Gdy przestajesz mówić językiem internetu, przestajesz rozumieć internet

Felieton/Technologie 14.01.2014
Gdy przestajesz mówić językiem internetu, przestajesz rozumieć internet

Gdy przestajesz mówić językiem internetu, przestajesz rozumieć internet

#nikogo. Jak poznać, że z osoby biegłej w świecie internetu stajesz się sieciowym zgredem? To zaczyna się, gdy przestajesz mówić językiem internetu.

Język internetu to specyficzny, kilkuwymiarowy sposób porozumiewania się w świecie ograniczonych znakami wiadomości, komentarzy, to język obrazkowy i język nawiązujący do aktualności, często oderwanych od pozainternetowego świata.

Masz czasem ochotę wkleić jakiś konkretny obrazek czy link do jakiegoś popularnego wideo na YouTube? zamiast pisać komentarz? To język internetu.

Ktoś może powiedzieć, że językiem internetu jest angielski. W końcu wiele stron posiada wersje anglojęzyczne, po angielsku dogadamy się z wieloma ludźmi. Ktoś będzie oponował, że chiński ze względu na ogrom chińskich internautów. Ale jeśli skupimy się na “naszym”, zachodnim internecie i sposób komunikacji młodych ludzi spędzających w sieci sporą część życia okaże się, że trzeba zejść głębiej.

Język internetu zakłada śledzenie sieci na bieżąco. Jeśli nie znasz najnowszych memów – a te zmieniają się przecież coraz szybciej, nie śledzisz powiedzonek, skrótów i smaczków nie zrozumiesz sporej części przekazów.

Starzeję się coraz szybciej, bo coraz częściej rówieśnicy wrzucają coś na fejsbuka czy twittera, a ja nie wiem, o co chodzi.

Wiem, co to maść na ból dupy, że hashtag #nikogo oznacza “nikogo to nie interesuje”, że “5/10, nie polecam” to pseudorecenzja produktu, że wrzucenie obrazka z Karolem Strasburgerem w komentarz na fejsie to danie znać, że status jest suchy i nieśmieszny, że czasem gif wyraża więcej, niż tysiąc słów.

nikogo

Jednak coraz częściej gubię się w tych zawiłościach internetowej komunikacji. Ledwo przyzwyczaję się do czegoś, to okazuje się, że to jest już przestarzałe. Tak było z Piesełem – dalej nie kumam, o co biega, wiem co to doge ale nie ogarniam smaczku piesełowatości. Jednak zaakceptowalam ją w końcu i nagle dowiaduję się, że Pieseł jest już passe.

Cholera. Ja dalej po 2 niemal latach mam ochotę co piątek wrzucać na Twittera “Friday” Rebbeci Black, mimo źe ta nagrała już sobotę!

Mimo, że metryka świadczy, że jestem wciąż młoda – bliżej mi do 20 niż do 30 – to czasem czuję się jak internetowy zgred. Bo nie nadążam za ewolucją języka internetu, który zienia się coraz szybciej i szybciej, tak jakby miał w końcu wybuchnąć i pochłonąć ze sobą wszystkich internautów.

piesel
WTF?

Tak, jakby mówiący nim szybko nudzili się forma albo próbowali doprowadzić język internetu do perfekcji. Stworzyć połączenie słów, dźwieków, skrótów, obrazów i znaczeń tylko dla wtajemniczonych, które w całości pozwalają komunikować się szybciej i efektywniej.

Przecież wiadomo, że nikt dziś nie ma czasu i inne takie bzdury. Sama łapałam się niejednokrotnie na tym, że nie chciało mi się wklepywać ręcznie komentarza, a w głowie pojawiał mi się zobaczony gdzieś kiedyś obraz. I wyrażał – przynajmniej tym znającym język interetu – faktycznie więcej, niż tysiąc słów.

Szkoda, że jest to język tylko dla tych, którzy aktywnie siedząw internecie, głównie dla młodych. Przecież to zwłaszcza ich chłonne, świeże umysły łapią wszystko w mig, bez wysiłku jaki przychodzi nam, ludziom internetowo starym.

Szkoda, bo język internetu mógłby być najlepszym językiem świata. Połączeniem hieroglifów, pisma obrazkowego, znaków dymnych, bębnów, słów i prawie telepatii.

Lepszym od Esperanto, bo już porozumiewa się nim więcej osób.

Rozumie to Facebook, który kupił Instagrama  i pozwolił komentować za pomocą grafik, rozumie Twitter, który stworzył Vine i wspiera hashtagi. To już się dzieje.

Zdjęcie alphabet wood blocks forming the word lol. Vintage process. pochodzi z serwisu Shutterstock.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement