Ogrodnik January: Apple Watch niczym gicz enerdowskiej sztangistki. Reszta? Nie lepsza

Felieton/Sprzęt 11.09.2014
Ogrodnik January: Apple Watch niczym gicz enerdowskiej sztangistki. Reszta? Nie lepsza

Ogrodnik January: Apple Watch niczym gicz enerdowskiej sztangistki. Reszta? Nie lepsza

Nie jest dobrze, gdy zegarek się spóźnia, ale wreszcie się doczekaliśmy. Teraz, po wyłożeniu kart na stół przez Apple – ostatniego gracza na rynku inteligentnych zegarków – przyszła wreszcie pora na podsumowanie smartwatchowego konkursu piękności. Który wygra?

Jest naturalne, że z racji ostatniej premiery w Cupertino nie unikniemy porównań w rodzaju “Apple Watch – reszta świata”. Ojciec Redaktor był już łaskaw w co najmniej dwóch artykułach zachwycać się funkcjonalnością, możliwościami, oprogramowaniem oraz lajfstajlowym wyglądem tego zegarka. Czuję się zatem wręcz zobowiązany wejść z nim (z redaktorem, nie z zegarkiem) w polemikę, ale chciałbym szerokim łukiem pominąć parametry, czas pracy na baterii i inne technikalia, i skupić się tylko na jednym aspekcie smartzegarków – na wyglądzie. Mamy już na rynku całkiem sporo zegarków specjalnego przeznaczenia, więc mogę już trochę poprzebierać, pogrymasić i pokusić się o mój mały, subiektywny ranking zegarmistrzowskiej urody i stylu.

W przypadku zegarka noszonego na ręce – niezależnie, czy będzie to inteligentny zegarek, czy szwajcarski przygłup – główną wagę przywiązuje się do jego wyglądu.

To wszak element ubioru. Mówi się, że zegarek określa charakter właściciela i chyba jest w tym trochę racji. Jeśli moim zegarkiem ma być jakiś smartwatch, to musi być “mój”. I wiecie co? Wcale nie zależy mi na pierdyliardzie bajerów, widgetów i sensorów, a właśnie na wyglądzie. I w tym momencie pierwsza przykra wiadomość dla Przemka. Jeśli smartwatch ma być moją męską, osobistą biżuterią, emanacją gustu i symbolem stylu właściciela, to Apple Watch odpada na starcie. I wcale nie z racji hejterstwa, lecz z powodów czysto estetycznych.

apple watch 1
Apple Watch

Wolałbym się raczej rzucić nago w kępę barszczu Sosnowskiego z reklamówką pełną skorpionów, niż założyć go na rękę publicznie.

I nie, w domu też nie. Zegarek Apple jest po prostu paskudny, kiełbasiany i pękaty jak gicz enerdowskiej sztangistki. Owszem, dzięki licznym pakietom stylistycznym da się go dopasować do przeróżnych gustów – będzie konweniował i z hipsterskimi, pomidorowymi rurkami, i ze sweterkiem w romby, i z białymi kozaczkami – ale nie do mojego.

Apple zawsze był na rynku IT dzieckiem specjalnej troski, któremu w imię miłości wiele się wybacza, ale tego wybaczyć nie można. Zwłaszcza, że kupertyńczycy dali ciała w dziedzinie, w której dotąd byli naprawdę dobrzy – w projektowaniu. Tym razem wyszedł im dizajnerski potworek – zaoblony prostokąt o zaburzonych proporcjach, w który krzywo wetknięto pokrętło przypominające denko Maka Pro. Tylko Ruhla robiła brzydsze zegarki, ale oni przynajmniej umieszczali koronkę na środku obudowy…

Jeśli więc nie Apple Watch, to co? Generalnie nie podobają mi się prostokątne zegarki, a odkąd Samsung pokazał Galaxy Gear S, pomyślałem, że trudno będzie zrobić bardziej niezgrabny i toporny prostokątny zegarek. Nie pomaga mu nawet zagięty wyświetlacz, skutecznie maskujący fakt, że z prostą obudową ten smartwatch byłby nie do noszenia.

samsung galaxy gear s
Samsung Galaxy Gear S

Już o wiele lepiej prezentują się wcześniejsze generacje serii Galaxy Gear, choć bynajmniej nie grzeszą urodą. 9 września okazało się jednak, że się myliłem i że Apple pobiło wszystkich na głowę.

A przecież nawet wśród smartwatchy, dla których prostokątna obudowa jest naturalnym i najbardziej ekonomicznym kształtem do zmieszczenia wyświetlacza, zdarzają się konstrukcje przyciągające wzrok i nie straszące wyglądem. Na przykład Asus ZenWatch:

asus zenwatch
Asus ZenWatch

Mamy też kwadratową serię zegarków Sony SmartWatch, które dzięki dobrym, klasycznym proporcjom wyglądają o wiele lepiej, niż jakikolwiek prostokąt. Chęć zmieszczenia jak największej ilości informacji na jak największym wyświetlaczu nie służy zegarkowi, który ma być noszony na co dzień. Sony na szczęście o tym pamięta i nie próbuje zmuszać userów do dźwigania na ręce przerośniętego potwora.

Sony Smartwatch 2
Sony Smartwatch 2
Sony Smartwatch 3
Sony Smartwatch 3

Z czystej złośliwości chciałem jeszcze dodać, że żaden z zaprezentowanych powyżej prostokątnych zegarków nie został oszpecony wystającym pokrętłem z innej bajki, a każdy z nich jest smuklejszy oraz cieńszy niż Apple Watch, który dodatkowo ma od spodu koperty dziwną, wypukłą bułę, służącą chyba tylko do tego, żeby dało się osadzić bezprzewodową ładowarkę.

I w ten sposób dochodzimy do smartwatchy z okrągłą kopertą. Ten kształt budzi najwięcej skojarzeń z klasycznymi zegarkami i nawiązań do tradycyjnej sztuki zegarmistrzowskiej.

Nie ukrywam, że jest to też kształt najmilszy memu sercu, choć mój pierwszy, pierwszokomunijny zegarek był kwadratowy. Ale wtedy nie miałem wyboru…

Zapewne wiele osób wskaże na Motorolę Moto 360, jako na najbardziej klasyczny i przebojowy smartwatch w okrągłej kopercie.

Owszem Motorola prezentuje się godnie i można ją założyć nawet do dobrego garnituru, co w przypadku niektórych wcześniej zaprezentowanych zegarków byłoby zgrzytem na miarę pójścia w gumofilcach na raut w brytyjskiej ambasadzie.

Motorola Moto 360
Motorola Moto 360

Do Motoroli mam jednak jedno zastrzeżenie. Jest zbyt masywna, ogromniasta i cebulasta. Ma moc i charakter, jest super technologiczna, ale nadaje się na naprawdę wielkie łapsko, bo na nadgarstku chuderlawego geeka czy drobnej geekini będzie wyglądać po prostu kuriozalnie. Ja od biedy, dałbym radę ją nosić, ale czasem musiałbym się podtrzymywać drugą ręką 🙂

W tej sytuacji moim faworytem jest LG G Watch R. Głupszej nazwy Koreańczycy już nie mogli mu wymyślić, ale za to wymyślili naprawdę fajny zegarek. Prosty, bezpretensjonalny i bardzo czysty w formie. I owszem, ma koronkę z boku, ale w przeciwieństwie do Apple Watcha, jest ona tutaj jak najbardziej na miejscu.

LG G Watch R
LG G Watch R

Wiecie, czym mnie ujął? Tym, że jest taki zwyczajny. Będąc w swoich latach, nie mam już potrzeby wyróżniania się i bycia trendy. LG nie krzyczy z daleka “patrzcie, jaki jestem inteligentny!”, lecz wygląda jak zwyczajny, klasyczny zegarek, zarazem kryjąc w sobie możliwości smartwatcha. To idealna odpowiedź na Apple Watch, który sygnalizuje coś wręcz przeciwnego – obnosi się krzykliwie ze swoim smartyzmem i jest tak oczywisty i trywialny w swoim wizerunku, jak panienka w białych kozaczkach przy krajowej “jedenastce”. I nigdy nie będzie wyglądał jak zegarek…

Podsumowanie? Wybór – jak to zwykle bywa – jest uzależniony od wcześniejszych decyzji życiowych.

W przypadku ekosystemu Apple wybór jest ograniczony i ostateczny jak dopasowanie wieka do już kupionej trumny. Gdy jednak mamy ten luksus, że możemy smartwatch dowolnej marki dobrać do jednego z wielu możliwych telefonów, w grę wchodzi wiele możliwości.

Trzeba uczciwie przyznać, że wszystkie przedstawione smartwatche ustępują ilością wariantów i możliwością personalizacji produktowi z Cupertino. Apple Watch już na starcie wręcz zasypał nas bogactwem akcesoriów, opcji, tapetek i materiałów wykończeniowych, z których zapewne całymi garstkami będą czerpać blogerki modowe. Dla pewnej części populacji to duża zaleta.

W przypadku konkurencyjnych smartwatchy możliwości personalizacji są skromniejsze. Gdy jednak trzeba wybrać poważny zegarek, z którym nie będzie wstyd pokazać się publicznie, raczej nie rozglądamy się za fikuśnymi dodatkami, a stawiamy na klasykę. Pod tym względem – paradoksalnie – to właśnie okrągłe smartwarche stanowią konkurencję dla szwajcarskich zegarków, a nie Apple, które ze swoim pyzatym bobaskiem zagraża helweckim manufakturom w równym stopniu, co bermudy 3/4 z wszytym w rozporek koronkowym gorsetem krawiectwu haute-couture. Najwyraźniej Jonathan Ive, projektują Apple Watch, a potem grożąc nim Szwajcarii, nie był w dobrej formie…

Ogrodnik January – Z zawodu grafik, projektant i ogólnie tzw. artysta – absolwent krakowskiej ASP. Dyrektor kreatywny własnej pracowni graficznej Młyn Artystyczny. Z zamiłowania gadżeciarz, z powołania bloger. W sieci obecny od zeszłego wieku. Prześmiewca, samozwańczy tester technologii, poszukiwacz dziury w całym. Od 2010 roku autor bloga Applefobia, gdzie ośmiesza absurdy, demaskuje mitologię, kpi z fanbojstwa i zdrapuje pozłotkę z aluminium. W wolnym czasie czyta książki, gra na gitarze, jeździ na rolkach i fotografuje. Oczywiście nie wszystko na raz…

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement