Homeopatia – największe oszustwo w dziejach medycyny czy niedoceniony potencjał?

Artykuł/Longform 12.04.2014
Homeopatia – największe oszustwo w dziejach medycyny czy niedoceniony potencjał?

Homeopatia – największe oszustwo w dziejach medycyny czy niedoceniony potencjał?

Ostatnio media obiegła informacja o wprowadzeniu homeopatii jako kierunku podyplomowego na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Reakcje były różne. Niektórzy temu przyklasnęli, niektórzy wzięli za spóźniony żart prima-aprilisowy, a jeszcze inni zareagowali oburzeniem. O co w takim razie chodzi z tą homeopatią?

Nie wiadomo dlaczego właśnie ten fakt przedostał się do mediów – bo nie był to pierwszy przypadek, gdy polska uczelnia wspiera homeopatię swoim autorytetem. Dla przykładu, w zeszłym roku na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu odbyła się konferencja, zatytułowana Medycyna Zintegrowana: Homeopatia a nowy paradygmat w nauce.

Znam wiele osób nie zainteresowanych dotąd tematem obecności homeopatii na uczelniach, które nie wiedzą jak oceniać decyzję władz Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Często padają stwierdzenia typu “cóż to szkodzi” – skoro leki homeopatyczne nie szkodzą, pozwólmy je stosować.

Ponieważ wierzę, że każdy potrafi sam dojść do własnych wniosków, chciałbym to umożliwić naszym czytelnikom. Umówmy się, że opiszę fakty dotyczące homeopatii, a każdy sam oceni, czy jest to dziedzina medycyny godna wykładania na uczelni medycznej.

Na początku był Hahnemann

Zacznijmy od początku, czyli od powstania homeopatii. Jest osiemnasty wiek. Niemiecki poliglota, syn artysty tworzącego obrazy na porcelanie, żyje z tłumaczeń książek, ale ciągnie go do medycyny. Nazywa się Samuel Hahnemann.

Mimo swojego niedużego majątku, udaje mu się studiować w Lipsku, Wiedniu i Erlangen – wszędzie od kilku miesięcy do dwóch lat. Po skończeniu studiów zostaje wioskowym lekarzem Mansfeld w niemieckiej Saksonii. Jest jednak wciąż niespokojnym duchem. Rzuca pracę lekarza i zaczyna podróżować. Może dodatkowo do podróży zachęcał go fakt, że dorobił się jedenaściorga dzieci…

Samuel Hahnemann
Samuel Hahnemann

Nie będąc zadowolonym z ówczesnych praktyk medycznych (trudno mu się dziwić, stosowano wtedy na przykład pijawki czy okłady z wody), postanowił stworzyć własną teorię medyczną. Jak się później okaże, do końca swojego życia stworzy ich więcej. Między innymi taką, według której za wszystkie choroby odpowiada picie kawy oraz inną, według której za wszystkie choroby odpowiada kontakt z mchem leśnym. Jednak tylko jedna z nich znajdzie sobie ogromny poklask.

Nazwie ją: homeopatia. Po zanalizowaniu praktyki medycznej dochodzi do (poniekąd słusznego wniosku), że medycyna próbuje leczyć przez zastosowanie przeciwnego efektu. Gorączkę leczy się środkiem przeciwgorączkowym. Przy zatruciu podaje się odtrutkę, a środek przeciwkaszlowy na kaszel. Nazwał to ogólnie: alopatią, czyli “leczeniem przeciwnościami”.

Nie wiedział wtedy o tym, ale stworzył tym samym słowo-klucz, którymi do dziś szafują zwolennicy homeopatii. Neurologia i stomatologia, kardiologia i dermatologia – to wszystko kwitowane jest jednym słowem: alopatia.

Hahnemann zaproponował coś jako alternatywę. Skoro, jak widział, alopatia nie działa za dobrze, czas stworzyć coś odwrotnego. Coś, co będzie zakładało leczenie nie przeciwnościami, ale podobieństwami. Komuś zatrutemu podamy zatem drobną dawkę trucizny.

Założył sobie, że trucizna zadziała tym mocniej z odwrotnym skutkiem im lepiej będzie rozcieńczona. Zaczął więc rozcieńczać… i homeopaci robią to do dziś. Jest to chyba jedyny przypadek, w którym nic się od ponad 100 lat nie zmienia w jakimś sposobie leczenia, a cała jego koncepcja nie ma podstaw naukowych, tylko założenie dokonane na przełomie XVIII i XIX wieku przez Hahnemanna.

Rodzą się podstawy “teoretyczne” homeopatii

Rozcieńczanie jest podstawową metodą tworzenia homeopatycznych leków. Roztwory stosowane przez homeopatię sięgają jednej części w 10400 jednostek (10 do potęgi 400). Skalę rozcieńczenia nazywamy potencją homeopatyczną. Często aby “wzmocnić” potencję, stosuje się dodatkowo potrząsanie roztworu.

Czy przy takim stopniu rozcieńczenia jesteśmy w stanie sprawdzić, czy w roztworze jest choć ślad rozprowadzanej substancji? Jesteśmy w stanie to określić – mówi o tym tzw. liczba Avogadro. Liczba ta wynosi 6 x 1023 i opisuje liczbę cząsteczek substancji w molu. W uproszczeniu: jeśli coś rozcieńczymy bardziej niż jednostkę na 6 x 1023, to uznajemy to w chemii za czystą wodę, a nie za roztwór.

Jean Perrin
Jean Perrin

Czyli wszystkie leki homeopatyczne z zasady nie zawierają żadnej substancji czynnej. Hahnemanna nie zbiło to z tropu. Co prawda odkrycie Jeana-Babtiste Perrina przyszło później, ale podejrzewał, że są granice rozcieńczania. Postanowił zrobić, jak to mówią, z grzechu cnotę i popuścił wodze fantazji. W wodzie zostaje pamięć – stwierdził. Duch substancji! Działa on jeszcze lepiej niż roztwór!

Choć trudno w to uwierzyć, homeopaci do dziś biorą “pamięć wody” za dobrą monetę. Często ubierają to współcześnie w lepiej brzmiące słowa typu “wibracje cząsteczek”, jednak chodzi wciąż o to samo – o koncepcję, że w czasie kontaktu wody z substancją rozcieńczaną woda przejmuje jej cechy.

Podstawy homeopatii są sprzeczne ze współczesną wiedzą na temat medycyny i patogenezy chorób. Tłumaczenie zasady działania “leków” homeopatycznych stoi w sprzeczności z naszą wiedzą o chemii, fizyce i medycynie. To po prostu nie może działać.

Co jest w środku?

Ale przecież, zawoła czytelnik, w aptece można kupić leki homeopatyczne! Co właściwie kupujemy, decydując się na “leczenie” jednym z nich.

Jako przykład weźmy najpopularniejszy chyba w Polsce lek homeopatyczny: Oscillococcinum. Gdy zajrzymy do ulotki, zobaczymy w składzie co następuje:

Anas barbariae hepatis et cordis extractum 200K

Co to może oznaczać? Oznaczenie 200K to tzw. oznaczenie centymalne potencji homeopatycznej. 200K akurat jest szczególnie ciekawym przypadkiem, ponieważ oznacza rozcieńczenie jednostki na 10400 miar. Liczba atomów we Wszchświecie szacowana jest na 1080. Dość dowcipnie jest napisane o tym w Wikipedii:

Żeby pochłonąć jeden atom substancji czynnej pacjent musiałby pochłonąć 10320 wszechświatów wypełnionych wyłącznie Oscillococcinum (10320= 1080 × 1080 × 1080 × 1080 gdzie 1080 to liczba atomów w naszym wszechświecie)

Oczywiście, pacjent nie wierzący w moc pamięci wody i wibrujących cząsteczek. Jeśli nie wierzy, to dla niego 1g Oscillococcinum to po prostu 0,85 g cukru spożywczego i 0,15 g laktozy. Nic więcej. Jeśli zaś w to wierzy – to wystarczy mu przepisana ilość specyfiku, bo oprócz cukru i laktozy jest tam też duch substancji czynnej.

OSCILLOCOCCINUM-BOX1

Dlaczego to jest w ogóle legalne?

Jak to się więc dzieje, że leki homeopatyczne można sprzedawać w aptekach? Tyle się przecież czyta o konieczności badań klinicznych, udowodnienia że lek działa na leczone choroby etc.

I tutaj kolejna niespodzianka dla dociekliwego czytelnika: z tych zasad są prawnie w Polsce wykluczone tzw. leki homeopatyczne. Gdy wczytamy się w “Ustawę o prawie farmaceutycznym”, widzimy m.in. następujący ustęp (Art 21.)

1. Produkty lecznicze homeopatyczne, które:

1) są podawane doustnie lub zewnętrznie,

2) w oznakowaniu i ulotce nie zawierają wskazań do stosowania,

3) charakteryzują się odpowiednim stopniem rozcieńczenia, gwarantującym bezpieczeństwo stosowania; to jest nie zawierają więcej niż 1/10.000 części roztworu macierzystego lub nie więcej niż 1/100 najmniejszej dawki substancji czynnej zawartej w produkcie leczniczym wydawanym na podstawie recepty

– podlegają uproszczonej procedurze dopuszczenia do obrotu.

Ten ustęp powstał w 2001 roku. W 2013 roku dodatkowo złagodzono przepisy, zwalniając producentów leków homeopatycznych z wymogu przedstawiania badań klinicznych. Media interesowały się bardzo losami wielu ustaw, ciekawiłoby mnie bardzo jak powstawała ta właśnie ustawa. Jak to się stało, że takie ustępy się w niej znalazły.

Sprzedaż leków homeopatycznych to ogromny biznes. Wystarczy wziąć pod uwagę fakt, że ich produkcja jest bardzo tania i nieobarczona kosztami żadnych badań. Ich zwolennicy i producenci często jednak odwołują się to fałszywej alternatywy: kupuj leki homeopatyczne, to nie będziesz płacił wielkim firmom farmaceutycznym.

Szkodliwość homeopatii

A co z podejściem typu: “cóż to może szkodzić?”. Jak się okazuje, może. Niepodanie prawdziwego leku lub pójście do praktykującego homeopaty zamiast do prawdziwego lekarza, może skończyć się śmiercią.

Tak jak skończyło się tragicznie leczenie np. Malki Sitner z Izraela, której rodzice wyrzucili receptę na antybiotyki i podali leki homeopatyczne. Zmarła w wieku 1 roku. Podobnie było z leczeniem Australijki Glorii Thomas, u której zdiagnozowano łatwą do wyleczenia chorobę skóry. Zmarła na sepsę w wieku 9 miesięcy, po podaniu wyłącznie leków homeopatycznych. Sąd uznał, że wyleczenie “konwencjonalnymi” metodami było pewne. Tak samo leczenie Jaspara Tomlinsona, którego rodzice byli znanymi w Anglii propagatorami “homeopatii i naturopatii”…

Przykłady moglibyśmy mnożyć. Z każdym z nich coraz bardziej przerażające wydają mi się artykuły, których pełna jest polska Sieć. Ot, na przykład artykuł na stronie Poradnik Zdrowie. Artykuł to wywiad z panią prezes Polskiego Towarzystwa Homeopatii Klinicznej. Okulistką. W wywiadzie pani prezes mówi np.

Kiedy przychodzi do mnie pacjent na wizytę okulistyczną, zawsze na koniec pytam, jaka terapia będzie mu odpowiadała i czy mam przepisać leki chemiczne czy także homeopatyczne.

Pani prezes dokonuje tutaj kolejnej manipulacji: leki oparte na badaniach naukowych nazywa “lekami chemicznymi” – bazuje to na “strachu przed chemią” który dotknął wielu z nas.

Przytoczone w tym wpisie fakty na temat homeopatii nie są złośliwym przerysowaniem. Są to faktyczne założenia tej dziedziny leczenia i takie będą wykładane na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Potwierdza to opublikowany przez uczelnię plan nauczania tego przedmiotu.

Nie zakończę tego wpisu konkluzją. Chciałbym, aby każdy z nas odpowiedział sobie, gdzie naprawdę jest ściema, duża kasa i manipulacja. I szafowanie ludzkim zdrowiem i życiem.

Fotografia globuli pochodzi z serwisu ShutterStock.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji