg przestał padać, a zawieja stała się jedynie zamkniętym w przeszłości wspomnieniem. Wyszło Słońce i dziarskimi, łaskoczącymi skórę promieniami rozpoczęło rozganianie chmur na wszystkie kierunki wyznaczane przez różę wiatrów.

Zaczęło się prawdziwe święto! Na górze znalazł się jeszcze Katalończyk, który zaczął tańczyć swój tradycyjny taniec – powolną Sardenę, chwytając mnie i Chińczyka za rękę i formułując trzyosobowe kółko.

Ja tymczasem skoncentrowałem się na jak najszybszym robieniu zdjęć, gdyż nie było nawet wiadomo czy pogoda pozwoli skończyć taniec świeżo poznanemu Iberyjczykowi.

Najdłużej kazała na siebie czekać bohaterka całego wejścia Annapurna I, jedyny widoczny z Poon Hill ośmiotysięcznik (8091 m n.p.m.).

Króluje majestatycznie, otoczony górami wchodzącymi w skład masywu swojego imienia, sprawiając kolosalne wrażenie. Zaraz pod szczytem przesuwa się ostatnia leniwa mgiełka, jak dywanik przed tronem imperatora.

DSC08279_Fotor

U jego podnóżka siedzi zaś skulona Annapurna Południowa, niższa o prawie 800 metrów To właśnie jej śniegi pogrzebały ciała trzech polskich himalaistów, którzy w 1979 roku porwali się z Jeleniej Góry do dalekiego Nepalu z jedną misją – zdobyć to, co udało się wcześniej tylko dwóm wyprawom. z Polski wyruszyli wyładowanym po brzegi Jelczem. Ich trasa wiodła przez Bałkany, Turcję, Irak, Iran, Afganistan, Pakistan i Indie, przez 3 wojny, kiedy kule świstały im nad głowami. Jak sami wspominali to właśnie wtedy oswoili się ze śmiercią, która spotkała ich jednak znacznie wyżej.

Po prawo od Annapurny wznosi się na wysokości 6441 m n.p.m. szczyt Hiunchuli. Wygląda bardzo niepozornie, wznosi się niewiele nad górską przełęcz, ale jak mówi mi stojący obok Nepalczyk, to jeden z trudniejszych do zdobycia szczytów w całych Himalajach.

Zdjęcie już z wieczora
Zdjęcie już z wieczora

Przesuwam wzrok dalej i trafiam na Dhaulagiri, co w sanskrycie oznacza „Białą Górę”. Wznosi się ona na 8167 m n.pm. i jest siódmym najwyższym szczytem świata, który do 1838 roku uważano nawet za najwyższy. Jej południowa ściana, na którą właśnie patrzę nigdy nie została zdobyta i pozostaje jednym z największych wyzwań alpinizmu.

Najbardziej na zachodzie wznosi się „Rybi Ogon” – Machhapuchchhre o wysokości 6993 m n.p.m. Mimo że góra jest niższa od otaczających ją koleżanek to wygląda najbardziej złowrogo. Przypomina stożek, na który wejść jest praktycznie nie sposób. Jeszcze żaden człowiek nie postawił stopy na jej szczycie. W 1957 roku tylko 150 metrów brakowało Brytyjczykom, którzy dostali przyrzekli, że zawrócą przez zdobyciem „Rybiego Ogona”. Dla Nepalczyków do święta góra Lorda Sziwy.

IMG_0666_Fotor

Niestety, tak jak nawet nepalski marmur wydobywany w okolicach Godavari, choć nieskazitelnie biały to nie jest wieczny, tak i pogoda od wiecznej stabilności stroni. Pozwoliła na podziwianie piękna himalajów jedynie przez 10 minut. Później wróciła do wcześniejszych bardzo fanaberyjnych zachowań naznaczonych śniegiem, wichurą i generalnie nieprzyjemną słotą.

Nic jednak nie mogło popsuć radości w sercu z wypełnienia nepalskiej misji. To prawie tak, jakbym z wyróżnieniem ukończył questa w jakiejś grze i zdobył upragnione odznaczenie. Tak… wyobrażanie siebie jako postać z gry jest bardzo pomocne. Można wtedy biegać cały czas z włączonym „sprintem”, nie przejmować się zmęczeniem, cyklem dobowym, czy potrzebami fizjologicznymi – dlatego nie polecam utożsamiania się z simsami.

"Naoglądaliście się"
“Naoglądaliście się”

W końcu nadchodzi czas na zejście. Zejście sprintem. Góry ponownie zasłoniły chmury, co niechybnie oznaczało powrót niesprzyjającej aury. Podróż umilał poznany na górze Katalończyk, który zgrywał się ze wspólnych korzeni.

“Hiszpanie mówią o nas, że jesteśmy Polakami. Wiesz dlaczego? Dla nich nasz język brzmi tak samo niezrozumiale i jest równie trudny co Wasz. Więc… witaj rodaku.”

O ile z zejściem zdążyliśmy uporać się jeszcze przed burzą, o tyle czarne chmury nadciągnęły nad teahouse, gdzie za 100 rupii ładowałem smartfona. Energii elektrycznej w Nepalu nigdy nie było pod dostatkiem. Jej lwia część produkowana jest dzięki energii wody w hydroelektrowniach, ale zwłaszcza teraz, zimą, kiedy stan rzek jest niski przerwy w dostawią prądu są szczególnie dotkliwe. Nawet w samym Katmandu zdarzają się dni, kiedy w rożnych dystryktach prądu nie ma przez 18 godzin!

Mieszkańcy wiosek albo sami wytwarzają prąd w agregatach – opcja bardzo droga, albo kupują go od posiadaczy najbliższych, prywatnych elektrowni – opcja “tylko” droga. Tak czy siak, za każdym razem podkreślają prewencyjnie, że nawet na ładowaniu komórki za taką cenę “ledwo wychodzą na zero”. Coś trudno mi w to uwierzyć…

DSC08220_Fotor

Mojemu telefonowi nie dane było doładować się do pełna. Jeden z przewodników omyłkowo wpakował go do swojego plecaka, a w teahousie zostawił swojego dual-sima od Samsunga (praktycznie każdy ma tu dwie karty – jedną do rozmów, a drugą do smsów lub internetu). Taka zamiana nie uśmiechała się do mnie szczególnie pożytecznie, jednak jak pewnie zauważyliśmy nie użyłem cudzysłowu przy “omyłkowo”, dlatego po kilku rozmowach telefonicznych, kiedy bliski byłem stwierdzenia, że szybciej dogadalibyśmy się rozpalając ognisko i wysyłając sygnały dymne, ustaliśmy że spotkamy się w pół drogi. Dla mnie niestety oznaczało to cofanie się po własnych śladach.

Raz na wozie…

Dołącz do dyskusji

Advertisement