Jeśli czegoś nie ma w App Store, to nie istnieje

Felieton/Technologie 11.05.2014
Jeśli czegoś nie ma w App Store, to nie istnieje

Jeśli czegoś nie ma w App Store, to nie istnieje

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Jeśli czegoś nie ma w Google, to znaczy, że to nie istnieje. Ileż to razy kwitowaliśmy naszą niewiedzę w ten sposób. A co, jeśli nie znajdziemy czegoś w App Store? Czy również pokusimy się o takie stwierdzenie?

Ostatnio przy okazji jednego wieczoru, uderzyła mnie pewna sprawa. Otóż siedzimy sobie wygodnie w fotelach, na ekranie telewizora leci serial. Jeszcze dwa odcinki i skończymy sezon. Jest grubo po 22:00. Bzzzt bzzzt. – Dostałeś SMS-a. – Nie, nie. To telefon mówi, że pora iść spać. Naprawdę? Rewind na podglądzie i przed moimi oczami ukazały się wszystkie te sytuacje, podczas których wspaniałe aplikacje dosłownie wyprowadziły nas w pole (o lesie nie wspominając).

not-on-appstore
Fot. http://notonappstore.com/

Całkiem niedawno w Internecie pojawił się pewien projekt dzięki sieci społecznościowej tumblr. „Not available on the App Store” to akcja, która ma na celu zwrócenie uwagi na świat zewnętrzny, ten dostępny poza aplikacjami na urządzenia mobilne. Twórcy zdecydowali się umieścić logo App Store na przedmiotach codziennego użytku, miejscach przestrzeni publicznej, zwierzętach czy ludziach. Napis „Not available on the App Store” ma na celu uświadomić i podkreślić, że poza ekranem smartfona czy tabletu istnieje coś jeszcze. Coś bardziej realne, lepiej dostępne, coś, co jest unikalne, jedyne w swoim rodzaju. Coś, czego nie można zastąpić.

Hej, to zwyczajne życie, które tracisz!

Aplikacje są jak toksyczni rodzice, wredny szef czy nieudany partner – mówią ci, o której masz iść spać, co masz jeść, a nawet jaki masz nastrój. Powiedzą ci, że jesteś za gruba i że zjadłaś na śniadanie aż 600 kalorii. Wiedzą, ile kroków zrobiłeś, gdzie i ile kilometrów przejechałeś na rowerze. Przy odrobinie szczęścia, niewiedzy albo po prostu skłonności ekshibicjonistycznych poinformujesz o tym całe grono znajomych na Facebooku, którzy będą mieli szansę zalajkować twoje obżarstwo (rzadko, prawie nigdy) albo fit styl życia (często, prawie zawsze).

endomondo

Sytuacja numer dwa. Spotykam znajomych na rowerze. Aktualnie siedzą na ławce, a rowery stoją obok. Gadamy chwilę, po czym oni ruszają w trasę. Kiedy ich pośladki prawie dotykają siodełka słyszę: – Stop! Muszę włączyć Endomondo, zanim ruszymy. – Cholera! Może ja też powinnam liczyć swoje kroki, nim dotarłam do wspomnianej ławki?

Sieć i te wszystkie udogodnienia dostępne w sklepach z aplikacjami przekraczają granice absurdu.

Mamy aplikacje, które poinformują nas o dniu, w którym rozpoczyna się owulacja (to nie dla was, panowie) oraz takie, które zmienią ekran naszego smartfona w lusterko (zawsze myślałam, że to cecha charakterystyczna dla dziewczynek z gimnazjum traktować swój telefon jak przedmiot ułatwiający zabawy z pomadką). Dzięki aplikacjom dowiemy się także, gdzie jest nasza kupa, zgasimy smartfonem świeczkę na torcie, sprawdzimy – mówiąc kolokwialnie – jak się bzykamy i czy arbuz, którego chcemy zakupić jest już odpowiednio dojrzały. Będziemy mogli także zdobyć towarzystwo prościej niż zaopatrzając się w humanoida (albo po prostu zapraszając znajomego do restauracji) oraz prowadzić pamiętnik naszego stolca.

Od roku 2008 do teraz liczba aplikacji w App Store wzrosła grubo ponad tysiąckrotnie. W Google Play dostępnych mamy ponad milion aplikacji, a w Windows Store, który funkcjonuje od niecałych dwóch lat ostatnio ich liczba przekroczyła 150 tysięcy. Całkiem niedawno na Spider’s Web informowaliśmy o wzroście ruchu mobilnego na stronie. Czy to właśnie na to jesteśmy skazani i o tym mówią te dane? Czy za kilka lat nikt już nie będzie korzystał ze stron internetowych za pomocą przeglądarki, a przerzucimy się na aplikacje od wszystkiego?

Media społecznościowe, poczta, bank to już sprawa codzienna i właściwie pierwszej potrzeby. Być może za niedługo nawet w ten sposób obsłużymy spłuczkę w toalecie. Pewnie stoję w opozycji do większości, ale w tej kwestii pozostaję w miarę tradycjonalistką (w miarę, bo prywatnie już dawno ogłosiłam erę post-PC). Nadal wolę poczekać z lekturą czy załatwieniem części spraw i skorzystać z Sieci na laptopie, a nie na smartfonie czy tablecie, który uważam w gruncie rzeczy za mało przydatne urządzenie.

Co się stało? Nie potrzeba już prawdziwych cyborgów. Został nim każdy z nas. Jestem nim i ja podłączona do Facebooka niemal 24 godziny na dobę.

Setki, tysiące aplikacji poprawiających inne aplikacje, łączących kilka aplikacji, aplikacje dla aplikacji, ulepszenia ulepszeń, aplikacje zmieniające smartfona w tablet, tablet w telewizor, telewizor w naszą głowę. Jakaś pieprzona redundancja. O tym, że fajnie jest na murku, dowiadujemy się z Demotywatorów. Ba, nawet wspomniany projekt „Not available on the App Store” musi odwoływać się do Sieci, technologii, żeby pokazać jak genialnie jest na zewnątrz. Tam, gdzie toczy się prawdziwe życie, które ma być… slow. Szkoda tylko, że tzw. slow life to jakiś termin czysto marketingowy. Wymyślony zapewne tylko po to, aby móc do niego dokleić kolejną aplikację. Bo my kochamy uwirtualniać to, co za oknem.

A ja uwielbiam móc się odłączyć. Wyciągnąć wtyczkę z głowy, zgasić zielone kółeczko. Być offline. I onlive.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Tagi:

Dołącz do dyskusji

Advertisement