Wizyta u lekarza to podróż do początków XX wieku. O nowych technologiach nikt tu nie słyszał

Felieton/Technologie 14.01.2014
Wizyta u lekarza to podróż do początków XX wieku. O nowych technologiach nikt tu nie słyszał

Wizyta u lekarza to podróż do początków XX wieku. O nowych technologiach nikt tu nie słyszał

Nie toleruję usług, które nie spełniają moich oczekiwań. O ile mam możliwość, natychmiast z nich rezygnuję. Niestety w przypadku Narodowego Funduszu Zdrowia nie było to możliwe, przez co musiałem przebyć podróż w czasie do początków poprzedniego stulecia, do dni, w których Internet nie istniał nawet w sennych marzeniach, a znachor, obok wójta i księdza, był jedną z najbardziej poważanych osób w lokalnej społeczności. Nowe technologie? Nikt tu o nich nie słyszał. Bo po co zmieniać coś… co w ogóle nie działa dobrze?

Ostrzegam, tutaj zaczyna się typowo blogowa historia typu „Co było u mnie i czemu tak źle”. Moja druga, lepsza, połówka miała problemy zdrowotne. Zaczęły się one  w nocy, więc poszliśmy do wieczornej przychodni. Znajdujący się w niej lekarz orzekł, że konieczne jest podłączenie kroplówki, jednak jako że nie miał jej na stanie, zalecił nawadnianie się w tradycyjny sposób i gdyby to nie pomogło, zgłoszenie się do najbliższej przychodni po kroplówkę następnego dnia.

To co było proste w teorii, okazało się niezwykle trudne w praktyce.

Ból nie ustał, więc z samego rana  ubraliśmy się i wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiej przychodni. Po zgłoszeniu się do przychodni, lekarz nie miał wolnych miejsc, gdyż co 20 minut przyjmował jednego pacjenta. Tak było w grafiku i o dziwo ludzie się go trzymali. Godna pochwały dyscyplina.

Pigułki

Przyznać muszę, że organizacja była świetna, gdyż korytarz przed gabinetem lekarskim był pusty. W trakcie naszego oczekiwania zgłosiło się zaledwie dwóch pacjentów, z których każdy wszedł na minutę po podbicie recepty. Mimo to lekarz z uwagi na pełny grafik nie mógł nas przyjąć, a na uwagi o konieczności podpięcia kroplówki odpowiedział tym, że nie może uwierzyć nam na słowo i nie ma czasu na sprawdzenie, czy poprzedni lekarz przypadkiem się nie pomylił.

Gdy to usłyszałem, w mojej głowie zaczął tworzyć się monolog na temat poziomu polskich wyższych uczelni medycznych. Jak lichy musi być w nich poziom, że lekarz nie może zaufać swojemu koledze po fachu? Monolog skończył się szybciej niż zaczął, bo Pani doktor zwróciła mi mój problem w postaci niewiasty, niezbyt uprzejmie wypraszając ją z gabinetu. Z kolei miłe Panie z recepcji odesłały nas do szpitala znajdującego się o 10 kilometrów dalej, w centrum Warszawy. Po przetransportowaniu się we wskazane miejsce wiedziałem, że nasza gehenna niebawem się skończy.

Centralny szpital, ostry dyżur, tam nie mogli odmówić.

I już 10 kilometrów dalej oraz trzy godziny później moja druga połówka została dokładnie przebadana i otrzymała… Nikt by się tego nie spodziewał – kroplówkę.

Medicine doctor hand working with modern computer interface as concept

Gdy to się stało, byłem jednocześnie szczęśliwy i najzwyczajniej w świecie wściekły. Z jednej strony cieszyłem się, że koszmar już się skończył, bo po podłączeniu kroplówki dziewczyna odżyła.

Jednak w mojej głowie pojawiło się też zirytowanie połączone z pytaniem: „Dlaczego lekarz nie mógł sprawdzić w bazie danych, co zalecił jego poprzednik?”.

Odpowiedź na to jest prosta, bo takiej bazy danych nie ma.

Czemu? Nie wiem. Osobiście wydaje mi się, że w takich nagłych wypadkach lepiej jest kontynuować leczenie, zamiast tak naprawdę zaczynać je od nowa. Podłączenie kroplówki zajęłoby kilkanaście minut, zeszłaby ona w dwie, może trzy godziny. Przychodnia oszczędziłaby mi 20 kilometrów drogi, kilku godzin oczekiwania i ogólnie zmarnowanego całego dnia, bo przychodnię mam pod moim blokiem, jakieś 9,5 kilometra bliżej niż wspomniany szpital.

Ale po co, skoro zasada “klient nasz Pan” w tym wypadku nie funkcjonuje, gdyż klient NFZ nie ma możliwości skorzystania z usług konkurencji, bo ta… nie istnieje.

lekarze

Nawet jeśli ubezpieczy się dodatkowo, to jego podstawowa składka i tak będzie spływać do Narodowego Funduszu Zdrowia. Krótko mówiąc, organizacja nie musi się o nic martwić, bo co by się nie działo, pieniądze i tak będą do niej trafiać. A skoro nie musi się martwić, to nie ma się również po co starać. W gruncie rzeczy zabawny jest fakt, że instytucją wymagającą gruntownego uzdrowienia jest Narodowy Fundusz Zdrowia, nieprawdaż?

O innych możliwościach informatyzacji nie będę nawet wspominał. Rejestracja przez smartfona lub Internet połączona z wybraniem rodzaju wizyty? Nie ma, mimo że wypisanie recepty zajmuje 5-10 minut, a wizyta lekarska znacznie dłużej. Wyświetlanie kolejki i godziny wizyty na ekranie smartfona? Niepotrzebna innowacja, w końcu pacjent ma przyjść do przychodni i siedzieć niczym ta kura na grzędzie, aż swoje wysiedzi. Czas jego ani jego bliskich nie jest nic wart.

Przecież skoro mógł przyjechać do przychodni lub szpitala, oznacza to, że może tu siedzieć bez końca.

lekarz

Niestety informatyzacja polskiej służby zdrowia skończyła się na systemie Ewuś, który od dwóch lat uparcie pokazuje mi, że nie jestem ubezpieczony, mimo że stan faktyczny jest zupełnie inny. Przez to przed każdą wizytą lekarską muszę podpisywać kupę papierków w rejestracji i przynosić jeszcze kilka własnych z ZUSu, który też jest głuchy na prośby zmiany mojego statusu w systemie. Krótko mówiąc przed każdą wizytą muszę udowadniać, że nie jestem koniem. Przepraszam, ale jeśli to jest, dwudziesty pierwszy wiek, to ja jestem cesarzem Chin.

希望你早日康复。

Zdjęcia healthcare, medical and technology – doctor with patients in hospitalAngry crazy asian doctor with a syringeMedicine doctor hand working with modern computer interface as concept pochodzą z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

*/ ?>
Advertisement