Co pominęły media w sprawie prawa do bycia zapomnianym przez Google?

Artykuł/Technologie 17.05.2014
Co pominęły media w sprawie prawa do bycia zapomnianym przez Google?

Co pominęły media w sprawie prawa do bycia zapomnianym przez Google?

Nawet jeśli niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości podzielił internautów, prawdziwy problem mają operatorzy internetowych wyszukiwarek, a przede wszystkim – bo to na nim skupi się cała uwaga – Google.

O sprawie przed kilkoma dniami pisał na łamach Spider’s Web Damian Jaroszewski. Wbrew prognozom ETS zdecydował się uznać istnienie „prawa do bycia zapomnianym” w oparciu o treść dyrektywy 95/46/WE dot. ochrony osób fizycznych w zakresie przetwarzania danych osobowych oraz art. 7 i art. 8 Karty Praw Podstawowych, która każdemu przyznaje m.in.

prawo do ochrony danych osobowych, które go dotyczą, a dane te muszą być przetwarzane rzetelnie w określonych celach i za zgodą osoby zainteresowanej lub na innej uzasadnionej podstawie przewidzianej ustawą. Każdy ma prawo dostępu do zebranych danych, które go dotyczą, i prawo do dokonania ich sprostowania.

Internauci spierają się między sobą co do tego, czy wyrok Trybunału jest tak naprawdę początkiem ery cenzury internetu, czy też może narzędziem koniecznym i o wiele lat spóźnionym, które pozwoli wreszcie dać choć namiastkę kontroli nad internetowym wizerunkiem. Prawdopodobnie obie strony mają oczywiście dużo racji. Ale też w chwili wyrokowania nie było rolą Trybunału myśleć o potencjalnych konsekwencjach swojego orzeczenia, najważniejsza była jego zgodność z obowiązującym prawem.

sąd

Już sam wyrok w sprawie C-131/12 (a która w historii zapisze się zapewne jako Gonzalez vs Google) niesie kilka  bardzo istotnych spostrzeżeń, które zostały przemilczane przez portale technologiczne w pierwszej fazie informowania czytelników o zakończeniu sprawy.

Po pierwsze – wyrok zauważa, iż współczesne wyszukiwarki internetowe w metodzie swojego działania przetwarzają dane osobowe.

Dotychczas taka interpretacja kombajnów przeszukujących internet budziła duże wątpliwości, również pracownicy Google dość stanowczo odcinali się od takiej hipotezy. Trybunał Sprawiedliwości podkreślił jednak, że gdyby przyjąć, że wyszukiwarki internetowe nie przetwarzają danych osobowych, to można by było powiedzieć, że cała dyrektywa 95/46 traci zastosowanie do większości przypadków i jako taka nie ma sensu.

Należy zatem stwierdzić, że operator wyszukiwarki internetowej przeszukując Internet w zautomatyzowany, stały i systematyczny sposób w poszukiwaniu opublikowanych w nim informacji „gromadzi” takie dane „odzyskiwane”, „zapisywane” i „porządkowane” przezeń następnie za pomocą oprogramowania indeksującego, „przechowuje” je na swych serwerach oraz, w odpowiednim przypadku, „ujawnia” i „udostępnia” je swym użytkownikom w postaci listy wyników ich wyszukiwań. Ze względu na to, że te operacje zostały wyraźnie i bezwarunkowo wskazane w art. 2 lit. b) dyrektywy 95/46, należy uznać je za „przetwarzanie” w rozumieniu tego przepisu i bez znaczenia jest przy tym fakt, iż ten operator wyszukiwarki internetowej przeprowadza te same operacje również w odniesieniu do innego rodzaju informacji i nie wprowadza rozróżnienia między nimi a tymi danymi osobowymi.

Drugim istotnym spostrzeżeniem jest nazwanie w tym orzeczeniu Google administratorem danych osobowych,

czyli zgodnie z europejskim prawem „osobą fizyczną lub prawną, organem publicznym, agencją lub innym organem, który samodzielnie lub wspólnie z innymi określa cele i sposoby przetwarzania danych osobowych”. To bardzo niekomfortowa sytuacja dla Google, ponieważ polskie prawo, inspirowane europejskimi zaleceniami, bardzo rygorystycznie obchodzi się z administratorami danych osobowych, nakładając na nich szereg obowiązków informacyjnych, kontrolnych, administracyjnych, odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, a wszystko we współpracy ze stosownym urzędem (w rodzimym wypadku – oczywiście – GIODO).

google-logo

Trzecim spostrzeżeniem omawianego wyroku, za to ani trochę mniej ważnym, jest rozprawienie się Trybunału Sprawiedliwości z kwestią oddziałów Google w danych państwach

(co zapewne znajdzie zastosowanie też do wielu innych firm o zagranicznym rodowodzie). Przypominam, że w tle docelowej sprawy znajdowało się m.in. ustalenie czy odpowiedzialnym podmiotem jest Google jako takie, czy rodzimy oddział Google Spain, co dla giganta z Mountain View było niezwykle istotne, gdyż decydowało czy w ewentualnych bataliach prawnych będzie grał „u siebie” czy „na wyjeździe”. ETS pozostał bezlitosny zauważając, że Google (i każdy inny operator wyszukiwarki) przetwarza dane osobowe i podlega porządkowi prawnemu każdego państwa, jeżeli tylko ustanawia w danym państwie członkowskim oddział lub spółkę zależną, których celem jest promocja i sprzedaż powierzchni reklamowych oferowanych za pośrednictwem tej wyszukiwarki, a działalność tego oddziału lub spółki zależnej jest skierowana do osób zamieszkujących to państwo. Na takich zasadach Google funkcjonuje w wielu krajach UE, w tym w Polsce.

Czwarte spostrzeżenie dotyczy już samego „prawa do bycia zapomnianym”.

Jakkolwiek media dość poprawnie streszczają założenia tego pojęcia, bardzo często można spotkać się z nagłówkami pokroju „Google będzie musiało usunąć krzywdzące treści (…)”, „niewygodne informacje”, itd. Otóż wyrok w jasny sposób stwierdza, że stwierdzenie, iż takie prawo przysługuje, pozostaje bez związku z tym, czy zawarcie na tej liście wyników wyszukiwania danej informacji wyrządza szkodę tej osobie. Innymi słowy dotyczy on samego faktu powielania danych osobowych przez wyszukiwarkę, a nie naruszenia dóbr osobistych czy innego interesu zainteresowanego. Oznacza to, że w praktyce możemy usunąć wszystko, co jest powiązane z naszymi danymi osobowymi. Przypominam też, że dane osobowe to nie tylko imię i nazwisko, ale i np. adres IP.

internet laptop

Piąte spostrzeżenie również dotyczy publikacji prasowych, które często sugerowały, że newralgiczne treści będą usuwane z Google.

Może się tak zdarzyć, to jedna z potencjalnych metod. Ale wątpię, by niezadowolone Google zdecydowało się na coś takiego, a i sam wyrok pozostawia administratorowi wyszukiwarki dość spore pole manewru. Wyrok nie mówi bowiem o kasowaniu treści z bazy wyszukiwarki, a raczej o powiązaniu ich z konkretnymi słowami kluczowymi. Wygląda więc na to, że do określonych artykułów da radę dotrzeć, choć czasem będzie to utrudnione i trzeba będzie kroczyć okrężną drogą.

Szóste – ostatnie już – spostrzeżenie dotyczy opinii niektórych Czytelników odnośnie potencjalnej cenzury, polityków usuwających swoje afery, itd.

Również w tej materii Trybunał zachował zdrowy rozsądek, w pewnym sensie wyłączając z grona zainteresowanych osoby publiczne.

Jednak ze względu na to, że usunięcie linków z listy wyników może, w zależności od rodzaju wyszukiwanej informacji, oddziaływać na uzasadniony interes potencjalnie zainteresowanych uzyskaniem dostępu do tej informacji internautów, w sytuacjach takich jak ta rozpatrywana w postępowaniu głównym należy dążyć do znalezienia punktu równowagi pomiędzy tym interesem a prawami podstawowymi, które przysługują tej osobie na podstawie art. 7 i 8 karty. Choć niewątpliwie chronione na mocy tych postanowień prawa osoby, której dotyczą dane, są również co do zasady nadrzędne wobec tego interesu internautów, ta równowaga może jednak, w szczególnych przypadkach, zależeć od charakteru rozpatrywanych informacji i tego, jak istotne są one dla prywatności osoby, której dane dotyczą oraz publicznego interesu w dysponowaniu tą informacją, który z kolei może być uzależniony w szczególności od roli odgrywanej przez tą osobę w życiu publicznym.

W skali orzecznictwa wyrok ten jest – to już moja zupełnie prywatna ocena – wydarzeniem roku. Może on zachwiać pozycją na arenie wyszukiwarek (te mniej popularne mogą być ignorowane przez usuwających dane, a przez to staną się głównym źródłem wyszukiwania niektórych informacji). To z kolei może utworzyć całą niszę i potencjał dla profesjonalnych „czyścicieli” sieci. Również nie chciałbym być w skórze Google, które będzie musiało zacząć się stosować do postanowień wynikających z wyroku.

google

Do niedawna próba usunięcia czegokolwiek z Google była tak bezproduktywna, że czasami łatwiej było walczyć z nim za pośrednictwem pozycjonowania, niż pojedynków z „systemem”. Po serii kilku pytań bezduszny automat decydował czy w ogóle jest zainteresowany naszym problemem – przeważnie nie był  – a jeśli już, to następnie w oparciu o dowód osobisty zainteresowanego uruchamiał procedury, które trwały, trwały, trwały… i częstokroć również kończyły się fiaskiem.

Dlatego jestem niezwykle ciekaw jak Google, niewrażliwy zbiurokratyzowany gigant bez ludzkiej twarzy obsługi klienta, od strony technicznej poradzi sobie w sytuacji, gdy dane kasować musi. W Wielkiej Brytanii ponoć już spłynęły pierwsze wnioski, a to dopiero początek. Jeśli ktoś naprawdę nienawidzi dziś Unii Europejskiej, to nie są to nawet wybrani polscy czy rosyjscy politycy, tylko właśnie włodarze Google.

kralkaJakub Kralka – prawnik, miłośnik nowych technologii, autor bloga Techlaw.pl – Prawo Nowych Technologii. Po więcej informacji na temat relacji prawa z mediami, internetem i elektroniką gorąco zapraszam na facebookowy fanpage Techlaw.pl oraz mój profil w serwisie Twitter!

Zdjęcia pochodzą z Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement