Przez The Evil Within nie będziecie spać po nocach – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Gry 20.10.2014
Przez The Evil Within nie będziecie spać po nocach – recenzja Spider’s Web

Przez The Evil Within nie będziecie spać po nocach – recenzja Spider’s Web

Podejście numer 7. Zjawa rzuca się w pościg. Kiedy biegnę przez korytarz, ta krzyczy przeraźliwie, zapraszając mnie w swoje śmiertelne objęcia. Zdeformowana kobieta wpada w pierwszą pułapkę, stając w ogniu. Uciekam dalej, wskakując na drabinę. Monstrum człapie za mną. Aktywuję kolejną pułapkę, triumfująco obserwując wijącą się w bólu maszkarę. Ta jednak podnosi się i idzie w moim kierunku, mnie z kolei blednie mina. Tak daleko jeszcze nigdy nie dotarłem. Mimo tego muszę zaczynać od nowa, bo wpadłem w szpony demona.

Kiedy w 2005 roku Shinji Mikami dał konsoli GameCube Resident Evil 4, byłem naprawdę rozdarty. Z jednej strony Japończyk sponiewierał i wyrzucił do kosza cały dorobek serii jako klimatycznego horroru z powolnymi żywymi trupami. Profanacja goniła profanacją, co by tylko wspomnieć zombie używające broni palnej. Romero przewracałby się w grobie, gdyby nie fakt, że reżyser ma się bardzo dobrze.

The Evil Within_20141018004622

Z drugiej strony Mikami doskonale zespolił horror z grą akcji, oferując niesamowitą, bardzo przyjemną w odbiorze mieszankę. Dopiero po latach doceniłem jego wpływ na cały gatunek, znacznie go odświeżając i dostosowując do obowiązujących standardów. Te jednak stale się zmieniają, kiedy Mikami ze swoim The Evil Within na dobre stanął w miejscu. Dla mnie to ogroma zaleta jego najnowszej produkcji.

The Evil Within to nic innego jak kolejny Resident Evil. Pod względem mechaniki gra to prawdziwy dinozaur, który czerpie garściami z dorobku serii, dodając do tego nowy, niepokojący, mocno popaprany świat.

Liczenie i oszczędzanie naboi, dokładna eksploracja terenu w poszukiwaniu zasobów, walka na małych odległościach przy użyciu broni palnej, gloryfikacja dokładnego celowania i znajomości słabych punktów przeciwnika oraz mozolne poznawanie fabuły za pomocą znalezionych dokumentów i plików audio – to przecież esencja odświeżonej serii Resident Evil, jak również filary The Evil Within.

The Evil Within_20141017230930

Podobieństwa do Biohazard 4 nie kończą się jednak na samych założeniach dotyczących rozgrywki. Mikami non stop puszcza oko do swoich fanów zakochanych w RE4. Mamy tutaj początkowy epizod w wiosce, z opętanymi chłopami z pochodniami w dłoniach. Nie mogło zabraknąć sprofanowanego kościoła, sekty i zakapturzonych mnichów. Nie licząc oryginalnej kuszy, nawet arsenał broni jest niemal identyczny. Modele postaci to wypisz wymaluj Resident Evil i jedynie sposób na straszenie jest tutaj znacznie, znacznie inny.

O ile seria Resident Evil dzisiaj nikogo już nie przestraszy, tak przez The Evil Within nie będziecie spać po nocach.

Oczywiście strach z czasem powszednieje i nawet on staje się naszym sojusznikiem. Mimo tego pierwsze epizody The Evil Within potrafią odpowiednio zbudować napięcie, a kilka następnych umiejętnie to wykorzystać. Gra jest bardzo brutalna, bardzo sugestywna i bardzo klimatyczna, wszystko w tym samym czasie. To jak połączenie Silent Hill z Outlast, przy szkielecie zbudowanym na Resident Evil.

The Evil Within_20141014152433

Shinji Mikami sięgnął po coś, czego w horrorach boję się najbardziej – tematykę stabilności psychicznej, opuszczonych zakładów psychiatrycznych, tajemniczych eksperymentów i maszkar będących dawniej pacjentami. Rzeczywistość miesza się tutaj z majakami, natomiast granica między iluzją oraz prawdą jest niesamowicie rozmyta. To z kolei daje producentom nieograniczone wręcz pole możliwości i całkowity brak barier podczas prowadzenia gracza.

Ze względu na sposób narracji, gracz raz za razem jest rzucany w odmienne miejsce, podróżując po nich niczym po astralnych planach.

Dzięki temu lokacje w The Evil Within należą do naprawdę zróżnicowanych. Stare wioski, katakumby, pasma górskie, pola uprawne, szpital psychiatryczny, budynki sakralne, ubojnie – jest tutaj wszystko, czym na przestrzeni ostatnich lat próbowały straszyć interaktywne horrory, zebrane w jednym, zbiorczym tytule. Dzięki temu gracz na pewno nie będzie narzekał na powtarzalne widoki.

The Evil Within_20141015005525

Każde takie miejsce to osobny epizod z jasno zakreślonym początkiem i końcem. Świetne rozwiązanie. Dzięki niemu dawkowanie The Evil Within jest optymalne i racjonalne. Gdyby gra była jednym, długim pasmem eksploracji, skradania się i walki, ta na pewno byłaby znacznie, znacznie bardziej męcząca i irytująca. Wszystko za sprawą poziomu trudności, który jest… wymagający. Bardzo delikatnie rzecz ujmując.

The Evil Within daje naprawdę ostro w kość. Niezależnie, czy jesteś weteranem, początkującym graczem czy też miłośnikiem survival-horrorów. Ta gra jest trudna, zmusza do pokory i testowania wielu dróg do osiągnięcie celu.

Będziecie ginąć. Naprawdę bardzo często. W tej grze rzadko kiedy da się rozwiązać problem za sprawą broni palnej. Amunicji do tej jest zresztą jak na lekarstwo, toteż szybko będziecie zmuszeni do główkowania. Do obserwacji. Do wyciągania wniosków z własnych porażek i do planowania posunięć z przewidywaniem ruchów przeciwnika. Inaczej w The Evil Within po prostu nie przeżyjecie.

The Evil Within_20141018001526

Prawie każda lokacja w grze to mała, pozbawiona barier piaskownica. Jedynie dobre rozpoznanie terenu, znajomość położenia pułapek, dołów z kolcami, apteczek, alternatywnych dróg do celu i korytarzy umożliwiających ucieczkę daje szansę na wygraną z bardziej wymagającymi przeciwnikami. Nie powiem, dawno już nie zgrzytałem zębami tak głośno jak przy The Evil Within. Dawno również nie czułem takiej satysfakcji, kiedy w końcu odnosiłem upragnione zwycięstwo.

Wyzwania, jakie producenci stawiają graczom w The Evil Within to równocześnie największa zaleta jak i największa wada tej produkcji.

Gra to rasowy survival horror. Amunicji prawie zawsze jest zbyt mało. Apteczek nigdy nie ma, kiedy są potrzebne. Do tego potężniejsi przeciwnicy zabijają postać gracza… jednym ciosem. Wystarczy, że zbliżą się na określoną odległość, zamachną łapą, trafią w nas czymś ostrym i już musimy zaczynać przygodę od ostatniego punktu kontrolnego. Tacy delikwenci wymagają ponadto ton amunicji, aby ubić ich tradycyjną metodą.

The Evil Within_20141017225628

The Evil Within frustruje. Sprawia, że chce się rzucać padem po ścianach. Ileż to razy mówiłem sobie, że mam już w czterech literach takie granie, po czym wracałem przed telewizor zaraz po ochłonięciu. Kolejna próba. I kolejna. I jeszcze jedna. Dzieło Mikamiego bez dwóch zdań nie jest dla każdego. Jeżeli jednak lubisz prawdziwe wyzwania, studio Tango Gameworks jest w stanie je zapewnić. Chociaż gra oferuje poziom trudności „casual”, marne to pocieszenie gdy pomyślę o tych wszystkich „atrakcjach”, jakie czekają na płycie z grą.

Pokonanie tego tytułu na średnim poziomie trudności to jedno z większych osiągnięć, jakie może zdobyć miłośnik survival horrorów. Sam bawiłem się doskonale. Zdaję sobie jednak sprawę, że jestem dinozaurem tęskniącym za czasami świetności serii Resident Evil.

The Evil Within to mocno sentymentalna podróż do 2005 roku. To prawdziwe Resident Evil 5. To wymagający i przerażający tytuł o archaicznym sposobie rozgrywki i grafice nie pierwszej świeżości. To klimatyczne doświadczenie, o którym pamięta się bardzo długo, ale do którego za żadne skarby nie ma się ochoty wracać. To w końcu hołd oddany odumierającemu gatunkowi survival horrorów, obok którego żaden miłośnik interaktywnej grozy nie powinien przejść obojętnie. Uwielbiasz takie produkcje? Życzę powodzenia. W preciwym przypadku omijaj naprawdę szerokim łukiem.

Dołącz do dyskusji

Advertisement