Nowe motto producentów elektroniki: Nie rób badań – zrób kampanię na Kickstarterze

Felieton/Technologie 28.11.2014
Nowe motto producentów elektroniki: Nie rób badań – zrób kampanię na Kickstarterze

Nowe motto producentów elektroniki: Nie rób badań – zrób kampanię na Kickstarterze

Wprowadzając nowy produkt na rynek ma się w dużym uproszczeniu dwie opcje. Trzeba być albo przekonanym o jego doskonałości i o tym, że ludzie będą się o niego zabijać w kolejkach, nawet jeśli do tej pory nie wiedzieli, że go potrzebują, albo dokładnie określić potrzeby rynku i odpowiedzieć na nie. Obydwa rozwiązania są trudne, czasochłonne i nie dają 100% pewności sukcesu. Co można zrobić zamiast tego? Kampanię na Kickstarterze albo Indiegogo.

Spora część osób nie traktuje tego typu portali poważnie. Latające deskorolki, dziesiątki smartzegarków, opasek, magicznych żarówek czy podobne, powodują że choć wiadomo, że można tam zdobyć spore dofinansowanie, na wieść o kolejnym genialnym pomyśle po prostu czujemy się znużeni.

Tym bardziej, że spora część firm organizujących tego typu zbiórki pieniędzy dopiero zaczyna swoją przygodę z wielkim biznesem i albo jest to ich pierwszy produkt w ogóle, albo pierwszy w tej kategorii. Coraz częściej można jednak spotkać się z przypadkami, kiedy na Indiegogo czy Kickstartera trafia produkt firmy, o której słyszymy od lat.

sonim 2

Jednym z takich przykładów może być nowa akcja organizowana przez istniejącą od 1999 roku firmę Sonim. Ktokolwiek choć raz rozważał zakup telefonu o podwyższonej odporności, z całą pewnością zna tę nazwę. Urządzenia tego producenta nie stanowiły być może nigdy znaczącej części rynku, ani też nie mówimy tutaj o korporacji zatrudniającej dziesiątki tysięcy pracowników, ale i tak nie jest to pod żadnym pozorem „firma krzak”.

Wręcz przeciwnie – logo to mogliśmy odnaleźć chociażby na telefonach dostępnych w polskich sklepach, a nawet w ofertach krajowych operatorów. Jak przystało na specjalistyczny sprzęt, były one oczywiście stosunkowo drogie, a więc ich popularność była mocno ograniczona.

Mamy więc wieloletnie doświadczenie, uznaną markę, prawdopodobnie sporo zadowolonych klientów, kontakty z dystrybutorami i sieciami komórkowymi, całą linię produktów dostosowanych do konkretnych wymagań użytkowników, a także odpowiednie zaplecze finansowe, R&D i niemal gotowy produkt.

W teorii taki profil zupełnie nie pasuje do firm, które do tej pory kojarzyły się nam z crowdfundingiem.

sonim 3

Mimo tego trudno nie dostrzec zalet, które może przynieść producentowi takie, a nie inne podejście. Po pierwsze, bez absolutnie żadnych badań, będzie wiedział jakie jest realne zapotrzebowanie na jego produkt. Będzie w stanie zamówić w fabrykach dokładnie tyle egzemplarzy ile jest mu potrzebne, bez ryzykowania, że chociażby jeden z nich będzie się kurzyć w magazynie.

Do tego żadna z tych deklaracji chęci posiadania, nie jest deklaracją z kategorii „chciałbym, ale nie wiem czy kupię”. Tylko faktyczne zakupy.

Taka strategia nie ma oczywiście żadnego sensu w przypadku wielkich firm, takich jak Apple, Samsung czy HTC. Stać je na to, aby kilka razy pomylić się z prognozami. Dla mniejszych graczy może to oznaczać ogromny cios, a kto wie, czy w ekstremalnych przypadkach nawet nie bankructwo.

Podobnie do Sonima zachowała się zresztą niedawno Jolla, firma która też nie jest zupełnym debiutantem na rynku, ma fundusze, doświadczenie i kontakty. Pomimo to nie wprowadziła swojego tabletu natychmiast do sprzedaży – poprosiła, żeby ci, którzy są nim zainteresowani, wyrazili swoje zainteresowanie (i wsparcie) właśnie na Indiegogo.

Efekt? Prawie 1,3 mln dol. i pewność, że na produkt trafi w ręce co najmniej 7900 klientów. Niewiele w porównaniu do gigantów, ale co gdyby Jolla wyprodukowała np. te 8000 i 3/4 z nich nie znalazłaby swoich odbiorców?

jolla 2

Nie są to zresztą jedyne przypadki, kiedy od finansowania społecznego zależna jest realizacja projektów, które do tej pory przez lata były finansowane z innych źródeł. Chociażby Broken Sword, którego poprzednie części po prostu “się pojawiały” szukał funduszy właśnie na Kickstarterze. Autorzy zebrali prawie 200% wymaganej kwoty, jednocześnie mając pewność, że nie tworzą gry dla nikogo, a ich wysiłki zostaną nagrodzone jeszcze przed wejściem tytułu do sprzedaży.

Nie można więc traktować Indiegogo, Kickstartera czy podobnych portali wyłącznie jako ujścia dla niespełnionych fantazji młodych inżynierów czy wręcz wizjonerów, którzy chcą zmienić świat, ale jednocześnie niezbyt wiele wiedzą o prawach nim rządzących. To coraz częściej potężne narzędzie badawczo-dystrybucyjne, będące idealnym rozwiązaniem dla mniejszych, ale uznanych i mających coś do zaoferowania firm.

Dołącz do dyskusji

Advertisement