Moja “podróżnicza trójca”, czyli elektronika, którą wkładam do plecaka zaraz po paszporcie

Artykuł/Singapur 29.12.2014
Moja “podróżnicza trójca”, czyli elektronika, którą wkładam do plecaka zaraz po paszporcie

Moja “podróżnicza trójca”, czyli elektronika, którą wkładam do plecaka zaraz po paszporcie

Nie mógłbym podróżować bez swojej elektroniki. Telefon, mały laptop, dobry aparat – to coś bez czego nie ruszałem się z Singapuru. Pierwsze kroki na lotnisku to kupno nowego SIM-a z pakietem danych, a pierwsze pytanie w hostelu to czy WiFi nie jest na korbkę.

Podróżowanie bez bez żadnej z elektronicznych “smyczy” ma swój niepowtarzalny urok – można się zgubić pośrodku zupełnie nieznanego terenu i ruszyć przed siebie czując w kieszeni bilet na niezapomnianą przygodę.

Bywa jednak, że uczucie to więdnie jak ogródek Adonisa, zamieniając się we frustrację i strach, że ucieknie nam samolot do domu.

Niesamowicie jest zdjąć z siebie wszystkie kajdany założone przez zachodnią cywilizację, ale z mojego doświadczenia wynika, że bardziej pomagają one w podróży niż niszczą jej atmosferę.

 
A dodatkowo można nimi nagrać taki filmik jak powyżej.

Spróbujcie tylko odnaleźć się wśród dziwnie i zupełnie nieracjonalnie oznakowanych (na pierwszy rzut oka) ulic Phnom Penh bez GPSu. Dowiedzcie się jakie atrakcje znajdują się dosłownie kilka kroków od prowincjonalnego, filipińskiego hostelu, którego obsługa z językiem Szekspira ma tyle wspólnego co spluwanie miejscowym narkotykiem – momą, z savoir vivrem; a jest przecież aplikacja Travel Advisor.

Poniżej znajdziecie moją “podróżniczą trójcę”, którą wkładam do plecaka zaraz po paszporcie.

Laptop

Czas na pracę znajdzie się zawsze. Szczególnie w podróży. Szczególnie w Azji Południowo-Wschodniej.

Spóźniające się autobusy i pociągi, odwołane samoloty czy przewodnicy zapominający o umówionych godzinach – to wszystko codzienność.

W birmańskim Bagan przyszło mi w połowie listopada czekać 3 godziny na busa do Yangun, bo na jego wcześniejszej trasie zerwała się potężna wichura, która złamała drzewo i zablokowała ruch drogowy.

 
Mimo, że podróż ze stolicy Filipin – Manili do położonej na północ, wśród łańcuchów górskich Sagady trwać powinna 12 godzin (w dwóch rozdygotanych ja wahadło Foucaulta busach), to z mojego życia zabrała jeszcze 2 godziny więcej. Kierowca po prostu zatrzymywał się na każdym przystanku i czekał na spóźnionych pasażerów, nie zwracając uwagi na godziny wpisane w rozkładzie. Mniej ludzi, to przecież dla niego mniejszy zysk.

W stolicy Tajwanu czekałem zaś na dworcu kolejowym godzinę dłużej niż zakładałem, bo… przegapiłem odjeżdżający pociąg, mimo, że siedziałem na ławce przy samych torach. Tak zagadałem się ze studiującą na miejscu koleżanką, że nie zauważyłem, że zmieniły się sektory, w których zatrzymuje się skład, a ogłoszenia w języku chińskim rozróżniam w stopniu podobnym jak wyraz twarzy Nicolasa Cage’a w jego ostatnich filmach.

Guma czy cukierek – wybór docenia tylko mieszkańcy Singapuru 😉 #singapore #singaporeKK

A photo posted by Karol Kopańko (@karolkopanko) on

 
Cóż wtedy robić? Maciupeńkie kółka zębate w zegarku zatapiają się kleistej, spowalniającej cieczy, localsi stają się pedantycznie zajęci swoimi obowiązkami, a i okolica w momencie odjazdu już jakoś powszednieje.

Można wyciągnąć laptopa i zacząć notować wszystkie niesamowite przygody, wnioski z ciągnących się do późnej nocy dyskursów i zaskakujące obserwacje – wszystko w czynie społecznym, dla dobra przyszłych pokoleń podróżnych!  

Na początku (pierwsze wyjazdy do Malezji i Indonezji – podwójne) podróżowałem z towarzyszącą mi od startu studiów świetną maszyną swoich czasów, którą dziś podgryzł już nieco krzemolubny ząb czasu – Lenovo Y580. 2,5 kg laptopa + okablowanie i omyszkowanie – niby nie tak dużo, ale:
– to 1/3 bagażu podręcznego Malaysia/Asia Airlines i 1/4 JetStara/Tiger Airlines
– ryzyko utraty zapisanych plików z podatnego na wstrząsy dysku HDD
– 15,6 cali ekranu, który nigdy nie rozłoży się pod optymalnym kątem w samolocie czy autobusie – siedzenie z przodu zawsze będzie blokowało jego
– dodatkowy ciężar dla placów w czasie transportu do hostelu W zamian dostajemy oczywiście pełnoprawną stację roboczą, do przetwarzania filmów i zdjęć, która w skomplikowanym szablonie WordPressa nie ma prawa zaciąć się ani na sekundę.

Dzisiejsza wygrana #pendrive #8gb #asus

A photo posted by Karol Kopańko (@karolkopanko) on

 
Laptop świetnie sprawdził się w miejscówkach takich jak Tioman (urocza malezyjska wyspa), gdzie robiłem kurs nurkowania, a wyciągałem go z szafki tylko po zajęciach, kiedy nie relaksowałem się na plaży i w Yogyakarcie, gdzie zostawiałem go w domu znajomych, polskich studentów (również exchange’ów), a sam co dnia wybierałem się na jednośladowe eskapady do położnych nieopodal świątyń i na stoki wulkanu.

Gorzej było już niestety w kontynentalnej części Malezji, gdzie niemal cały czas przemieszczałem się z miejsca na miejsce z całym dobytkiem. Dlatego właśnie na promocji wyhaczyłem…

Chromebook

Sprzęt idealny do podróży nawet w swojej najbardziej prymitywnej wersji – pochodzącej z fabryk Koreańskiego Samsunga z początków 2013 roku. Co mnie w nim tak urzekło?

– lekkość – 1 kg – komentarz jest zbędny, niech przemówią ramiona

– czas pracy na baterii – 7 godzin z zegarkiem w ręku, bez żadnego oszukiwania. Wreszcie mogłem zapomnieć choć na moment o konieczności podłączania laptopa do gniazdka

– wygodna klawiatura – mimo małych rozmiarów, daje radę, a po przyzwyczajeniu pisałem na niej nawet szybciej niż na tej pełnowymiarowej Lenovo. Brakuje mi bardzo tylko kilku klawiszy, do których wcześniej bardzo się przyzwyczaiłem – Home, End i działającego jak prawy przycisk myszki. Kursory to niestety śmiech na sali

– touchpad – nie wiem jak Samsung to zrobił, ale jego chromebook jest pierwszym laptopem, którego bez zgrzytania zębami mogę obsługiwać bez mysz

Aby nie było tak słodko to trzeba chromebookowi oddać, że do zwykłego laptopa z Windowsem z możliwościami się nie umywa.

– ekran – mimo wygodnych w transporcie 11,6 cala, jego jakość porównałbym do tabletów sprzedawanych w Biedronce kilka lat temu

– chcesz zrobić cokolwiek innego niż pisanie, albo oglądanie filmów/zdjęć – zaczynają się schooooodyyyyy – przycinanie, rozmyślanie, dyskusje procesora z samym sobą i sporadyczne awarie

– nie masz Internetu – większa część funkcjonalności chromebooka umiera

Chciałem maszynę do pisania, której nie będę bał się wrzucić do plecaka opakowanej w folię bąbelkową. Nawet jeśli – nie daj Boże – stałoby się jej coś podczas transportu, albo ktoś by mi ją po prostu ukradł, to żal też nie byłby porażająco wielki.

Czasami chciałbym wszystko zamienić na Aira, ale jego cena wciąż zabija...
Czasami chciałbym wszystko zamienić na Aira, ale jego cena wciąż zabija…

Dlaczego? Ano chromebooka kupiłem w wersji refurbished, co oznacza, że ktoś go wcześniej zwrócił do sklepu i dostał zwrot pieniędzy lub inną jednostkę. W tej wcześniejszej wymieniono jednak felerną część i całość po wielokrotnych testach została ponownie dopuszczona do sprzedaży. Niby ryzyko awarii jest większe, niby nie jest to sprzęt nowy, ale kosztował mnie zaledwie 500 zł.

Aparat

Najlepiej podróżuje się z lekkością. Widać to zdecydowanie po ludziach, którzy nie mają aspiracji do zabawy z lustrzankami i ich obiektywami w podróży. Sam na wielu takich, obładowanych torbami patrzyłem ze szczerym współczuciem.

To samo uczucie nie opuszczało mnie kiedy turyści wyciągali swoje iPhone’y w ciemnych, wietnamskich tunelach Cu Chi, aby uwiecznić swoje mocowanie się z podkopami mierzonymi na azjatyckie, nie europejskie ciała. Później ich znajomi mogli na fejsbuku wysłać dowody uznania zaraz pod radosnymi efektami twórczości algorytmów odszumiających i rozmazanych twarz…

Dobry aparat to podstawa udanej wycieczki. Gwarantuje, że wspomnienia pozostaną żywe na jeszcze dłużej. A jeśli dodatkowo chcesz zdjęcia prezentować przed publiką szerszą niż imieninowe zgromadzenie babci Stefanii to prawdziwy musthave.

 aparat

Przed swoim zakupem konsultowałem się z wieloma specami od fotografii, m.in. z nieocenionym Marcinem i wspólnie doszliśmy do wniosku, że najlepiej nada się Sony NEX-5TL. Wtedy sprzęt kosztował ok. 2 tys. złotych, ale zwrócił się już podczas pierwszej sesji.

Zdjęcia są naprawdę świetnej jakości i jeśli coś na nich szwankuje to tylko ze względu na osobę naciskającą spust. Do tej pory robiłem zdjęcia na tylko na automacie i sukcesywnie uczę się samodzielnego babrania w ustawieniach, tak aby zdjęcia nie zepsuć.

Aparat jest idealnie wykonany, dobrze trzyma się w ręce i nie straszne mu przerzucanie się w plecaku i kurz. O to drugie bałem się dość mocno kiedy z indonezyjskiego wulkanu Merapi musiałem przeskakiwać pomiędzy ciężarówkami wiozącymi cement po piaskowej drodze.

Idealnie do nagrywania vlogów (zobaczycie ich więcej podczas relacji z podróży) nadaje się ekran obracany o 180 st., a oba mikrofony umieszczone z przodu konstrukcji zadowalająco zbierają dźwięk. Oceńcie zresztą sami poniższy filmik.

Z dźwiękiem wiąże się niestety największa wada urządzenia. Sony zastosowało w nim swój unikalny port przez co wybór zewnętrznych mikrofonów przypomina bogactwo możliwości w spożywczaku za komuny.

Podczas wypadów do Birmy i na Tajwan miałem ze sobą także GoPro i choć do robienia zdjęć nadaje się jak długie spodnie do Azji Południowo-Wschodniej, to filmy kręci niesamowite, a na dodatek daje maksimum zabawy podczas filmowania.

GoPro przydało mi się w czasie festiwalu balonów nieopodal jeziora Inle, kiedy mogłem z kamerą wejść do środka podgrzewanego balonu i nagrać niesamowity materiał z miejsca, gdzie temperatura pozwalała na gotowanie jajek na twardo. Inny przykład – Tajwan i niebezpieczny szlak Taroko (musisz dostać zgodę Policji i władz Parku Narodowego, aby wkroczyć na jego trasę). Kiedy ścieżka zwęża się do jednego metra, po prawej masz skały do nieba, a po lewej głęboką na 2 km przepaść, to palce dziwnie zdradziecko zaczynają się pocić na korpusie zwykłego aparatu.

Telefon

>Na koniec zostawiłem najważniejszy element układanki – GPS, multum podróżniczych aplikacji, INTERNET i awaryjny aparat (czasami zdjęcia wychodzą “jak z National Geographic” – zerknijcie tylko na główny obrazek tego wpisu!).

 
Obecnie korzystam z Nexusa 5, który pasuje mi praktycznie pod każdym względem, a szczególnie:

– rozmiar – w korporacji kieszenie podlegają procesowi inflacji; w podróży jest inaczej, nie wszędzie da się włożyć Note’a 3 czy iPada mini. 5 cali jest w sam raz, aby telefon zmieścił się z niewielkiej podróżnej torebce, jak i każdej kieszeni

– czysty Android i jego szybkość

Niestety projektantom Nexusa należą się srogie baty za zdecydowanie się na baterię o pojemności zaledwie 2300 mAh.

 
Kiedy w tle działa kilka aplikacji, a my aktywnie przeglądamy Facebooka i przełączamy się pomiędzy mapami, to licznik baterii leci na łeb, na szyję. Dosłownie można obserwować jak zmieniają się cyferki pokazujące jej stopień naładowania.

Rozładowany smartfon to najgorsza rzecz jaka może przytrafić się w podróży.

W następnej części cyklu skupię się na mniejszych urządzeniach, takich jak np. power banki, które czasami naprawdę potrafią uratować skórę.

Dołącz do dyskusji