Netflix na posterunku. Ostatni sezon „The Killing” pokazuje, że seriale są lepsze niż Hollywood

Felieton/Technologie 10.08.2014
Netflix na posterunku. Ostatni sezon „The Killing” pokazuje, że seriale są lepsze niż Hollywood

Netflix na posterunku. Ostatni sezon „The Killing” pokazuje, że seriale są lepsze niż Hollywood

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Odkąd Netflix zrobił najlepszy serial dla tych, którzy lubią pranie po pysku w kuluarach Białego Domu, stał się upragnionym kanałem dystrybucji seriali w Polsce. Świat oszalał po premierze serii z Frankiem Underwoodem w roli głównej. Po pierwszym sezonie, a potem jeszcze po kolejnym, wiedzieliśmy, że Netflix wie, co robi. Podobnie pomyśleli wszyscy ci, którzy z utęsknieniem czekali na kontynuację „The Killing”. Śmiejmy się stacji AMC w twarz – niech wie, że rezygnacja z dokończenia historii Holdera i Linden była błędem. Dzięki Bogu, jest Netflix!

Ostatnio popularne tytuły, takie jak „Fargo”, „Bates Motel”, „True Detective” czy „House of Cards”, a teraz właśnie finałowy sezon „The Killing” pokazują, że seriale na dobre zaczynają być czymś więcej. Przede wszystkim zaczynają być krótkodystansowcami, co wychodzi im na dobre, bo równomiernie trzymają tempo. Zaczynają być także czymś jeszcze więcej niż tylko tzw. nowoczesnymi serialami, które zastąpiły tasiemce. Są filmowe, są majstersztykami, bywają niejednokrotnie lepsze niż film, nad którym w moim odczuciu maja przewagę – dają poczucie bezpieczeństwa na dłużej, potrafią poruszyć wiele aspektów głębiej dzięki możliwościom czasowym oraz pozwalają naprawdę zjednać się z bohaterami.

Dlatego też trudniej się jest z nimi rozstać

Uczucie pustki wypełnia cię od środka i prawie niemożliwym jest przekonać się do czegokolwiek nieznanego. Mielisz raz po raz starocie w poszukiwaniu nowego źródła rozrywki. Tak właśnie czułam się, kiedy nie było zielonego światła, jeśli chodzi o kontynuację „The Killing”. Po obejrzeniu trzech sezonów co prawda trafiałam na różne seriale, te lepsze i te gorsze, ale żaden nie dał mi tego co trzy serie o detektywach z Seattle. Nie znalazłam do tej pory czegoś równie dobrego na małym ekranie.

the-killing-sezon4-1

4 sezony „The Killing” to kilkadziesiąt odcinków ze Stephenem Holderem (Joel Kinnaman) i Sarah Linden (Mireille Enos). W trakcie nich rozgrywają się trzy sprawy. Pierwszy i drugi sezon poświęcone są śmierci nastoletniej dziewczyny i rozgrywkom politycznym w Seattle. Trzeci utrzymany jest w podobnym klimacie – ginie nastoletnia dziewczyna, jednak tym razem jest to początek fali następujących po sobie zabójstw. W 4 sezonie mocno czuć echo finału serii 3, ale oprócz tego poznajemy nową rodzinę, nowe morderstwo i tym samym nową sprawę do rozwiązania przez Holdera i Linden.

Oprócz intryg kryminalnych na naprawdę dobrym poziomie (mimo poczucia, że całość jest spójna i dobra, chyba najbardziej podobała mi się pierwsza sprawa), ogromnie ważne jest życie prywatne dwóch detektywów oraz ich relacje między sobą – od wrogości, poprzez konieczny kontakt aż do prawdziwej przyjaźni, oddania i poczucia odpowiedzialności za siebie nawzajem. 4 sezon, słusznie zresztą, stawia na psychologizację głównych postaci. Finałowa seria jest najtrudniejsza, najcięższa, chyba najbardziej brutalna i refleksyjna. Sześć godzinnych odcinków zdecydowanie wystarcza, aby opowiedzieć zwartą, ciekawą historię i zamknąć wszystkie dotychczasowe wątki. Początkowo obawiałam się, że będzie to zbyt mała liczba, ale wynagrodzone zostało to nam czasem poszczególnych epizodów – każdy trwa około jednej godziny.

W całym sezonie, co widać już właściwie w pierwszym odcinku, ale coraz mocniej daje się we znaki w kolejnych, Linden i Holder będą musieli zmierzyć się ze swoją przeszłością oraz przyszłością

the-killing-sezon4-2

Ich problemy, bolączki oraz stare dzieje ujrzą znowu światło dzienne. Każde  z nich będzie musiało samo poradzić sobie z tym balastem. Nikt nie może liczyć na drugą osobę w obliczu takich katastrof, bojaźni i kłopotów. Czy ich przyjaźń przetrwa?

4 sezon „The Killing”, a zwłaszcza jego finał utwierdziły mnie w przekonaniu, że naprawdę nie warto ciągnąć czegoś na siłę. Było to naprawdę świetne, choć zaskakujące zakończenie. Po prostu nie mogło być inaczej. Warto obejrzeć cały serial, by móc poczuć tę gamę emocji – zadowolenie, nadzieję, ulgę podczas zobaczenia ostatniego kadru finałowego odcinka. To było coś. Bez obaw, nic wam nie zdradzę. Dla tych, którzy widzieli już pozostałe serie, dopowiem tylko, że w ostatniej pojawia się znana i ważna postać z przeszłości, która sporo namiesza. Jej rola i możliwości wydają się nieco naciągane, ale jeśli twórcy nie chcieli zawieść widzów, wszystko musiało się tak potoczyć.

Kompulsywny (tak, kompulsywny, bo jak inaczej nazwać oglądanie pięciu odcinków jeden za drugim do 1:00 w nocy?) seans pozwolił mi się rozstać z „The Killing” i zachować ten serial w pamięci. 4 sezon okazał się nostalgicznym pożegnaniem z widzami. Był też koniecznością – wszystko co najważniejsze zostało domknięte, choć oczywiście niektóre wątki, te poboczne, zostały otwarte. Możemy mieć tylko nadzieję, że potoczyłyby się po naszej myśli. Nie jest to jednak furtka, która umożliwiałaby kontynuację. Ten sezon „The Killing” definitywnie jest ostatnim. Jako smaczek dodam, że w ostatnim odcinku 4 serii możecie przekonać się, co słychać u naszych głównych bohaterów pięć lat po zakończeniu ostatniej sprawy.

the-killing-sezon4-3

Ci z was, którzy nie widzieli jeszcze „The Killing”, niech szybko nadrobią zaległości

Produkcja AMC, a teraz Netflixa to świetna rozrywka, emocje, to napięcie, dobre intrygi i suspens. Ponadto to dwójka genialnych bohaterów, których nie da się nie lubić. Bo są prawdziwi, mają swoje tajemnice, trudne wybory, ale potrafią zachować przy tym niezły dowcip. Poza tym akcent i powiedzonka Holdera są świetne! Jeśli szukacie powodów, dla których powinniście odpalić „Dochodzenie”, to tutaj znajdziecie ich dziesięć.

Mam nadzieję, że Netflix dalej będzie zadowalał serialowych widzów swoimi produkcjami. Chętnie widziałabym też dokończenie niektórych seriali, które zostały skasowane za wcześnie. Może na kolejny ogień pójdą „Wszystkie wcielenia Tary”? Warto pomarzyć. Tymczasem muszę znaleźć sobie nowych przyjaciół, których chociaż przez kilkanaście godzin nikt mi nie odbierze.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Dołącz do dyskusji