Zmiany w zakupach w sieci i szaleństwo z ostrzeżeniami o cookies mają wiele wspólnego

Felieton/Technologie 31.12.2014
Zmiany w zakupach w sieci i szaleństwo z ostrzeżeniami o cookies mają wiele wspólnego

Zmiany w zakupach w sieci i szaleństwo z ostrzeżeniami o cookies mają wiele wspólnego

Pod koniec grudnia zmieniły się przepisy dotyczące handlu w internecie, a polscy parlamentarzyści po raz kolejny pokazali jak mało wiedzą o sieci i potrzebach internautów. Znów pod płaszczykiem ochrony obywatela wprowadzono obostrzenia dla sklepów. Nowe regulacje nie tylko utrudniają proces zakupów i zniechęcają klientów, ale wręcz przekonują ich do wydawania dolarów zamiast złotówek.

Często ma się wrażenie, że twórcy przepisów dotyczących sieci nigdy z niego nie korzystali. Nie przeszkadza im to jednak, w myśl zasady “nie znam się, to się wypowiem”, uszczęśliwiać nas na siłę. Znakomity przykład tego, jak Unia Europejska “nie umie w internet”, mieliśmy przy okazji wymuszenia konieczności ostrzegania użytkowników o zbieraniu cookies.

Zalało to internet falą wyskakujących okienek i komunikatów o cookies, które już pierwszego dnia zaczęły niemożebnie irytować.

ciasteczka cookies

Jestem pewien, że internautów świadomych tego czym są “ciasteczka”, ostrzeżenia o zbieraniu informacji przez strony internetowe doprowadzają do szału. Z kolei osób niezainteresowanych tematem ostrzeżenia te ani ziębią, ani grzeją. Ot, kolejne okienko, które trzeba kliknąć razem z dziesiątką wyskakujących reklam, żeby dostać się do zdjęć nowych majtek aktualnie popularnej celebrytki, wyników ostatniego meczu oraz innych informacji z kraju i ze świata.

Ostrzeżenia o zbieraniu przez strony internetowe cookies, zamiast budować świadomość w społeczeństwie, szkodzą. Po kilkunastu takich komunikatach zamykamy je z automatu kląć pod nosem. Nie mamy zresztą i tak wyboru, bo rezygnacja z oddawania swoich ciasteczek administratorom wiąże się z koniecznością opuszczenia przeglądanej witryny – niemal każdej, skoro cookies zbierają niemal wszyscy, nie tylko do przygotowania lepszych reklam, ale też do np. analityki ruchu.

Teraz obserwujemy, jak twórcy przepisów kręcą śrubę internetowym sklepom z dobrami w formie cyfrowej.

Wszystko rozchodzi się o zapisy, które stanowią o konieczności umożliwienia użytkownikowi zwrotu zakupionego towaru przez dwa tygodnie od daty zakupu. Ponownie, jak w przypadku ostrzeżeń o cookies – wprowadzonych dla Dobra Naszego i Waszego – przepisy te mają w teorii chronić internautów. W praktyce jednak proces zakupu, dajmy na to ebooka, jest niepotrzebnie utrudniany.

Ustawodawca stwierdził bowiem, dbając oczywiście o tego mało rozgarniętego klienta, że prawo zwrotu towaru jest dla niego bardzo ważne. Dlatego teraz domyślnie przysługuje ono każdemu i jeśli użytkownik z niego rezygnuje, to musi to wyraźnie potwierdzić. To ma rację bytu przy handlu analogowymi przedmiotami, ale jak tutaj przenieść to w świat cyfrowy? Pomysłodawca nowego przepisu nie rozumie najwyraźniej, tak jak w przypadku cookies, internetowej rzeczywistości.

Nie jestem przecież w stanie zwrócić do sklepu kupionej książki w wersji cyfrowej, jeśli pobiorę ją na dysk z wirtualnej półki.

jak wydac ebook ksiazke

Okay, mogę to zrobić w teorii, ale z kolei sprzedawca nie ma żadnej gwarancji, że jak odda mi pieniądze, to ja plik grzecznie ze swojego dysku usunę. Wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że polski typowy cebulak kupowałby książki na potęgę, kopiował pliki na czytnik, a potem odbierał pieniądze – dumnie chwaląc się w sieci swoim sprytem i oszukiwaniem systemu.

Nie dziwi więc, że sprzedawcy dóbr elektronicznych zabezpieczają swój biznes. Rozwiązanie problemu konieczności wprowadzenia nierealnych do zrealizowania zwrotów zakupionych towarów drogą elektroniczną jest proste. Będziemy mogli zwrócić takiego ebooka (czy też grę na smartfona lub dowolną inną treść cyfrową) pod warunkiem, że… nie pobierzemy jej z serwera sprzedawcy.

Pobranie ebooka z półki wiąże się bowiem z rezygnacją z prawa do zwrotu.

Kupując teraz ebooka musimy zaznaczyć, że pobierając go zgadzamy się na to, że sprzedawca nie odda nam pieniędzy. To dobry układ, ale dlaczego, cholera, nie można takiego oświadczenia złożyć raz, tylko ma być ono wyświetlane przy każdym zakupie?

Zdaję sobie sprawę, że z internetu korzystają mniej lub bardziej rozgarnięci ludzie, ale nie oznacza to, że powinniśmy chronić osoby klikające wszystko co popadnie kosztem wygody średnio rozgarniętego internauty.

Lepiej nauczyć raz a dobrze, że dobra w formie cyfrowej są niezwracalne, niźli przenosić przepisy świata analogowego do sieci, gdzie nijak nie mają one praktycznego zastosowania.

Art. 38. “Prawo odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorstwa lub na odległość nie przysługuje konsumentowi w odniesieniu do umów: 13) o dostarczanie treści cyfrowych, które nie są zapisane na nośniku materialnym, jeżeli spełnianie świadczenia rozpoczęło się za wyraźną zgodą konsumenta przed upływem terminu do odstąpienia od umowy i po poinformowaniu go przez przedsiębiorcę o utracie prawa odstąpienia od umowy”.

Nie da się stworzyć systemu zwrotu ebooków, które użytkownik pobierze na dysk. W praktyce każdy w celu pobrania książki musi “wyraźnie zgodzić się” na rezygnację z prawda do zwrotu tak samo, jak na to nieszczęsne cookies do przeglądania witryny. A ta “wyraźna zgoda” jest, niestety, problemem i wyklucza np. proste płatności. Przypominanie o rezygnacji ze zwrotu przy każdym zakupie zniechęca do książki cyfrowej, która i tak już cierpi ze względu na wyższy podatek VAT.

W rezultacie rynek ebooków będzie się rozwijał wolniej, a sprzedawcy będą mieli trudniej związać koniec z końcem. Użytkownicy robiący często zakupy – nie tylko książek, ale też np. cyfrowej prasy – będą mogli zapomnieć o wygodnych płatnościach “jednym kliknięciem”. Za każdym razem trzeba będzie “wyraźnie” potwierdzać rezygnację z tego “prawa do zwrotu” i, co wnioskuję po zmianach jakie zaszły w polskich e-księgarniach, nie da się tego obejść jednorazową zgodą np. w profilu użytkownika.

Jako klient wolałbym, żeby ustawodawca przestał o mnie tak bardzo dbać.

Płatności jednym kliknięciem to genialny wynalazek. W połączeniu z ekosystemem usług Kindle to najwygodniejszy dziś dla przeciętnego czytelnika sposób nabywania i konsumpcji ebooków. Owszem, korzysta on z DRM, ale skoro czytnik jest produktem sklepu z największą bazą (anglojęzycznych) ebooków świata, to zabezpieczenia przed kopiowaniem nie są problemem.

To, że w Polsce wykształcił się rynek cyfrowej książki ze znakiem wodnym to oczywiście świetna sprawa i ma to wiele zalet. Niestety musimy pogodzić się z tym, że dystrybucja cyfrowa rządzi się swoimi prawami, i nabywając produkty w ten sposób o prawie do zwrotu w ogóle nie powinno być mowy, a cyfrowa dystrybucja nie powinna podlegać wprowadzającym problemy wyłączeniom.

Polski ustawodawca wylewa dziecko z kąpielą.

ebooki czytanie książki czytniki

Wymuszając kolejne kroki w i tak skomplikowanym już systemie płatności za ebooki wpycha mnie w objęcia… Amazonu. Zamiast płacić w złotówkach polskiej firmie za przetłumaczoną książkę od teraz jeszcze chętniej będę czytał to co się da w oryginale. I płacił Amazonowi, oczywiście w dolarach. Tak jest po prostu znacznie łatwiej, wygodniej i najczęściej… taniej.

Na koniec sprawdziłem, jaką objętość w jednej z popularnych polski e-księgarni ma “Informacja dla konsumenta przed zawarciem umowy”. Okazuje się, że teraz jest niemal o połowę dłuższa, niż przeczytany przez Was właśnie artykuł (!). Ustęp dotyczący “terminów zwrotu” to zresztą całkiem spora część takiego regulaminu. Ręka w górę, kto z Was przy zakupie ebooka takiego potworka przeczyta.

Ja tam wolałbym przeczytać pierwszy rozdział nowej książki…

Część grafik pochodzi z serwisu Shutterstock.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji