Z kurzu afery Apple i U2 wyłania się pozytywna konkluzja dla rynku muzycznego

Felieton/Technologie 30.09.2014
Z kurzu afery Apple i U2 wyłania się pozytywna konkluzja dla rynku muzycznego

Z kurzu afery Apple i U2 wyłania się pozytywna konkluzja dla rynku muzycznego

Kurz opadł. Apple się trochę zrehabilitował. Mimo wszystko cała historia z albumem U2 pozostawia niesmak. Zwłaszcza, gdy spojrzeć na zaciekłą obronę fanów Apple’a czegoś, co nie jest do wybronienia. Jest jeden morał z całej historii – być może, mimo przewrotu w sposobie słuchania muzyki, sama wartość tejże nie zmieniła się aż tak bardzo.

Apple wepchnął wszystkim nowy album U2. Miało być pięknie – listy przebojów, miliony słuchaczy i splendor – a okazało się, że większość słuchaczy ma w nosie U2. Wielu nawet oburzyło się, że Apple umieścił U2 w prywatnej bibliotece muzyki album, którego sobie nie życzyli.

Mnie też by oburzyło. Jest to oburzenie pełne hipokryzji, bo naszą prywatność oddajemy z radością w zamian za możliwość kontaktowania się ze światem i znajomymi.

Jednak prywatność w sieci a intymność w sieci to dwie całkiem odmienne, niezależne sprawy.

Nie oddaliśmy jeszcze intymności naszej muzyki. Wydaje się to banalne, bo muzykę trzymamy teraz w chmurach, mamy w zasięgu jednego kliknięcia i wszyscy wmawiają nam, że pojedyncze utwory czy albumy w tym zalewie treści tracą na znaczeniu. Eksperci twierdzą, że w ilości mniejsze znaczenie ma jakość i że czeka nas całkowite przewertowanie wszystkiego, co znamy z kilkudziesięciu lat poważnego istnienia rynku muzycznego.

muzyka sluchawki spotify

Bzdura. Reakcje na obowiązkowy album U2 udowodniły, że muzyka wciąż jest dla nas ważna. Bo jest – kiedyś spędzaliśmy mnóstwo czasu i wydawaliśmy pieniądze na tworzenie kolekcji płyt, dziś tworzymy własne playlisty i biblioteki w chmurze. I dalej jesteśmy do nich emocjonalnie mocno przywiązani.

Przecież do biblioteki cyfrowej muzyki dodaje się tylko to, czego chce się słuchać.

Niezależnie od gatunku muzyki każdy dodany czy kupiony utwór ma dla nas jakąś wartość. Każdy ma inną bibliotekę, inny zestaw muzyczny i tak naprawdę to, czego słuchamy mówi dużo o nas. Muzyka to emocje, wspomnienia, zachwyty i rozczarowania.

Paradoksalnie przez cyfrową rewolucję chyba jeszcze mocniej przywiązujemy się do swojej muzyki. Kiedyś kupowaliśmy płytę i chcąc czy nie, musieliśmy chociaż trochę jej posłuchać. Dziś wyszukujemy muzykę w terabajtach dźwięków, z poleceń od znajomych, z filmów i seriali i gdy trafimy na coś, co nam się naprawdę podoba jest to spory sukces. Mamy wtedy poczucie, że w zalewie chłamu wygrzebaliśmy coś dobrego, że to nasze małe osiągnięcie.

muzyka streaming spotify

W sieci pełnej społecznościowych powiązań i dostępności wszystkiego muzyka została w dużej mierze małym, intymnym azylem. Częścią dzielimy się ze światem, resztę przechowujemy dla siebie. I nie lubimy, gdy ktoś nas do czegoś zmusza.

Gdyby Spotify, Deezer czy Google Music dodawały na siłę jakieś albumy do bibliotek użytkowników oburzenie byłoby takie same, jak z iTunes i albumem U2.

Co to oznacza dla rynku muzycznego? Same pozytywy. Okazuje się, że kolekcja muzyki jest dla nas ważna, więc jest nadzieja, że będziemy płacić by ją mieć. Poza tym rzutuje to też na przyszłe zarobki – zgodnie z nowoczesnym modelem dystrybucji nie zarabia się na samej muzyce, ale na koncertach i wszystkim, co pozaalbumowe. Jeśli uwielbiamy swoją muzykę, to wciąż będziemy chodzić na koncerty, płacić za nie i wspierać artystów choćby przez kupowanie gadżetów czy koszulek.

Cała afera z U2 pokazała, że zmieniają się sposoby dystrybucji, wywracają źródła muzycznego zarobku, jednak przywiązanie emocjonalne do muzyki pozostaje takie samo. Artyści i wytwórnie powinny próbować to spieniężyć zamiast płakać, że nie ma jak zarabiać na muzyce.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z serwisu Shutterstock.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji