Gromka Drużyna – Tron opałowy, Część III

Blog Forum 03.12.2014
Gromka Drużyna – Tron opałowy, Część III

Gromka Drużyna – Tron opałowy, Część III

Rozróba, która wybuchła na całym obiekcie pseudosportowym, nie miała za wiele wspólnego z wychuchanymi manierami i przypudrowanymi nosami. Nawet jeśli ktoś chciał utrzymać fason, to skończył jako element nawierzchni, gdy spanikowany tłum nie raczył mówić co chwila „Przepraszam, przepraszam”. W takich przypadkach ludzka ciżba mogła być nazywana bydłem o niskim poziomie kultury osobistej.

A w tym wszystkim operowała Gromka Drużyna…

– Odcięli nas od Iwana! – Zagrzmiał Grum i grzmotnął na odlew jakiegoś strażnika, który wyleciał w powietrze niczym szmaciana lalka. Chłopak chciał zapewne uciec jak reszta ludzi, ale krasnolud uważał, że dla zasady trzeba mu przyłożyć za noszenie epoletów. – Stłuk, Ludołamacz! Wykonać!

– Nug, Szef. – Barbarzyńca był nie tylko świetnym wojownikiem, lecz mógł posłużyć jako specjalistyczny sprzęt ciężki, bojowy, budowlany lub transportowy. W tym przypadku chodziło o klasyczne rozjechanie ludzi swoimi stopami, które spokojnie mogły kopać piłkę nożną wykonaną z granitu lub stali, dodatkowo przyspawanej do podłoża. Ruszył. To, co zwykłym oddziałom prewencji zajęłoby dobre dwie godziny roboty, Stłukowi zajęło kilkanaście sekund. Fakt faktem milicja nie pozostawiała po sobie krwawej breji niezidentyfikowanego pochodzenia, ale chodziło o skuteczność, a nie estetykę. Oczywiście reszta uciekającej ludności omijała tę swoistą przecinkę, więc reszta Gromkiej Drużyny mogła ruszyć przed siebie, wybierając z ludzkich resztek różne kosztowności.

Po chwili, kiedy uzyskali dodatkowy przychód szabrowniczy, niezbyt zacni bohaterowie dotarli do placu pojedynkowego. Gorol i Obżeryn stali naprzeciwko siebie, oglądając wydarzenia toczące się wokół. Iwan rozbrajał i pakował do torby ekspres ciśnieniowy, który znajdował się przy jego stanowisku trenerskim. Gdy zobaczył Gruma i drużynę, oderwał się na chwilę od uczciwego kawałka roboty i zakrzyknął.

– Niezły burdel, nie?! Identycznie było w kantynie oficerskiej, jak kumpel z III Szwadronu „Zęby Teściowej, Twoja Mać!”, poszedł tam z odbezpieczonym granatem zapalającym. Tydzień bez dowództwa na jednostce i jedna wolna maszyna do nieautoryzowanych przelotów. To były czasy!

– Umarł król! – Po terenie areny przebiegł tubalny głos królewskiego lekarza, który miał jakieś problemy skórne, ale ogólnie nie brał za dużo w łapę.

– Niech żyje król! – Przy zwłokach przypadkowo zmarłego władcy stanął członek rodu Smarków. Był z deczka poprzesuwany chromosomalnie, ale przynajmniej zachował zdrowe kończyny. Najwidoczniej ktoś bawił się w dzięcioła nie przy tym drzewie, co należało. W każdym bądź razie ów człowiek już miał w łapach koronę.

Tłum zamarł. Jakie flaki? Jaka krew i zamieszki? Jaka rozemocjonowana panika? Ktoś chciał ewidentnie zagarnąć władzę, pieniądze i organizację najbardziej wyuzdanych imprez w mieście!

Członek rodu Smarków zmarł nagle na nadmiar żelaza w organizmie. Gdy żelazo, w postaci miecza, wyszło z jego ciała, do korony doskoczyli członkowie wszystkich pozostałych rodów. Doszło do kilku spoliczkowań, oszczerstw dotyczących pochodzenia czyjegoś majątku oraz gróźb, że nie zaprosi się kogoś na czwartkowy obiad w letniej rezydencji. Przepychanka miała niewiele wspólnego z kreacjami wartymi dziesięcioletnich zarobków średniozamożnego mieszczanina. Walka o koronę trwała dalej. Przynajmniej nie wykorzystano jeszcze armii, które miałyby się zabijać za czyjąś megalomanię.

– No, jak tak dalej pójdzie, to za godzinkę będziem najbogatszą drużyną w Rankingu, hyyy! – Grum już zacierał swoje brudne ręce, w wyniku czego formowały się między nimi czarne wałeczki. – Drużyna, dzisiaj stawiam po jednym piwku w jakiejś zapchlonej restauracji!

– Grumie, ale nadal nie rozwiązaliśmy problemu Tyłłona. – Szuracz wcinał właśnie jakąś zakoszoną z cateringu tartę z owocami. Pasek, zrobiony z liny konopnej, już ledwo dawał radę opinać szatę. A dietetyk mu mówił, żeby nie podjadał tyle słodkości, bo nabawi się cukrzycy. Jednakże jak tu nie jeść, gdy niziołek ciągle w stresie? – Gildia Skrytobójców nie da nam spokoju, pomimo że wytłukliśmy ich praktycznie do cna.

– To może by tak tego Gorola, myk!, w plecy kilka razy? – Krasnolud, pomimo zapytania, uznał, że to tylko kwestia formalności wykonawczej.

– Nie możemy, no! – Mag-niziołek starał się przemówić nie tyle do rozsądku dowódcy, lecz do jego nadwagi brzusznej. – To Obżeryn musi wygrać w pojedynku. Tak mówi prawo i nie przeskoczymy tego. Potem ktoś wytoczy proces cywilny i obciążą nas jeszcze kosztami sądowymi. A co gorsza, Tyłłona zetną i fabuła polityczna się grzmotnie. Znany nam Świat upadnie, legnie w gruzach, dojdzie do katastrofy koniunkturalnej, ludzkość i wszelkie inne rasy zginą w rozkwicie chaosu!

– Kosztami?! – Grum się zaniepokoił. To słowo było mu niemiłe, jak słowa „kąpiel”, „goblin wspólnik” czy „przepraszam”.

– Tak. – Potwierdził przerażony Szuracz.

– Nigdy! Bij, zabij go, Obżeryn!

***

Gorol i Obżeryn krążyli wokół, spoglądając na siebie jak dwaj przedstawiciele najniższej warstwy społecznej, którym został ostatni łyk wina wieloowocowego „Bożole de J’aboul”. Iwan, gdy zobaczył, że bitka idzie na nowo, oderwał się od rozmontowywania cholernie zaawansowanego technologicznie ekspresu i doglądał tego meczu towarzyskiego. Obżeryn wybrał…włócznię! Co on mówił temu bęcwałowi podczas treningów? Na krótko bydlaka, zero zabawy w wykwintne pojedynkowanie i machania wykałaczką nasączoną trucizną! Lać precyzyjnie bagnetem, gdzie popadnie! Wieczny szeregowy pilot cisnął czapką pilotką o ziemię i zapalił cygaro nasączone wysokooktanową benzyną. Wzrost ciśnienia zapełnił zapadające się, rozszerzone żyły i poczuł się lepiej.

– Uważaj, Obżer! – Krzyknął do swojego podopiecznego. – Nie zapominaj, że będzie cię miał w zasięgu miecza!

– Spokojnie! Panuję nad sytu…

Bryzg krwi i chluśnięcie flaków spowodowały dość gwałtowny finisz walki. Gorol użył swojego sekretnego ciosu „Ciche Rozp*****enie”*.

– Cholera. – Iwan zaczął już pakować manatki do swojej torby trenerskiej, którą nosił jedynie dla zasady. – Kolejna porażka w sezonie.

Obżeryn rozpadł się na pół, ale to było za mało, więc Gorol go jeszcze poćwiartował. Zawsze, gdy miał problemy z matematyką w szkole podstawowej, tata uczył go rachowania właśnie w taki sposób – „Jak rąbniesz w pionie i poziomie, to będziesz miał ćwiartkę na każdą stronę.” albo „Jak chcesz zabić jednego człowieka – to machasz raz mieczem. Jak dwóch, to dwa razy. I tak dalej, synuś”. Gorol chciałby, żeby tata mógł teraz oglądać jego wyczyny matematyczne względem Obżeryna, ale niestety odrąbał mu głowę podczas nauki całkowania.

– Jeju, jejuuu, Grumie! Obżeryn dostał! – Szuracz podbiegł do dowódcy, który własnoręcznie zdobył koronę, którą brutalnie nałożył na swój nowiuśki zrabowany szyszak. – Chyba już nie wstanie!

– Mówiłem! Ja zrobię, to nie! Grum nadpobudliwy, ale Grumiś – prawo!

– Grumiś Chrumiś, ja nic Ci nie mówiłeam! – Zaperzył(a) się Palacz. – Idziemy na pięterko?

– Gunwo! Dajcie mię minutkę i skoczymy na piwerko. Pokażę no zara, jak się robi bitki z przeciwnika.

Krasnolud wydoił do końca, zakupioną na czarnym rynku, butelkę bimbru z alabastru i stanął przed Gorolem. Odkopał na bok resztki dogorywających resztek Obżeryna i wyjął toporek strażacki, walnięty po pijaku z jakiejś remizy podczas nocnej przytupajki.

– No, dawaj, jeden na jednego! – Usłyszał kiedyś ten tekst od jakiegoś kretyna, wielkiego poszukiwacza przygód uzbrojonego w tonę artefaktów wartych miliardy ton złota, napotkanego w mieście Brota Waldura czy jakoś tak. Grum stwierdził, że fajnie jest mieć jakieś motto życiowe, więc zrobił z nim to, co robił ze wszystkim innym. Przywłaszczył je.

Gorol coś zaczął bredzić, ale przyłbica wytrzymywała uderzenia jego fal dźwiękowych. Chyba chodziło mu o zakończenie pojedynku w wyniku nokautu technicznego, ale Grum nie tolerował takich głupot. Bez pardonu wziął rozbieg, chociaż zmęczył się po metrze biegu, i przywalił z całej pary w pierś olbrzyma. Gorol sparował cios mieczem, ale klinga poszła w drzazgi, jak drzwi lepianki podczas szturmu Trollowych Oddziałuf Antytrerorystycznych. Zdziwiony, poczuł kolejne uderzenie w pancerz, ale toporek nie miał aż takiej mocy, pomimo obsługiwania go przez krasnoluda z olbrzymią siłą wzmocnioną alkoholem niebezpiecznym dla zdrowia i okolic. Gorol wyrwał z ziemi kamienną płytę i cisnął w Gruma. Ten rozbił ją z bezproblemowo z główki, ale korona nie przetrwała takiego natłoku bezmyślnej brutalności.

– Szmelc. – Rzucił Grum do kawałków złota, które i tak zamierzał pozbierać po zabiciu Gorola, i cisnął toporkiem w przeciwnika.

Olbrzym uchylił się, a zbroja wyraźnie zajęczała w wyniku powstałych przeciążeń rzeczywistości. Zajęczała jeszcze donośniej, gdy Gorol doskoczył do stojaka z bronią i chwycił w każde łapsko po bardzo dwuręcznym mieczu. Wykalibrował je kilkoma zamachami i ruszył w stronę Gruma. Krasnolud stał i czekał.

Gorol biegł.

Grum stał.

Gorol biegł jeszcze szybciej.

Grum ziewnął.

Gorol przebiegł nad Grumem, który jakoś przełknął zniewagę dotyczącą jego wzrostu. Wykorzystał zaskoczenie przeciwnika i wytrząsnął prostacki topór ze stojaka Gorola. Kolejna runda mogła zapowiadać się ciekawiej…

Krasnolud spokojnym krokiem zaczął iść w kierunku przeciwnika, który teraz przyjął postawę obronną. Grum w sumie nie miał pomysłu, jak porąbać taki kawałek opancerzonego mięsa, który wie, że miecz służy do zabijania, a nie codziennego czyszczenia. Postanowił zrobić to, co zawsze.

– Teraz, Stłuk! – Zakomenderował Grum i czmychnął za jakiś gruz w poszukiwaniu schronienia.

Błysnęło, huknęło i solidnie grzmotnęło. W miejscu, gdzie stał Gorol, unosił się wielki słup ognistego dymu. Barbarzyńca znowu zaliczył pierwszorzędne trafienie z podwieszanego moździerza górniczego. Grum wstał i już miał zamiar golnąć zwycięskiego Bimbru Zwycięstwa, gdy z tumanów kurzu wybiegł nadal żywy przeciwnik!

– O, a to ci psikus. – Krasnolud pogłaskał z czułością butelkę z alkoholem i odłożył ją w bezpieczne miejsce, czyli do swojej kieszeni. Wziął rozbieg w kierunku wroga.

Zderzyli się, dosłownie. W górę poleciały zęby, kończyny, kawałki metalu i skarpetka z dziurą na pięcie. W miejscu zderzenia rozbłysnęła supernowa, która zmiotła z powierzchni ziemi połowę miasta wraz z mieszkańcami. W wyniku miejscowego zapadnięcia się gruntu, otworzyły się wrota do II Poziomu Piekieł i na świat wypełzli Zombie-Urzędnicy**. W oddali już była widoczna przeolbrzymia fala tsunami wywołana trzęsieniem ziemi spowodowanym przez brutalne wejście Gruma w Gorola i vice versa.

Gdy wszelkie katastrofy przyrodnicze i metafizyczne zostały zażegnane, szybko powołany na własną rękę Rząd Tymczasowy zarządził uprzątnięcie całego bałaganu, odnalezienie Tyłłona Garnekustera i Gromkiej Drużyny. Przyszedł czas sądu i rzekomej sprawiedliwości, wymierzanej przez ludzi, którzy wcześniej zawodowo zajmowali się wynajmem powierzchni biurowych dla burdeli (Minister Polityki Socjalnej), nepotyzmem w administracji rządowej (Minister Administracji), podrabianiem legitymacji studenckich (Minister Szkolnictwa Wyższego) oraz handlem psim mięsem z przemytu (Minister Sprawiedliwości).

Wszyscy poszukiwani zostali odnalezieni na arenie. Wszystko legło w gruzach. Z rur, doprowadzających wodę pitną do miasta, ciekła szaro-brązowa maź, a po środku epicentrum leżała cała Gromka Drużyna oraz Gorol. Ten ostatni wyglądał mało żywo. Prawdopodobnie powodem takiego stanu rzeczy był brak obu rąk i głowy, ale ostatecznie prokurator wpisał w kartę zgonu informację o zderzeniu ze sprzętem górniczym. Grum natomiast podniósł się i zionął przetrawioną gorzałą. Wyziew zabił dwóch strażników na miejscu. Krasnolud stoczył się ze sterty gruzu i przyładował twarzą w ziemię. Zaczął śpiewać.

– Grumie Ostrzypalcu i wy, członkowie Gromkiej Drużyny – zaczął gadać przedstawiciel władz – jesteście oskarżeni o wzniecenie zamieszek, morderstwo króla, złamanie zasad tradycji Sądu Bożego, przywłaszczenie dóbr publicznych oraz prywatnych, zniszczenie miasta i tym samym wywołanie ogólnego chaosu, uszczuplenie zasobów rybnych w wodach przybrzeżnych, korupcję na szczeblu niższej i średniej administracji, bezrobocie, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, masowe uszkodzenie infrastruktury miejskiej, a także postawiono wam tysiąc innych pomniejszych zarzutów. W przygotowaniu są pozwy ze strony setek zacnych mieszkańców Portu. Czy chcecie coś powiedzieć, zanim was zakneblujemy i wywieziemy do zapchlonego lochu?

– Brryyyyyy! – Przywitał się Grum.

– Ja poproszę suchą celę. – Dorzucił od siebie, z nadzieją, mag-niziołek.

– Dla mnie leżaneczkę, kosz owoców i dwóch przystojniaczków do wachlowania. – Palacz poprawiał lakier na paznokciach.

– Gragh. – Stłuk sam nie wiedział czego chciał.

– Yrrrrrggghhhhhhheekhkhkekhkhk…hhrrrr. – … Wyrwitorb.

– Kawy…kawy…albo dobijcie. – Iwan był już w stanie agonalnym.

Niestety, strażnicy nie mieli tej wątpliwej przyjemności złapać aresztowanych za brudne i śmierdzące łachy. Zrobiło się nieznośnie gorąco, potem upalnie, a na końcu w ziemię uderzył słup ognia. Zjawisko to można było czasem zaobserwować, gdy jakiś anarchista wkradł się z zapalonym papierosem do składu amunicyjnego, ale wtedy słup ognia leciał w kierunku nieba, a nie na odwrót. Wszystko się wyjaśniło kilka sekund później, gdy na ziemi wylądował wielki, niczym biurowiec pełen orków z call center, smok. Z jego grzbietu zeszła zgrabna, seksowna i ładniutka blond panienka w ciuszkach ewidentnie wskazujących na stan rozbieralny. Strażnicy w odruchu ruszyli w kierunku przeciwnym i tyle ich widziano.

– W końcu jestem, Porcie! – Kobieta przespacerowała się zgrabnie po wszędobylskich trupach i patrzyła na zrujnowaną zabudowę stolicy. – Co tu się stało?

– Aaaa, koparka rozwaliła rurę z gazem. – Rzucił Grum.

– Rurę z gazem? – Zdziwiła się kobieta. – Co to jest gaz?

– Wiele tłumaczyć, sze pani. A pani to kto, za przekurwaproszeniem?

– Jestem Denverys Targajgraj, prawowita spadkobierczyni korony…

– Tej korony? – Grum wskazał na walające się wszędzie resztki królewskiego emblematu władzy.

-…tttaaak. Przybyłam, aby odebrać nikczemnikom to, co moje i nie zawaham się spalić każdego durnia oraz drania, który stanie mi na drodze…

– Chciałbym zauważyć, madame – wtrącił się Palacz – że każdy z nas oficjalnie odebrał wykształcenie, fakt że pogubiliśmy dyplomy, a niektórzy skończyli jedynie szkołę życia. Do tego jesteśmy porządnymi obywatelami. Właśnie pomagamy w odbudowie miasta.

-…yyyhhh, mhm. I zniszczę do cna wszystkie rody, które spowodowały chaos w tych krainach!

– My już zrobić część. Bez problem. Nie dziękować, ty. – Stłuk przerzucił na stos resztę rodowych ciał, które Wyrwitorb wcześniej skutecznie oprawił ze świecidełek.

Denverys spojrzała na wszystkich zebranych i uśmiechnęła się.

– Dziękuję, panowie i…panie? – Jej wzrok uchwycił uradowane skinienie Palacza. – A teraz wybaczcie, ale mam połowę Świata do spalenia. Pikuś, lecimy.

Smok poderwał do lotu swoje przepotężne cielsko, chwycił i zarzucił swoją panią na grzbiet. Gromka Drużyna patrzyła, jak smok lata nad Portem, wypluwa z siebie gigametry sześcienne żywego ognia w stronę bezbronnego wręcz miasta, które do nocy miało zamienić się w rozszczepione atomy.

– Fajna zabawka. – Rzucił Iwan. – Ciekawe, ile pali?

———————————————————————————–

*Nikt do dzisiaj nie rozszyfrował tej umyślnej cenzury w nazwie, a sam Gorol miał to w dupie. Niektórzy apolityczni myśliciele samorządowi stwierdzili, że, zgodnie z protokołem dyplomatycznym izb najniższych rządu, jest to „Rozpatrzenie”.

**Zebrali oni krwawe żniwo wśród magnatów, którzy nie złożyli na czas oświadczeń podatkowych za zeszły rok obrotowy.

Dołącz do dyskusji

Advertisement