Gra zamiast filmu. Interaktywna rewolucja

Felieton/Gry 18.10.2013
Gra zamiast filmu. Interaktywna rewolucja

Gra zamiast filmu. Interaktywna rewolucja

Tekst został pierwotnie opublikowany na Blog Forum Spider’s Web.

Ostatnimi czasy mam straszny problem z filmami. Po półgodzinie jestem wymęczony i padam znużony w objęcia snu. Nie wiem, czy to mnie już wszystko nudzi, czy może większość dzisiejszych filmów to okropne młoty. Na szczęście, pewnie dla niektórych, to istna herezja, są jeszcze gry, które potrafią uratować sytuację. Filmy dające nam możliwość decyzji.

Czy gra może zastąpić film? Wydaje mi się, że tak. Sprawa idzie coraz lepiej i już niedługo zapomnimy o innym rodzaju rozgrywki. Twórcy takim stylem karmią nas w wielu produkcjach. Wystarczy wspomnieć np. o Call of Duty, gdzie akcja wygląda jak wyjęta z kina akcji. Ale to tylko zalążek. Mała część, która nawiązuje do kinematografii. Metal Gear Solid 4 parę lat temu dawał nam więcej cut-scenek niż samej pracy. Wpadłem po same uszy. Chciałem więcej i więcej i nawet półgodzinne filmiki nie przeszkadzały mi w tym, że to jest gra, w której to ja powinienem coś robić. Chciałem napływu takich produkcji. Czułem zew.

Zapowiedzi Heavy Raina wyglądały niczym wyjęte z włoskiej restauracji. Apetyczne. To dopiero było coś naprawdę fascynującego dla mnie. Sprawiało wrażenie intrygującego kryminału przeniesionego na wielki ekran, a w dodatku oferowało manipulację głównym bohaterem. Gdy w końcu udało mi się położyć moje chciwe ręce na tym tytule, po dwudziestu minutach miałem dość. Nie dlatego, że gra była słaba, sterowanie okazało się irytujące, a cała magia widoczna na zwiastunach zdążyła zwiać. Zbił mnie klimat. Rzęsisty deszcz wybijający werble na szybach. Zimny, ciemny wieczór. W domu byłem tylko z synem, myślami uciekając do żony, która odeszła. Codzienna rutyna: praca, szkoła, telewizor i tak w kółko. Kompletnie przygnębiła mnie kwestia, że nic nie jest przesłodzone. To prawdziwe życie. Z naprawdę mile spędzonego dnia uciekłem w pochmurny kąt. Gęsty klimat osaczał mnie swymi śliskimi mackami i nie pozwalał się wyrwać. Musiałem grać. Byłem w tamtym świecie. Katharsis.

miranda lawson

Nie tak całkiem dawno temu Bioware w nowym Mass Effect zaimplementowało funkcję przemierzenia uniwersum w sposób filmowy: jak najmniej strzelania, jak najwięcej historii. Sprawdzałem to tylko chwilę, gdyż z moim zamiłowaniem do gier RPG, nie potrafiłem zdzierżyć tego zbyt długo. Poza tym nigdy nie przepadałem za Shepardem. I nie lubię kosmosu. Co nie zmienia faktu, że twórcy pomyśleli o takim trybie i sprawdza się całkiem nieźle.

The Walking Dead chyba każdy kojarzy. Jak nie genialne komiksy, to trochę gorszy serial. Jest jeszcze gra, która odkryła moje drugie Ja. Wtedy dowiedziałem się, że wbrew wszelkim opiniom płci pięknej jestem wrażliwym facetem. Mnogość wyborów moralnych, od których plątałem się jak w pajęczej sieci i sposób w jaki zaprzyjaźniałem się z bohaterami oczarował mnie. Dostałem opcję, o których właśnie myślałem. Nienawidziłem i kochałem. Lubiłem i nie przepadałem. Miałem okazję zabić, zabijałem. Chciałem pomóc, pomagałem. To była solidna dawka emocji w filmowym stylu. Nareszcie nic mnie nie irytowało i nie musiałem wrzeszczeć na protagonistę. Bo to ja nim byłem.

Znowu powracamy do PS3. Chwila z The Last of Us i już żałowałem, że na moim biurku zamiast konsoli Microsoftu, nie leży maszynka Sony. Tempo, narracja, świat, interakcja z nim sprawiły, że szukałem szczęki na podłodze. I to nie u siebie w mieszkaniu. Te kilkadziesiąt minut spędzonych z Joel i Ellie, przepełnione mocnymi wrażeniami dało mi większego kopa niż kilka kinowych box officów.

Po ostatnim rajdzie z samym demem Beyond: Two Souls tylko utwierdzam się w przekonaniu, że niebawem moja przygoda z kinem skończy się definitywnie, a ja oddam się w ręce takich produkcji. To istna jazda bez trzymanki, która łączy ze sobą fenomenalny sposób przestawienia historii, nieograniczone możliwości, epickie momenty i “żywy” styl rozgrywki.

Nie wiem jak u Was wygląda ta hierarchia i jakie macie zdanie na temat takiej ścieżki tworzenia gier, ale z chęcią się dowiem, ile jest osób, z którymi mógłbym przybić przyjacielskiego żółwika.

PS. Nie, nie zapomniałem o Uncharted. Po prostu reszta bardziej zagrzała placyk w mojej pamięci.

gamemag

Kamil Lewicki jest blogerem, pisze na tematy związane z grami na GAMEMAG.PL – młodym i szybko rozwijającym się projekcie poświęconym elektronicznej rozrywce.

Dołącz do dyskusji

Advertisement