Uber to jednak zło. Chcą grzebać w cudzych brudach, więc wywalam ich aplikację

Felieton/Biznes 19.11.2014
Uber to jednak zło. Chcą grzebać w cudzych brudach, więc wywalam ich aplikację

Uber to jednak zło. Chcą grzebać w cudzych brudach, więc wywalam ich aplikację

Do tej pory starałem się raczej bronić Ubera. I wciąż uważam, że z punktu widzenia klienta-pasażera oferują usługę, która o głowę bije wszystkie inne tego typu aplikacje. Prostota i wygoda tego rozwiązania to ogromne atuty, które Uber ma w ręku. Niestety, firma Kalanicka ma także i swoją ciemną stronę.

Teoretycznie, Uber ma wszystko. Świetny produkt i prawie nieograniczony dostęp do kapitału, co pozwala mu zyskiwać ogromną przewagę nad konkurencją w niemal każdym aspekcie. Firma Kalanicka ma zasoby, żeby prowadzić wojnę cenową dopóki nie zajedzie konkurencji. Może cały czas inwestować w technologie, dopracowywać już istniejące funkcje i budować kolejne. Ma środki na to, żeby przyciągać najlepszych pracowników.

Jeszcze do niedawna Uber miał także bardzo dobry PR, napędzany tylko swoją aplikacją. Wszystkie media jakkolwiek związane z biznesem czy technologią pisały o „uberyzacji” naszego życia w pozytywnym kontekście. Dzięki Kalanickowi i jego firmie miał zacząć się trend na dobrze zaprojektowane i wygodne usługi. Wszystko miało być takie piękne i nowoczesne.

Teraz jednak, hasło „uberyzacja” coraz bardziej kojarzy się z czymś zgoła odmiennym.

Robienie biznesu w stylu Ubera to nieustająca wojna cenowa, w której wygrani to klienci i sama firma, ale jej ofiarami padają inne spółki technologiczne oraz mniejsi bądź więksi przedsiębiorcy w postaci taksówkarzy i ich korporacji.

„Uberyzacja” to także początkowa pomoc w zaciąganiu kredytów przez kierowców na drogie, w zakupie i utrzymaniu, samochody i późniejsze drastyczne obniżania ich zarobków poprzez odgórne dictum niepodlegające negocjacji. Chodzi o słynną sprawę z kierowcami Uber Black – mają dostarczać najwyżej jakości usługi, ale za psie pieniądze. W Polsce jeszcze nie możemy korzystać z Blacka.

To również cała przemyślana kampania podkopywania i szkalowania konkurencji. Uber ma specjalny plan jak wygryźć z rynku Lyft. Pewnie każda firma ma opracowaną strategię radzenia sobie z rywalami, ale nie wszystkie są takie złowieszcze.

uber

Pod szyldem „uberyzacji” można także zmieścić inwigilację dziennikarzy.

A właściwie nie tyle po prostu inwigilację, co zwyczajne grzebanie w brudach tych, którzy ośmielą się napisać o Uberze nieprzychylnie.

Do tej pory, blogerzy i dziennikarze zachwycali się firmą Kalanicka. Poniekąd trudno się nam dziwić, tak ja też należę do grona zachwycających się, ponieważ wciąż ich aplikacja to najlepsza dla pasażerów aplikacja do zamawiania miejskich przejazdów. W Polsce Uber cierpi jeszcze na choroby wieku dziecięcego, ale przecież każdy z nich wyrasta. O ile wcześniej go one nie zabiją, rzecz jasna.

Ale teraz coraz trudniej jest zachwycać się Uberem. Skoro jeden z topowych menedżerów firmy mówi, że jego firma może spokojnie przeznaczyć milion dolarów na to, żeby wygrzebać prywatne brudy krytyków i pokazać je publicznie to nie ma tu już mowy o firmie, która w pozytywny sposób rewolucjonizuje nasze życie.

Od teraz można raczej mówić o startupie na sterydach, dostarczanych m. in. przez Google Ventures i inne kluczowe fundusze inwestycyjne z Doliny Krzemowej, który tak przypakował na siłowni i przyjął tyle koksu, że całkowicie odleciał od rzeczywistości.

Uber, jak większość firm technologicznych, wie o swoich użytkownikach bardzo dużo. Kalanick i jego podwładni mogą nas w nieskończoność zapewniać, że nie mają zamiaru ingerować w czyjąkolwiek prywatność. Problem polega jednak na tym, że Uber MA dostęp do danych, które może spokojnie wykorzystać do profilowania użytkowników i ich inwigilacji, ale DEKLARUJE, że ich nie wykorzystuje.

Klasyk. Kalanick ma w ręku brzytwę, ale mówi, że chce nam dać cukierka, a nie poderżnąć gardło. Do tej pory byłem skłonny nawet w to wierzyć, ale teraz? Nie.

taxi uber mytaxi itaxi

Bloger John Gruber świetnie podsumował całą sytuację pisząc, że wygląda na to, że Richard Nixon wstał z grobu i jest teraz CEO startupu. Porównując to do polskich warunków, wyobraźmy sobie, że Antoni Macierewicz zostaje szefem iTaxi czy myTaxi. Nagle okazało by się, że wszyscy krytycznie piszący o jego aplikacji blogerzy i dziennikarze to nikt inny jak ruscy agenci.

Sprawa robi się dla Ubera o tyle beznadziejna, że Travis Kalanick oficjalnie uznał słowa swojego wiceprezesa za „niewłaściwie”, ale nie ma zamiaru go zwalniać. Co to może oznaczać? Może to, że CEO Ubera nie podobała się forma wypowiedzi, ale nie ma nic przeciwko jej treści, czyli ingerowaniu w życie prywatne ludzi mediów? Tak to można odbierać.

Przykro mi to pisać, ale Uber to jednak zło. Minusy właśnie przeważyły plusy. Ich aplikacja znika z mojego smartfona.

*Część grafik pochodzi z serwisu Shutterstock.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji