Ogrodnik January: Cogito Classic – smartwatch, ale niepełnosprytny

Felieton/Sprzęt 30.01.2015
Ogrodnik January: Cogito Classic – smartwatch, ale niepełnosprytny

Ogrodnik January: Cogito Classic – smartwatch, ale niepełnosprytny

Gdy zepsuł się mój stary, wysłużony Timex, stanąłem przed nie lada dylematem, czym go zastąpić. Wybór nie był łatwy. Mimo panującej mody na smartwatche, smartbandy i inne sprytne opaski, wciąż jestem sceptykiem, jeśli chodzi o wszystkie te pseudozegarki i wolę takie konstrukcje, które mają wygląd i funkcjonalność zbliżone do klasycznego chronometru. Jestem też pragmatykiem i kompletnie nie przemawia do mnie idea biwakowania w porze lunchu pod gniazdkiem z prądem albo noszenia ze sobą powerbanku, żeby móc pod wieczór zobaczyć, która jest godzina. Zegarek działający 4 godziny? Wolne żarty, nawet moja komunijna Ruhla zadowalała się nakręcaniem raz na dobę. Marzył mi się ideał…

I właśnie w takim momencie na scenie – a konkretnie w internetach – pojawił się Cogito Classic, który sprawił, że w zakurzonym ośrodku rozkoszy mojego mózgu zapaliła się czerwona lampka oznaczona etykietką “chcę to mieć”. Chyba zacząłem się też trochę ślinić, ale kładę to na karb starczej demencji. Wszystko rozegrało się zgodnie z marketingową zasadą zakupu impulsowego, newtonowską teorią akcji i reakcji oraz kanonem greckiego dramatu dotyczącym jedności czasu, miejsca i akcji. Zegarek idealnie trafił w swoje miejsce i czas, musiała więc nastąpić modelowa reakcja ofiary marketingu. Biorąc jeszcze pod uwagę wspomniane wcześniej ślinienie, Iwan Pietrowicz Pawłow byłby ze mnie naprawdę zadowolony. Wkrótce po błyskawicznym researchu i przeglądzie opinii pierwszych użytkowników, już klikałem w klawiaturę i wypełniałem formularz zamówienia w sklepie internetowym. Numer konta, przelew, enter.

Po prostu zegarek

Co mnie tak ujęło w Cogito Classic? Parę rzeczy – rasowy wygląd, przemyślane funkcje “smart” i absolutnie bezstresowy czas pracy na baterii. Zegarek wygląda bardzo klasycznie, a w pomarańczowej wersji, którą wybrałem dla siebie, ma też lekką nutkę szaleństwa i ekstrawagancji, za którą zaczynają tęsknić faceci po osiągnięciu tego wieku, gdy kupuje się pierwszego Harleya. Na Harleya raczej się nie szarpnę, ale zegarek – czemu nie? A co najważniejsze, Cogito Classic po prostu wpisywał się w moje lajfstajlowe potrzeby – idealnie pasował kolorem do mojej ulubionej gitary…

Cogito Classic (3)

Niezwykle spodobało mi się podejście producenta do kwestii bycia “smart”. Udało się tego dokonać, zachowując powierzchowność zwyczajnego zegarka, który nie obwieszcza z daleka wyglądem swojej sztucznej inteligencji. Zamiast wyświetlacza Ful HD, miliarda czujników, funkcji monitorowania snu i pomiaru zużycia kalorii w czasie czynności autoerotycznych, Cogito Classic wyświetla tylko proste powiadomienia o nadejściu połączenia telefonicznego, SMS-a lub maila oraz o terminach w kalendarzu i alarmach.

Poinformuje też o niskim stanie baterii w telefonie. Tylko tyle i aż tyle, bo właśnie tego mi było trzeba – nie zamierzałem gadać do zegarka, sprawdzać na nim co 5 minut pogody, ani tracić wzroku, czytając na mikroskopijnym ekraniku jakieś bzdety z Fejsa. Być może przez te ograniczenia Classic nie jest w pełni smartwatchem, ale jego “niepełnosprytność” absolutnie mi nie przeszkadza.

Cogito Classic (7)

Jeśli chodzi o baterię, to jest to prawdziwa petarda. W odróżnieniu od większości dotykowych smartwatchy, które trzeba codziennie ładować przez parę godzin, ten zegarek “ładuje” się co parę miesięcy. I zajmuje to góra 10 minut. Cud? Nie. Po prostu błogosławiony efekt umiaru w szafowaniu elektroniką. Dzięki uproszczeniu do minimum funkcji “smart”, według zapewnień producenta Cogito Classic wytrzymuje na pastylkowej baterii nawet pół roku. I można ją błyskawicznie wymienić na nową nawet w samym sercu bagien nad Biebrzą, dysponując tylko monetą o niewielkim nominale. Co więcej, wskazówkowy mechanizm zegarka zasilany jest osobnym ogniwem, więc nawet jeśli padnie nam sztuczna inteligencja, wciąż mamy do dyspozycji działający chronometr.

Można też, jeśli najdzie nas chętka na cyfrowe wykluczenie, całkiem wyłączyć smartwatch i zostawić sobie sam mechaniczny dumbwatch – całkiem jak w mrocznych czasach komputerowego średniowiecza. Żyć, nie umierać! Spróbujcie zrobić coś takiego z cudeńkami od konkurencji 🙂

Cogito Classic (9)

Rozpakowujemy

Wskutek wrodzonego braku parcia na szkło nie nakręciłem filmiku z rytualnym unboxingiem, ale muszę coś napisać o opakowaniu. Trzeba przyznać, że Cogito Classic zapakowany jest w sposób budzący trwogę, szacunek i rozkosz. Szacunek poczułem ze względu na klasę i jakość materiałów użytych w pomysłowym opakowaniu, natomiast trwoga ogarnęła mnie, gdy zorientowałem się, że kompletnie nie wiem, w jaki sposób wydobyć zegarek z pudełka. Jak się wyjaśniło po krótkim badaniu, trzeba było za coś odpowiednio pociągnąć, zrywając plombę. Pierwsze rozczarowanie pojawiło się natychmiast po wyjęciu zegarka – okazał się o wiele mniejszy niż na opakowaniu 🙂

Cogito Classic (1)

A potem była już czysta rozkosz… Po zapięciu na ręce Cogito Classic okazał się prawdziwie męskim, solidnym i masywnym sikorem klasy XL. Choć może współpracować z iPhonem, obawiam się, że nie przypadnie do gustu zwolennikom damskiej biżuterii – oni i tak wybiorą Apple Watcha. Byłem zaskoczony, jak Cogito różni się wielkością od mojego starego zegarka, który dotąd wydawał mi się wystarczająco męski, aby dobroczynnie wpływać na moje słabnące ego.

Cogito Classic (4)

Do jakości wykonania nie można się przyczepić. Całość sprawia dobre wrażenie i wygląda zacnie, choć po bliższym zbadaniu koperta okazuje się wykonana z tworzywa sztucznego. Dopełnia ją stalowy dekiel i (chyba) aluminiowa ramka otaczająca szkiełko, którego jak na razie nie udało mi się zarysować.

Dostarczony w zestawie silikonowy pasek przysparza wyjątkowych wrażeń zmysłowych – jest jędrny, gruby, mięsisty, elastyczny jak żelkowe misie i znakomicie trzyma zegarek na nadgarstku, a co istotne – dzięki standardowemu mocowaniu na teleskopy, można go zastąpić każdym paskiem szerokości 22 mm, a nawet złotą bransoletą. Oczywiście jeśli lubicie takie odpustowe zestawienia.

Pewien niepokój budzą przyciski dookoła koperty. Centralna koronka służąca do ustawiania wskazówek zachowuje się godnie, ale wszystkie cztery przyciski funkcyjne mają tendencję do kiwania się na boki. Trudno powiedzieć, czy tak miało być, czy producent nie zapomniał na przykład o uszczelkach… Byłaby to spora strata, bo Cogito Classic ma niezłą klasę wodoszczelności. Niestraszne mu krew, pot i łzy podczas próby założenia legginsów w szatni na siłowni, a producent zezwala nawet na kąpiel i płytkie nurkowanie. O ile można jeszcze zrozumieć potrzebę wejścia pod prysznic z zegarkiem, aby nie utracić poczucia bezpieczeństwa i łączności z przyjaciółmi na kołchozach społecznościowych, to pomysł pływania czy nurkowania wydaje mi się nieco bez sensu. Przecież w chwili zanurzenia w wodzie ustaje łączność Bluetooth ze smartfonem, więc i tak możemy korzystać jedynie z zegarka. No, chyba że się uprzecie i zabierzecie ze sobą również telefon, starannie zapakowany w reklamówkę i wciśnięty w slipy 🙂

Jak to działa?

Cogito Classic łączy się ze smartfonem przez Bluetooth, ale jest jeden warunek – telefon musi mieć co najmniej Androida 4.3 na pokładzie i obsługiwać energooszczędny tryb Smart Bluetooth. To ogranicza kompatybilność do konkretnych modeli od kilku producentów. Zegarek może też współpracować z iPhonami z iOS 7 i 8, ale jak już pisałem, to raczej nie ten target.

Cogito Classic (2)

Potem jest już z górki. Po zainstalowaniu aplikacji, sparowaniu zegarka ze smartfonem i skonfigurowaniu paru opcji możemy cieszyć się powiadomieniami o wybranych wydarzeniach wprost na nadgarstku.

Cogito Classic (1)

Interakcja jest raczej jednostronna, bo z wyjątkami, o których napiszę na końcu, Cogito Classic jest bardziej odbiornikiem informacji, niż pełnoprawnym partnerem telefonu. W praktyce działa to tak, że w chwili nowego zdarzenia, zegarek piszczy, wibruje i wyświetla stosowną ikonę na cyferblacie, a gdy powiadomień jest więcej, dodatkowo pokazuje liczbę zaległych informacji. Na maciupkim wyświetlaczu można wtedy przejrzeć listę powiadomień i odczytać szczegóły wydarzenia – numer osoby dzwoniącej, treść SMS-a czy wpisu w kalendarzu. Szału nie ma, zwłaszcza gdy wskazówki złośliwie zasłonią wyświetlacz, pokazując pięć po jedenastej, ale na szczęście te same dane możemy też sprawdzić w telefonie, bowiem program obsługujący zegarek ma funkcję agregatora powiadomień i zbiera w jednym miejscu informacje o wszystkich wydarzeniach i komunikatach.

Samo korzystanie z powiadomień na zegarku jest proste i intuicyjne. Piszczy, wibruje i mruga – znaczy: coś przyszło. Wystarczy rzut okiem, aby zorientować się w sytuacji i ewentualne uciszyć zegarek przyciskiem, jeśli uznamy, że sprawa nie jest pilna. I tyle. Na maila czy SMS-a nie da się odpisać, nie obejrzymy też najnowszych zdjęć kota znajomych na Instagramie, a o pograniu w Dooma nawet nie ma co marzyć, ale przecież nie po to kupuje się klasyczny zegarek 🙂

Co mogłoby być lepiej?

Teraz pora pomarudzić. Pipkanie zegarka jest moim zdaniem za ciche – ciężko je usłyszeć w hałaśliwym otoczeniu czy w grubym ubraniu. Również wibracje są na tyle cherlawe, że łatwo je przegapić w podczas jakiejś intensywnej aktywności ruchowej czy specyficznego ułożenia nadgarstka. Być może pomogłoby ciaśniejsze zapięcie paska, ale chyba mało kto lubi chodzić cały dzień ze zwisającą martwo, siną ręką.

Mam taż pewne zastrzeżenia do czytelności wyświetlacza. Reklamowe zdjęcia z pięknymi białymi ikonami to zwykły bullshit. W rzeczywistości nie jest aż tak dobrze. W dobrym świetle nie ma żadnego problemu – im jaśniej, tym obraz jest wyraźniejszy, bardziej kontrastowy i nie wymaga żadnego podświetlania. Plus dla Cogito, bo inne smartwatche bywają na słońcu po prostu nieczytelne.

Cogito Classic (5)

W całkowitej ciemności przychodzi z pomocą podświetlenie typu indiglo, które od biedy daje radę, choć na porażenie wzroku raczej nie ma co liczyć. Ale do kina czy teatru, gdy chcemy dyskretnie dowiedzieć się o co chodzi bez oślepiania sąsiadów smartfonem – będzie jak znalazł.

Cogito Classic (6)

Najgorzej jest w średnich warunkach – w półmroku, w pochmurny dzień w samochodzie, czy w windzie z kiepską żarówką – bo wtedy ani zewnętrzne światło, ani słabowite podświetlenie nie są w stanie tchnąć życia w wyświetlacz. Czegoś tu brakuje…

Cogito Classic (8)

I właściwie to tyle marudzenia… Aby zakończyć recenzję optymistycznym akcentem, przejdźmy do bonusów, jakie oferuje Cogito Classic. Jednym z nich jest proste sterowanie muzyką. Po włączeniu odpowiedniej opcji w oprogramowaniu, zegarek może służyć jako pilot do odtwarzacza multimediów. Wiele tego nie ma – pauza, odtwarzanie, przeskakiwanie o jeden utwór do przodu – ale można to zrobić w biegu, bez patrzenia i bez wyjmowania telefonu z kieszeni. Wygodne i praktyczne.

Druga rzecz to coś dla zapominalskich. Po sparowaniu przez Bluetooth zegarek i telefon są jak papużki nierozłączki. Dzięki temu, gdy wskutek oddalenia od siebie przestaną się “widzieć”, zegarek piszczy, a w telefonie rozlega się… kukanie. Kukanie to zapewnie obciążenie dziedziczne po poprzednim zegarku tego producenta – Cookoo – i trzeba przyznać, że jak na papużki nierozłączki brzmi nieco ekstrawagancko, ale przydatność tej funkcji jest nie do przecenienia. Dzięki temu unikniecie takich sytuacji, jak zostawienie telefonu w samochodzie czy w kawiarni. Albo zegarka w łazience. Chyba, że zapomnicie obydwu naraz… Zegarek ostrzeże również, gdy wasz telefon zacznie się chyłkiem oddalać wraz ze swym nowym, nie w pełni prawowitym właścicielem. Skuteczność odzysku jest stuprocentowa, trzeba tylko złapać dobrze okutą dębową lagę i pobiec w stronę, z której dochodzi oddalające się kukanie…

PS. Po dwóch tygodniach maltretowania Cogito Classic nadal działa na tej samej baterii 🙂 Stała łączność nie powoduje też zapaści energetycznej telefonu – dzięki wykorzystaniu trybu Smart Bluetooth zauważyłem jedynie nieznaczne przyspieszenie tempa zużycia baterii – raptem o parę procent. Nie jest źle.

Ogrodnik January – Z zawodu grafik, projektant i ogólnie tzw. artysta – absolwent krakowskiej ASP. Dyrektor kreatywny własnej pracowni graficznej Młyn Artystyczny. Z zamiłowania gadżeciarz, z powołania bloger. W sieci obecny od zeszłego wieku. Prześmiewca, samozwańczy tester technologii, poszukiwacz dziury w całym. Od 2010 roku autor bloga Applefobia, gdzie ośmiesza absurdy, demaskuje mitologię, kpi z fanbojstwa i zdrapuje pozłotkę z aluminium. W wolnym czasie czyta książki, gra na gitarze, jeździ na rolkach i fotografuje. Oczywiście nie wszystko na raz…

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji