Ogrodnik January: Za co kochamy RPG?

Felieton/Gry 21.11.2014
Ogrodnik January: Za co kochamy RPG?

Ogrodnik January: Za co kochamy RPG?

Wśród bezliku gier komputerowych, rujnujących nasze zdrowie, życie prywatne i relacje rodzinne, epickie produkcje RPG można śmiało uznać za najdoskonalszy sposób marnowania czasu. To rozrywka królów i istne śniadanie mistrzów w świecie elektronicznych fastfoodów. Nie tylko ze względu na bogatą oprawę wizualną, ale głównie z powodu dostępnej swobody działania i otwartości świata gry.

Jeśli trzymać się porównań kulinarnych, RPG to szwedzki stół na wakacjach all inclusive, podczas gdy większość gier przypomina albo pojedynczą wstążkę spaghetti ze znanym początkiem i zakończeniem, albo czekanie na wezwanie po leniwe do okienka w barze mlecznym. Tylko w świecie RPG można odetchnąć pełną piersią (lub obiema, jeśli nie gracie postacią amazonki) i skierować rumaka tam, gdzie dusza zapragnie. Ale najpierw trzeba jakoś wyglądać…

Tworzenie postaci to w przypadku niektórych RPG jeden z najatrakcyjniejszych etapów gry.

Gdy tylko mam możliwość pobawić się fizjonomią bohatera, zazwyczaj wychodzi mi coś przypominającego ofiarę Międzyszkolnych Zawodów w Chirurgii Plastycznej. Wyłupiaste oczy Jasia Fasoli z brwiami na wysokości zastrzeżonej jedynie dla Martyny Wojciechowskiej, nos Michaela Jacksona skomponowany ze szczęką Hulka Hogana i uszy po nietoperzu – to u mnie zestaw standardowy.

Do tego dochodzi fantazyjna fryzura typu „piorun w rabarbar” albo coś w rodzaju Wiedźmina po ataku Wiewiórek. Efekt jest taki, że nawet w pełnym hełmie z przyłbicą jestem w stanie wystraszyć każdego NPC-a. Są też ewidentne korzyści – w ogniu walki nie mam problemu ze zlokalizowaniem swojej postaci.

Niektórzy z nas wprost uwielbiają przebieranki. Nie tylko w realu. W przeciwieństwie do FPS-ów, gdzie raz przydzielony mundur i wąsy nosimy przez całą kampanię, RPG daje okazję nie tylko do zabawy z ciuchami, ale nawet do zmiany rasy albo płci, co może być dla niektórych graczy wielce kuszące. Gdzie jak gdzie, ale w RPG postaci kobiece prezentują się niezwykle interesująco.

Jeśli wierzyć pensjonariuszom Domu Spokojnej Starości „Dungeons & Grumpy Dragons”, nie ma przyjemniejszego widoku, niż płatająca orków na talarki dwuręcznym mieczem, dobrze zbudowana heroini w ręcznie kutym biustonoszu i majtkach z kwasoodpornej stali. A przy okazji można sobie zafundować odrobinę perwersji – wystarczy zainstalować odpowiedniego moda, żeby poganiać po mieście całkiem na golasa jako cycata mroczna elfka czy troll z budzącym popłoch kamiennym przyrodzeniem.

rpg książka władca pierścieni

Tym, co niezwykle przyciąga w grach RPG, jest swoboda działania. Choć najchętniej grywam w ekonomiczne RTS-y i inne Cywilizacje, o strategiach wojennych nie wspominając, to uwielbiam zagłębiać się w świat RPG dla jego otwartości i nieliniowości. W strzelankach nie ma takiego luksusu. Gdy zza węgła wyjeżdża szwabski SturmTiger, to nie ma przeproś – trzeba go załatwić tu i teraz, tym co jest pod ręką, bez grzebania w sakwie i zastanawiania się, czy najpierw wypić Miksturę Widzenia Przez Pancerz, czy może raczej rzucić na pancerfausta zaklęcie Perwersyjnej Penetracji?

Wszyscy dookoła krzyczą coś po niemiecku i nie zamierzają czekać, aż przebierzesz się w Szatę Pogromcy Teutonów. Nie można się rozmyślić, odłożyć zadania na później i teleportować do karczmy na garniec okowity, a potem spędzić miły wieczór z seksowną Nordką. No i nie sposób załatwić sprawy inaczej, niż przez brutalną przemoc. Czy w jakiejś strzelance udało wam się kiedyś dogadać się ze szkopami i przekupić obsługę CKM-u w bunkrze?

A propos broni i jej udoskonalania – to też niebywała frajda w RPG. Owszem, czasem wolę klarowne sytuacje – w strzelankach mogę sobie ganiać w pięknych okolicznościach II Wojny z jedną giwerą i gromić faszystów, ale jedyne na co można tu liczyć, to podwójny magazynek albo lunetka celownicza. Ot i cała magia. Gdy jednak znudzi mi się wierny kałach czy zdobyczne StG 44, z przyjemnością zmieniam grę i sięgam po Dębowo-Kompozytowy Łuk Gajowego Maruchy, który po potraktowaniu magią i częściami zamiennymi z Hogwartu zamienia się w najpotężniejszą broń dystansową od czasu wymyślenia trebuczetu.

Fantazja w tworzeniu i nazywaniu broni bardzo się przydaje. Jeśli tylko dysponuje się odpowiednimi składnikami, można jak McGyver zrobić coś z niczego. Zwykła gazrurka zmienia się w Ręczny Czaszowy Wzmacniacz Uderzenia, którym można łupnąć wroga w czerep. Grunt to dobra nazwa. Jeśli uda ci się rzucić dobre zaklęcie na kawał drewna i nazwać go Mroczną Sztachetą Przeznaczenia, to sukces jest gwarantowany.

Poza bronią zazwyczaj tachamy ze sobą całą skrzynię gustownej odzieży i przydatnych gadżetów. Muszę przyznać, że mało co tak mnie wkurza jak ciuchy w RPG.

Gdyby nie konieczność ochrony genitaliów przed skorpionami, mątwami i kretoszczurami, moja postać ganiałaby zapewne w samych kalesonach i z mieczem w garści. Niestety, porządna zbroja to mus. Chyba, że grasz postacią z 40 palcami, na które można poutykać wszystkie znalezione pierścienie odporności na strzały, miecze i lodowe kule. Niestety, w praktyce trzeba mieć ciuch na każdą okazję, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Wciskanie na łeb Futrzanej Czapki Charyzmy, żeby dostać kredyt w cyrodilskim SKOK-u, strojenie się w Pludry Łotrzyka, pozwalające skradać się w biały dzień, albo zakładanie w upał Togi Dilera Używanych Samochodów dodającej +5 do handlu uważam za obciach i stratę czasu. Na cholerę dźwigać w dobytku więcej ciuchów niż szafiarka wyjeżdżająca na wakacje i przekopywać się przez stertę szmat za każdym razem, gdy trzeba coś załatwić na mieście? Wolałbym to zrobić szybko i bezpośrednio, na przykład Maczugą Ostatecznej Perswazji…

Choć bałagan w ekwipunku na ogół przypomina pojemnik PCK na używaną odzież po nalocie bombowym, jedynym co może osłodzić konieczność przebieranek, są przeróżne, starannie zgromadzone cudeńka, których znaczenie w grze wprost trudno przecenić. Weźmy dla przykładu Slipy Gandalfa dodające +10 do many, Pingle Swarożego Widzenia z noktowizorem 360 stopni czy Złoty Pierścień Spodziewania Się Hiszpańskiej Inkwizycji, które w niejednej sytuacji mogą uratować życie. Jak się bez nich obejść?

rpg kostki gry

Rozwój postaci w RPG to cała epopeja i dla niejednego z graczy skuteczne antidotum na różne życiowe niepowodzenia. Zaczynając od postaci chłopca stajennego w poszarpanych gaciach, można po pewnym czasie i przy odrobinie treningu stać się skaczącym na trzy metry w górę mistrzem podwójnej katany ze skillem Wyrywania Lachonów na poziomie 90 i umiejętnością przywołania Wyliniałego Borsuka Chaosu, co leczy kompleksy o wiele skuteczniej, niż przebrnięcie całej kampanii w Ardenach jako kapral Johnson.

Kształtowanie mocy bohatera przez różne skille, perki i atrybuty pozwala jednym palcem gromić wrogów, choćbyśmy mieli posturę zasuszonego dziadka, a w dzieciństwie byli na każdej szkolnej przerwie topieni w kiblu. W grze RPG możemy wziąć odwet za wszystkie czasy. Wprawdzie nie mamy gwarancji, że Kostur Natychmiastowego Zatrzymywania Tramwaju okaże się skuteczny w realu i czy nie przypłacimy tego zbieraniem kończyn na torach po przejeździe 18-tki, ale wszak po to kupujemy komputery, żeby uciec od szarej rzeczywistości i podejmować najdziksze wyzwania.

Ano właśnie… Zadania, misje, questy… Choć są niezbędne, bo napędzają fabułę i nabijają punkty doświadczenia, to chwilami bywają naprawdę wkurzające. Jak można traktować Lokalnego Herosa i Zbawcę Świata jak chłopca na posyłki i ganiać go do lasu po jakieś kretyńskie ziółka na przeczyszczenie dla starej wiedźmy, która w zamian powie nam, gdzie możemy znaleźć brakujący fragment pamiętnika, który wskaże nam drogę do magicznego kamienia, gdzie o północy w blasku księżyca odczytamy wskazówkę, jak zrobić z łoju trolla smar do zawiasów w zbroi, żeby nie skrzypiały, kiedy będziemy się skradać przez jaskinię orków do skrzyni, w której są zwoje z zaklęciem lewitacji, dzięki której dostaniemy się na szczyt niedostępnej góry, gdzie zdobędziemy smocze jajo, z którego – po odbyciu równie nużącego questu i zdobyciu Przepisu Babci Genowefy, ukrytego w głębinach krasnoludzkiej kopalni – zrobimy sobie omlet, dający nam +1 do udźwigu. A nie prościej byłoby zamówić kurierem proteinową odżywkę ze sklepu magicznikulturyści.com i zapłacić złotem przy odbiorze?

Postacie NPC w grach RPG to kolejna nie kończąca się opowieść.

Nigdy nie wiesz, na kogo trafisz i jak się zachowa. W przeciwieństwie do liniowych strzelanek, gdzie zawsze w tym samym miejscu cierpliwie czeka na rozwałkę znajomy bunkier pełen szkopów z MG 34 albo ukryty na dachu arabski terrorysta z ruskim RPG, w prawdziwym RPG możesz mieć po prostu pecha i trafić na sklep z miksturami zamknięty z powodu remanentu albo kontroli NIK. No i szukaj tu teraz właściciela po całym mieście… Na dodatek wcale nie wiadomo, czy odnaleziony w dzielnicy rozpusty sklepikarz będzie chciał z tobą handlować, gdy wcześniej popsujesz sobie reputację strzelaniem z kuszy do dzieci. A co najgorsze – w przeciwieństwie do FPS-a, zabicie handlarza wcale nie gwarantuje przejścia do dalszej części gry…

smok rgp gry

Tak jak w życiu, można w grze trafić na NPC-a, który w napadzie złego humoru okaże się prawdziwym upierdliwcem i wyśle cię w jakieś cholerne podziemne labirynty. A tam trzeba będzie przejść całą trasę, pogmatwaną jak wąż rozdeptany przez pielgrzymkę, i na każdym skrzyżowaniu tłuc szkielety młotkiem, aby dorwać wreszcie tę cholerną okutą żelazem skrzynię w ostatniej piwnicy. A wtedy okazuje się, że nie masz przy sobie wytrycha…

No, ale misja musi zostać zakończona, więc gdy już nadludzkim wysiłkiem otworzysz skrzynię, zazwyczaj jest w niej bezwartościowa Mikstura Na Pryszcze i bogato Zdobiona Szata Nocnego Ekshibicjonisty, którą trzeba dostarczyć śliniącemu się zleceniodawcy questa.

Za to w nagrodę można otrzymać takie cacko, jak Spis Wszystkich Miejscowości W Których Można Napić Się Piwa. I co? Nie wybierzecie się z czystej ciekawości do każdej z nich, aby sprawdzić, która karczmarka ma największe… antałki?

I właśnie za to kochamy RPG 😉

Ogrodnik January – Z zawodu grafik, projektant i ogólnie tzw. artysta – absolwent krakowskiej ASP. Dyrektor kreatywny własnej pracowni graficznej Młyn Artystyczny. Z zamiłowania gadżeciarz, z powołania bloger. W sieci obecny od zeszłego wieku. Prześmiewca, samozwańczy tester technologii, poszukiwacz dziury w całym. Od 2010 roku autor bloga Applefobia, gdzie ośmiesza absurdy, demaskuje mitologię, kpi z fanbojstwa i zdrapuje pozłotkę z aluminium. W wolnym czasie czyta książki, gra na gitarze, jeździ na rolkach i fotografuje. Oczywiście nie wszystko na raz…

*Zdjęcia pochodzą z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

Advertisement