Postęp jest bezwzględnym mordercą. Ale tak musi być.

Blog Forum 08.09.2013
Postęp jest bezwzględnym mordercą. Ale tak musi być.

Postęp jest bezwzględnym mordercą. Ale tak musi być.

Ostatnio poważnie zbłądziłem w odmętach Internetu. Przez głośniki do moich uszu po wielu latach ponownie dotarł dżingiel z RTL7 przypominając mi radosne chwile dzieciństwa. Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem i zacząłem wspominać bardzo, bardzo stare czasy. Po chwili jednak moja twarz jakby na komendę przybrała postać poważnego “WTF?!” i uświadomiłem sobie, że bardzo wiele od tego czasu się zmieniło. Że właściwie wszystko robimy inaczej, a przez to niektóre rzeczy po prostu umarły. Odeszły do lamusa. Zniknęły z naszego życia wyparte przez nowe.

Kiedy to jeszcze biegałem przed blokiem ze smarkiem pod nosem, cotygodniowym rytuałem w mojej rodzinie było niedzielne oglądanie TVP1, tak mniej więcej od godziny siedemnastej. Na pierwszy ogień szedł Teleekspress, bardzo lubiany do dziś przez moich rodziców. Nudziłem się przy tym niemiłosiernie, ale tuż po nim (czy też i nie, nie pamiętam zbyt dobrze) emitowany był jeden z moich ulubionych programów – Śmiechu Warte. Prowadzącym był znany polski satyryk – Tadeusz Drozda, lekko przy kości facet z miłym wyrazem twarzy. Generalnie, bardzo pasował do tego programu, mimo znaczącej “suchości” jego żartów. Po drodze, w trakcie trwania programu pojawiała się jeszcze urocza “Pani Kasia”, która to prowadziła “konkursową” część programu i przedstawiała przewidziane w programie nagrody. Ale najważniejszym punktem w tym programie były komiczne sytuacje dnia codziennego – upadki podczas ślubów, zabawne przejęzyczenia, upadki na twarz, palące się firanki – jednym słowem – nagrania wideo przedstawiające komizm sytuacyjny zawarty w typowej ludzkiej codzienności. Program ten ostatecznie został zdjęty z anteny i przepadł. Ewolucja w ciągu 10 lat zrobiła swoje i zrobiła błędnikowi “upgrade”? Nic z tych rzeczy.

Dzisiaj, żeby pooglądać sobie ludzi, którzy zaliczają bliskie spotkanie z podłożem, lub robiących sobie poważne siniaki, włączam YouTube. Tam nie muszę czekać na program w telewizji, który zaspokoi moją żądzę popatrzenia sobie na komiczne sytuacje. Mało tego, jak się uprę, mogę sobie urządzić dzienny maraton wszystkich “faili” leżąc w łóżku, pożerając chipsy i wchłaniając jak gąbka colę. Moja rola ograniczy się tylko do okazyjnego obsłużenia myszki i klawiatury, bądź interfejsu smartfona.

Wieczorynka w telewizji? To jest passe. Mój siostrzeniec zmienił ostatnio moją definicję “wieczorynki”. Kiedy już byłem pewien, że będzie to wyczekiwanie do godziny 19:00, a potem triumfalne wręcz wciśnięcie “1” na pilocie, ubrany w pidżamę ze Spider-Manem młodzieniec (w wieku lat siedmiu) powziął swojego iPhone’a i na YouTube włączył sobie sam jakąś kreskówkę. Taką, jaką chciał, a nie taką, jaką przewidziała telewizja, która generalnie nie pyta nas, co chcemy i kiedy chcemy oglądać.

I chyba także z tego powodu przestałem oglądać telewizję.

Pamiętam jeszcze bardzo miłą tradycję w mojej rodzinie (i w Waszych domach założę się, że też gościła). Chodzi mi o przysyłanie okolicznościowych pocztówek. W zależności od kalendarza liturgicznego jej barwna część prezentowała albo choinkę, czy też nowonarodzone dzieciątko Jezus, albo wielkanocnego baranka lub pisanki. Z drugiej strony oczywiście życzenia od rodziny, adres oraz przyklejony znaczek. Kiedyś właśnie w taki sposób zaznaczaliśmy pamięć o naszych bliskich w chwilach świątecznych. A dzisiaj? Godzina 18:00, 24 grudnia. Pierwszy odzywa się telefon taty. “Ciotka Lucyna wysyła SMS-a z życzeniami”. Ja dostaję powiadomienie na Facebook’u, w kieszeni wibruje smartfon. Za chwilę drze się następny. Ot, miło, że ktoś o nas pamięta. Pocztówek w skrzynce od 2 lat brak.

“Nie otwieraj kliszy, bo się prześwietli!” – to ostatni raz słyszałem jakieś 10-15 lat temu. Podczas rodzinnych wyjazdów na wczasy dwie klisze miały wystarczyć. I nie wolno było mi ich dotykać, a grzebać w starym aparacie bardzo lubiłem. I stąd na niektórych zdjęciach zamiast zabytków, czy naszych wspólnych ujęć była moja twarz, okraszona nierzadko przygłupią miną. Dzisiaj nikt już nie lata z aparatem na klisze, tylko wyciąga telefon i po prostu robi zdjęcie. Źle wyszło? Usuwamy i robimy raz jeszcze! Fajne zdjęcie? Wysyłamy na Facebook’a! Coraz rzadziej zdjęcia wysyłamy MMS-em.

Dzieci, jak już wychodzą na zewnątrz, to nie dzwonią do siebie domofonami, tylko puszczają “esika” lub piszą do siebie wiadomości na Facebook’u. A jeśli już w coś grają, to jest to piłka nożna. Przez sieć. Tam nikt nie powie, że źle siadła, że ktoś ma stronę “pod słońce”. Nikt nie pójdzie po meczu na “oranżadę na miejscu”, nikt się nie rozpłacze, nikt nie pozdziera sobie kolan.

Postęp zdążył nadgryźć niemal wszystko – niektóre rzeczy już po prostu zabił. Viva i MTV nie są już telewizjami serwującymi muzykę, ale zahaczają także i o lifestyle, prezentują programy skierowane do młodych i traktujące właśnie o nich. Muzyka staje się powoli drugorzędna.

Z powodu tego właśnie postępu zmieniamy się. Zmieniają się nasze przyzwyczajenia, pragnienia, cele. To nie jest złe – dzięki temu, że ten świat prze do przodu mamy okazję zrobić coś prościej, szybciej, lepiej, efektywniej.

Szkoda, cholera tylko tych wspomnień. Albo i nie?

Dochodzę do wniosku, że tak musi być.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement