Nie wszystek umrę, czyli nie chcę przepaść w sieci po śmierci

Felieton/Social media 28.03.2014
Nie wszystek umrę, czyli nie chcę przepaść w sieci po śmierci

Nie wszystek umrę, czyli nie chcę przepaść w sieci po śmierci

Śniło mi się, że umarłam. Tak po prostu. I że wszystkie moje dane – maile, rozmowy, pliki w chmurze, zdjęcia – szlag trafił. Zrobiło mi się smutno, bo przecież to cześć mnie.

Dlaczego moi bliscy mogą po mojej śmierci przejrzeć to, co zostawię w formie fizycznej, moje drobiazgi i dokumenty, ale tych cyfrowych już nie będą mieli okazji? Jak dotrą do moich umów z operatorem komórkowym, z dostawcą internetu stacjonarnego, do numerów osób, które trzeba powiadomić o tym, że nie jestem już wśród żywych? Przecież te najważniejsze rzeczy życia codziennego, prostych spraw siedzą u mnie w smartfonie poblokowanym kodami, w zahasłowanych chmurach, które blokują dostęp przy wielokrotnych próbach dostania się do środka.

Czy rzeczy, które mówią o mnie pewnie więcej, niż wszystkie fizyczne przedmioty mają przepaść, zostać na różnych serwerach, by po latach zostać skasowane?

Czasem myślę, że gdyby poskładać wszystkie elementy wirtualnej bytności osób takich jak ja, spędzających w sieci tyle samo czasu co w rzeczywistości, powstałby najbardziej wymowny, prawdziwy i akuratny, choć niefizyczny pomnik tego, kim byłam.

Wszyscy przecież chcemy, by coś po nas zostało. Coś, co mówi kim byliśmy.

W sieci zostawiamy najintymniejsze ślady. Coś w sposobie pisania maili, w zdjęciach które robimy, w serwisach po których się poruszamy. Gdybyście zobaczyli nie samą treść, a formę, poznalibyście mnie lepiej niż wielu moich znajomych. Z kim i jak rozmawiam, co wtedy wyszukuję, oglądam. Z historii korzystania z internetu i aplikacji złożonej w jedno wyczytać można dużo. Gdybyście do tego dodali treść, mielibyście mnie jak nikt inny.

Mam wrażenie, że zostawiam za sobą zagadkę, ukladankę czynów i emocji zapisanej w zerach i jedynkach. Zamiast pamiętnika. Kiedyś miałabym głupawą nadzieję, że gdy umrę ktoś kto mnie kocha przeczyta pamiętnik. Dziś mam nadzieję, że po mojej śmierci ktoś poskłada moje porozrzucane po internecie prawdziwe ja. Nie wiem po co. Nie wszystek umrę czy coś.

google

Internet to nie rzeczywistość. Mimo, że coraz większą część życia prowadzimy w sieci, wirtualne dobra i dane nie są traktowane po śmierci właściciela tak jak fizyczne przedmioty. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, bo to wyjątkowo drażliwy temat. W rzeczywistości nie zapisujemy każdej rozmowy na żywo czy przez telefon, a do takich porównać trzeba historię rozmów mailowych czy na komunikatorach. Niejeden zmarły mógłby sobie po prostu nie życzyć udostępniania takich informacji z wielu powodów – by nie zranić bliskich, by nie sprawić kłopotu osobom trzecim..

Z drugiej strony obok rzeczy bardzo prywatnych przez internet załatwiamy też wiele oficjalnych spraw. Coraz częściej korzystamy z e-faktur, z usług internetowych, coraz częściej płacimy w sieci i tam trzymamy w kalendarzach i aplikacjach notatki i ważne informacje. Takie, które bliscy odnaleźliby kiedyś po śmierci w biurku, zapisane na papierze.

Zastanawiałeś się kiedyś, komu chcesz zostawić wirtualne dane po śmierci?

Chciałabym, by po mojej śmierci bliscy dostali dostęp do konkretnych miejsc w sieci. Może też by ktoś miał dostęp do wszystkiego, by mógł pośmiertnie poskładać mnie z tysięcy kawałków. Chciałabym może, żeby zaufana osoba sama zdecydowała, co udostępnić komu – tak, żeby nikomu z żywych nie zrobić krzywdy.

Mogłabym skorzystać z jednego z setek serwisów do przechowywania informacji udostępnianych konkretnym osobom po śmierci użytkownika. Niektóre pozwalają na wrzucanie haseł i loginów, inne przesyłają pośmiertne maile, jeszcze inne agregują wszystko i umożliwiają zapisywanie plików.

Mogłabym już teraz za życia dać komuś dostęp do moich kont. Mogłabym w miejscach, które na to pozwalają, np. Google, ustawić odbiorców moich danych, które zostaną przesłane po kilku miesiącach nieaktywności.

facebook

Problemów jest jednak kilka. “Serwisy pośmiertne” są niepewne. Są firmami zewnętrznymi, które nie wiadomo, czy za rok, za dwa lata będą istnieć. Poza tym wymagają jakiegoś bodźca, informacji o śmierci i najczęściej w tym celu wymagają wskazania dwóch zaufanych osób, które poinformują o śmierci użytkownika. Bezpośrednie oddanie komuś danych logowania do kont grozi grzebaniem w prywatnych sprawach za życia. Ustanowienie spadkobierców w serwisach, które to umożliwiają jest w porządku, problem w tym, że niewiele serwisów oferuje taką opcję a poza tym dane zostają udostępnione po długim czasie.

Tak w ogóle chciałabym, by moje konta po śmierci zniknęły, nie straszyły żyjących, nie odbierały maili i wiadomości. Okazuje się, że to też nie jest proste i nie ma tu jednej zasady. Po pierwsze bliscy muszą znać usługi, z których korzystam. Po drugie muszą wysyłać wnioski do usługodawców, którzy ustalają dowolne zasady. Do Gmaila można uzyskać dostęp składając odpowiednie dokumenty i wnioski, inni dostawcy po zweryfikowaniu zgłoszeń blokują konta, ale poczty nie udostępniają, jeszcze inni nie robią nic i konta pozostają aktywne.

Facebook pozwala na przekształcanie konta zmarłego na konto “In Memoriam” lub całkowite usunięcie, Twitter na pozostawienie w stanie nienaruszonym lub usunięcie, ale nie dadzą dostępu do danych. Co usługa to obyczaj. Bliscy zmarłego, jeśli chcą coś zdziałać, muszą czasem nawet zwrócić się do sądu, co również ma różne skutki.

Może po prostu powinnam trzymać nazwy usług, loginy i hasła na kartce schowanej gdzieś w mieszkaniu i uaktualniać je na bieżąco. To ułatwiłoby sprawę.

Wiem natomiast, że nie chcę, żeby to wszystko przepadło. Nigdzie nie zostawiłam więcej różnej, prywatnej siebie, niż w sieci.

Grafika Digital Perspectives series. Abstract design made of numbers pochodzi z serwisu Shutterstock.com

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement