Nie ufaj internetowi, nie ufaj mi

Felieton/Social media 04.11.2013
Nie ufaj internetowi, nie ufaj mi

Nie ufaj internetowi, nie ufaj mi

Głupio to zabrzmi, bo przecież pracuję w internecie, ale… nie wierzcie w nic, co przeczytacie w Sieci. Komentarze, opinie, artykuły, a nawet teksty blogowe – w tym moje – powinny służyć jako punkt wyjścia, treści, które należy poddać w wątpliwość. W większości słuszną.

W ostatnim tygodniu polskie media zaczynają odkrywać coś, o czym mówię i piszę od dawna – że ogromna część internetu to ściema, opłacona, reklamowa i udająca treści płynące od użytkowników i przeciętnych internautów. Takie bzdury pojawiają się w komentarzach, na stronach z opiniami ale – i to jest chyba najgorsze – także w formie artykułów i wpisów blogowych wszelkiej maści. Coraz częściej nieoznaczonych, coraz częściej dobrze pozycjonowanych, wyświetlających się na górze wyników wyszukiwania.

Samsung dostał karę za umieszczanie w sieci, za pośrednictwem dwóch zewnętrznych firm, pozytywnych dla siebie i negatywnych dla konkurencji komentarzy. Rzecz działa się na Tajwanie, kara dla Samsunga stosunkowo niewielka, bo 340 tysięcy dolarów, ale niesmak pozostał. Niesmak, bo każdy trzeźwo myślący człowiek pomyśli, że skoro firma robiła takie rzeczy w jednym kraju, to w drugim czy trzecim też pewnie nie miała oporu. Ale człowiek szybko o tym zapomni i niczym owca przy następnych zakupach opinii będzie szukał w internecie.

A to nie tylko Samsung. Podobne, często wiarygodne zarzuty wystawiano również innym firmom – tym od systemów operacyjnych, smartfonów, sprzętu AGD, produktów spożywczych czy usług pogrzebowych.

Nieco ponad rok temu pisałam o przewidywaniach Gartnera, jakoby do 2014 roku 10-15% recenzji w sieci ma być opłaconych i – mówiąc wprost – fałszywych. 2014 rok tuż-tuż, czy Gartner miał rację?

Ile ściemy w sieci?

Nie ma takich danych. I nie będzie. Dlatego, że zwyczajnie nie da się tego policzyć. Samsung oberwał za komentarze, za fałszowanie benchmarków, ale tylko dlatego, że był nieostrożny. Inni wciąż zakrzywiają rzeczywistość i uchodzi im to płazem. Często nawet eksperci od wizerunku nie potrafią ocenić, czy dany tekst-opinia jest fałszywa lub nie.

A przecież z etyką nie ma to nic wspólnego. Wynajęty przez firmę/agencję marketingową wprawiony komentator, który uwiarygadnia samego siebie tworzeniem całej internetowej tożsamości, piszący komentarze czy opinie o firmie lub produkcie zwyczajnie, po chamsku i bezczelnie wprowadza w błąd. Można odwoływać się do kodeksów, a można po ludzku pomyśleć, czy takie działania są fair.

Bo nie dość, że zakrzywia się rzeczywistość i namawia ludzi do tracenia czasu i pieniędzy na produkty niekoniecznie wartościowe, to na dodatek zaśmieca się internet stertami bzdur, które zaczynają odbijać się bardzo negatywnie na wszystkim, również na wyszukiwarkach i ich jakości.

Przykład? Bliska mi osoba szuka sposobu na zainwestowanie pieniędzy. Ma być bezpiecznie, niekoniecznie bardzo zyskownie. Wpisuje w Google’a odpowiednie frazy, ale proste, nieskomplikowane, i szybko okazuje się, że istnieje jakiś ciekawy produkt finansowy, kilka artykułów na wydawałoby się bardzo zaufanych stronach, również popularnego tygodnika (dostępne nawet w formie wyróżnienia w Google’u w postaci “Wiadomości dla…”), wypowiada się o nim pozytywnie, wskazując drobne wady, ale eksponując przede wszystkim zalety. Osoba zaczyna przekonywać się do tej formy, zastanawiając się, czy zamiast zwykłej lokaty nie warto byłoby trochę zaryzykować z wizją większego zysku.

Wystarczyło nieco czasu i umiejętności “współpracy z Google’em”, by dowiedzieć się, że produkt finansowy dostępny jest tylko w kilku bankach, że część z artykułów chwalących go to teksty opłacone (informacje o tym często ukryte na stronie obok innych rzeczy tak, że zauważyć je to cud), reszta, ta nieoznaczona, pewnie też. Takie teksty, pseudoartykuły, nie wspominając konkretnych produktów mają za zadanie wzbudzić zaufanie odbiorców i przekonać do typu produktu – świadomość jego istnienia wzrośnie, co przy odpowiednim zaplanowaniu akcji może przełożyć się na realny zysk dla banku zlecającego.

Ile ściemy w Google’u?

To taki zwykły, najzwyklejszy przykład tego, jak wygląda dzisiejszy internet, wypełniony marketingowym bełkotem udającym zwykłe treści i akcjami “kierowanymi nie na bezpośrednią sprzedaż, a na budowanie świadomości/wizerunku/inne gadki sprzedażowe”.

Dostajemy więc dwa typy fałszywek w sieci. Te udające komentarze zwykłych użytkowników, które odpowiadają za tak zwany “social shopping”, pojęcie wymyślone przez właścicieli porównywarek i innych czerpiących korzyści z opinii społeczności i te udające opinie czy analizy eksperckie. Oba typy podkopują wiarygodność całego internetu i sprawiają, że nie warto ufać niczemu, co się czyta.

Przecież i Wikipedia manipulowana jest na ogromną skalę, a to pewnie tylko wierzchołek góry lodowej.

Na jednej z popularnych stron zamieszczono kilka dni temu wywiad z pracownikiem firmy zajmującej się publikowaniem wiarygodnych komentarzy przychylnych firmie na zlecenie. Przepytywany mówił, jakie to złe, niemoralne i niezgodne z prawem, że proceder jest szeroko zakrojony i wchodzi nawet w wydawałoby się zaufane strony opiniowe.

Dzień później na tej samej stronie pojawia się tekst o tym, jak to “social shopping” jest wspaniały, że 72% internautów wierzy takim opiniom, a porównywarki cenowe to przy tym świetne narzędzie! Na głównej mały znaczek “akcja partnerska”, nad tekstem już żadnej wspominki, że zapłaciła za niego jedna z porównywarek, gdzieś w środku malutką szarą czcionką na szarym tle informacja o “partnerze”. Reklama znaczy.

Wpisuję w Google “social shopping”, udaję, że chcę dowiedzieć się czegoś o zjawisku i czy warto w ogóle ufać takiej formie kupowania. Wspomniany wyżej tekst-reklama pojawia się jako czwarty wynik w wyszukiwarce, w Google’u oczywiście bez dopisku, że jest reklamą. Idę o zakład, że szarego dopisku na szarym tle w tekście nie zauważy 90% osób, które trafi na niego bezpośrednio z Google’a.

Tak wypełnia się Google’a bzdurami, a potem narzeka, że wyniki wyszukiwania są coraz słabsze.

I ponieważ cenię sobie wyszukiwarkę oraz nie lubię oszukiwania – bo tak to przecież można nazwać – wyrządzającego często realne, materialne szkody mniej świadomym internautom mam jedno marzenie.

Chciałabym, by kolejna duża aktualizacja algorytmów Google’a przyniosła duże zmiany. By algorytmy potrafiły rozpoznać opłacone teksty małpujące te redakcyjne i traktowały je jako reklamę, obniżając ranking całych stron. Może wtedy wydawcy nauczyliby się, by lepiej je oznaczać, a przynajmniej stosować “nofollow”. Reklamodawcy straciliby jedną z największych korzyści z tego typu reklamy – obecność w Google’u, która jest często warta więcej, niż chwilowa ekspozycja na stronach głównych serwisów – i może też zastanowiliby się nad sensownością takich działań.

Niestety wiem, że algorytmy się tego nie nauczą, a internet będzie powoli wypełniał się fałszywkami tak, że w końcu nie będzie można w nim łatwo dotrzeć do prawdy.

Mam jednak nadzieję, że grono internautów, którzy do wszystkiego, co w sieci podchodzą z dużą rezerwą, będzie się powiększać.

Możecie nazywać nas marudami, ale “Doubt everything. Find your own light.” ― Gautama Buddha. W uproszczeniu.

Dołącz do dyskusji

Advertisement