Xbox One bez Kinecta, czyli bolesny strzał w stopę

Felieton/Gry 13.05.2014
Xbox One bez Kinecta, czyli bolesny strzał w stopę

Xbox One bez Kinecta, czyli bolesny strzał w stopę

Niedawno szydziłem z prognoz IDC, nabijając się z analityków prognozujących Xboxa One bez Kinecta w przyszłym roku. Tymczasem taka wersja konsoli faktycznie się pojawi w sprzedaży, i to lada dzień. Gdyby nie inne zapowiedzi dotyczące Xbox Live Gold, to pozostałoby tylko donośnie westchnąć z rozczarowaniem.

„Klienci chcieli, Microsoft wysłuchał”. To ostatnio wydaje się być dewizą giganta z Redmond. I tak jak analizowanie i reagowanie na informację zwrotną ze strony swoich klientów jest niesłychanie ważne, tak ślepe słuchanie się ich opinii jest również nierozsądne. Klienci nie zawsze wiedzą czego chcą, często powtarzają cudze opinie nie mając pojęcia o danym zagadnieniu.

Microsoft jednak zmienił swoją politykę i w swoich klientów patrzy się jak w wyrocznię. Tak też się stało w przypadku Xboxa One. Microsoft, najwyraźniej zaniepokojony tym, że jego konsola sprzedaje się zauważalnie gorzej od PlayStation 4, postanowił zrobić to, o co go poproszono. Zaprezentuje na rynku Xboxa One bez kontrolera Kinect.

Teoretycznie, to wspaniały pomysł. Dzięki temu konsola w tej wersji będzie kosztować 399 dolarów (a więc tyle samo, co PlayStation 4), klienci mają wybór czego chcą i wszyscy powinni być zadowoleni. Prawda? Nie.

Do tej pory każdy twórca gry na Xboxa One wiedział, że każdy jego odbiorca docelowy posiada Kinecta. To znacznie ułatwia projektowanie takich gier i zachęca do wykorzystania dobrodziejstw tego urządzenia. Często są to drobne, opcjonalne elementy. Przykładowo, gra Ryse: Son of Rome, by wezwać posiłki, proponuje przytrzymanie kilka sekund przycisku na padzie, lub… wykrzyczenie odpowiedniej komendy. Battlefield 4 ułatwia wychylanie się „zza węgła” poprzez lekki ruch szyją. Kinect nie jest obowiązkowy do zabawy. Ale praktycznie każda gra go w jakiś sposób wykorzystuje, mniej lub bardziej udany.

xbox one

Opcjonalny Kinect stwarza twórcom problem. Nie wiedzą oni, czy odbiorca gry owo urządzenie będzie posiadać. To oznacza, że ewentualna integracja z tym kontrolerem albo nie powstanie wcale, albo będzie dodana na zasadzie durnego rozwiązania wprowadzonego na siłę. Przykładów z konsoli Xbox 360, gdzie Kinect był opcjonalny, można mnożyć.

Na dodatek sam system operacyjny Xboxa One nie jest dostosowany do braku Kinecta. Obsługę gestami można sobie spokojnie odpuścić. Ale istnieją funkcje, które bez sterowania głosowego albo nie mają sensu, albo nie działają. Przykładem pierwszej jest dzielenie informacji na ekranie. Z Kinectem wystarczy, że powiem „Xbox, snap Facebook” i już z boku, obok gry, pojawia mi się strona główna Facebooka. Gdybym chciał zrobić to padem, musiałbym zminimalizować grę, otworzyć Internet Explorera, wybrać Facebooka, zminimalizować Facebooka, wybrać opcję przypinania, wskazać otwartego Facebooka i wrócić do gry. A czego się nie da? Ot chociażby nagrywania filmików z gier. Nie ma innej drogi na nagranie filmu niż komenda „Xbox, record that!”.

Zyskujemy wolność wyboru i 100 dolarów potencjalnej oszczędności. Tracimy brak fragmentacji i rewelacyjny user experience. Obie straty odbiją się bardzo negatywnie na platformie Xbox One.

Nowe szaleństwo kosztem starego

Na szczęście Microsoft ma też dobre wieści. Po pierwsze, na Xbox One w końcu rusza program Games with Gold, znany z Xboxa 360. Oznacza to, że wszyscy abonenci Xbox Live Gold będą otrzymywać gry za darmo (co miesiąc inne tytuły, na pierwszy ogień pójdą Max: The Curse of Brotherhood oraz Halo: Spartan Assault) a także atrakcyjne rabaty w Sklepie.

xbox one recenzja

Najważniejsze jest jednak odejście od szalonego i kretyńskiego pomysłu w postaci wymagania subskrypcji Xbox Live Gold do… instalowania aplikacji. Do tej pory posiadacze zwykłych kont nie mogli korzystać z OneDrive, Internet Explorera, Netflixa, Hulu, YouTube’a ani jakiejkolwiek innej aplikacji bez aktywnej płatnej subskrypcji. To, na szczęście, jedyne światełko dzisiejszego dnia. Microsoft zwariował w jednej sprawie, ale się opamiętał w innej.

Wiem jednak, że nie każdy jest tym tak zniesmaczony. Wielokrotnie rozmawialiśmy z Szymonem na temat „braku wyboru” w Xbox One. I tak jak totalnie się z nim nie zgadzam, tak jego argumenty mają pewien sens. A więc…

Szymon Radzewicz – Drugi punkt widzenia

szymon radzewiczJeszcze wczoraj polemizowałem z Maciejem w komentarzach pod jego tekstem o Kinekcie. Napisałem wtedy, że wyjęcie drogiego w produkcji kontrolera ruchu jest najprostszym sposobem na odczuwalne obniżecie ceny konsoli. To z kolei jest Xboksowi One niezwykle potrzebne, jeżeli w Microsofcie myślą poważnie o wyścigu z Sony i ich PlayStation 4.

Maciej napisał, że rozerwanie konsoli i Kinecta to wielka krzywda dla środowiska, systemu i możliwości XONE. W pełni się z tym zgadzam i podpisuję pod twierdzeniami wszystkimi możliwymi kończynami. Nowy Kinect jest fantastycznym dopełnieniem tego urządzenia. No właśnie, dopełnieniem. Nie integralną jego częścią.

Od miesięcy byliśmy karmieni przez Microsoft marketingowymi frazesami o niezbędności czujnika ruchu do poprawnej pracy XONE. Koniec końców okazało się to bujdą. Najnowsza konsola z Redmond doskonale sobie radzi bez Kinecta. Oczywiście oferowane przez producenta możliwości ulegają wtedy okrojeniu, lecz nie oszukujmy się – dużą część możliwości czujnika ruchu związanych z nawigowaniem po systemie może przejąć zwyczajny zestaw słuchawkowy, za pomocą którego wydajemy komendy. Tych nie musimy stosować wcale, posługując się świetnym kontrolerem.

Problem Microsoftu polega na tym, że nie chce dawać swoim klientom możliwości wyboru. Najpierw miało to miejsce na płaszczyźnie software. Wszyscy pamiętamy niesławną konferencję, podczas której potencjalni nabywcy urządzenia dowiedzieli się, jak bardzo ograniczone będzie przez nich wykorzystanie zakupionych płyt z grami. Z czasem Microsoft ustąpił w kwestii software, dalej pozbawiając graczy możliwości decydowania na poziomie samego hardware.

Dzisiaj Microsoft przyznaje się do kolejnego błędu, do kolejnej rewizji swojego planu na konsolę Xbox One. To pierwszy raz w historii firmy, kiedy ta działa jak chorągiewka na wietrze, zmieniając podejście w tak fundamentalnych dla omawianego urządzenia kwestiach. Dotychczas stanowczy i pewny siebie moloch ugina się i wycofuje z własnych pomysłów, co dobitnie pokazuje jedno – w Microsofcie mylili się.

Od samego początku byłem przeciwny wmawianiu klientom, że urządzenie peryferyjne jest integralną częścią konsoli. Nie jest. To drogi dodatek, wobec którego klient powinien mieć prawo decyzji o zakupie. Integralną częścią konsoli może być jej płyta główna, karta graficzna czy wentylatory. Nie seksowny gadżet, który stawiamy pod telewizorem.

Doskonale rozumiem Maćka, który traktuje Kinecta jako obowiązkowy składnik Xboksa One. Obecność kontrolera ruchowego faktycznie przedkłada się na lepsze wrażenia podczas użytkowania konsoli, faktycznie oddaje użytkownikowi więcej możliwości. Ten powinien mieć jednak prawo decyzji, czy chce skorzystać z pełnej bądź częściowej oferty Microsoftu.

PlayStation Vita z obsługą 3G i bez, Xbox 360 z mniej lub bardziej pojemnym dyskiem twardym, a nawet Kinectem w zestawie czy też PlayStation 4 z PS Camera – to wszystko przedkłada się na możliwość wyboru, co za tym idzie, lepszą i bardziej spersonalizowaną ofertę. Dotychczas Microsoft miał w nosie różnorodność ofert, każdemu wpychając na siłę zestaw premium.

Cieszę się, że gigant z Redmond zrewidował swoje podejście. Z ceną 399 dolarów za egzemplarz bez Kinecta XONE stało się właśnie prawdziwie konkurencyjną konsolą dla PlayStation 4. Chociaż Microsoftowi można zarzucić niespotykaną nigdy wcześniej uległość, cieszę się z takiej elastyczności. Dzięki temu pozycja Sony jako lidera jest zagrożona bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. To oczywiście przedkłada się na zawziętą rywalizację o serca i portfele graczy, co dla nas zawsze będzie dobrą wiadomością.

Dołącz do dyskusji

Advertisement