Piotr Lipiński: GARMIN ODJECHAŁ, czyli złośliwość przedmiotów martwych

Felieton/Technologie 20.09.2013
Piotr Lipiński: GARMIN ODJECHAŁ, czyli złośliwość przedmiotów martwych

Piotr Lipiński: GARMIN ODJECHAŁ, czyli złośliwość przedmiotów martwych

Być może prawdziwa jest teoria ewolucji, a przedmioty nie mają duszy. Z pewnością jednak potrafią być diablo złośliwe.

Samochodowy GPS musi czuć mores przed kierowcą.

Inaczej zaprowadzi go do Związku Radzieckiego, NRD albo nawet Czechosłowacji. I to jest właśnie typowy przykład złośliwości przedmiotów martwych.

Podczas wakacji we dwie rodziny, dwoma samochodami wybraliśmy się w stronę Toskanii. Aby nawigatory pokazywały nam identyczną drogę, sięgnąłem po mojego starego Garmina, którego kiedyś używałem, a z rok temu porzuciłem. Kolega po swojego najnowszego Garmina, którego kupił całkiem niedawno. W obu przypadkach było to jednak takie samo urządzenie – Garmin Nuvi 1490. Tyle, że ja kupuję elektronikę niedługo po tym, jak pojawi się na rynku, a kolega zaraz przed tym, jak z niego zniknie.

Tu dodam, że kolega jest weterynarzem i nie straszny mu nawet nosorożec, jednak te wszystkie nowoczesne cyfrowe cudactwa napawają go strachem, bowiem jest z krwi i kości analogowy. A owe gadżety błyskawicznie wyczuwają jego słabość i bezwstydnie ją wykorzystują – niczym rottweiler stojący przed perskim kotem. Nasze Nuvi, dla porządku dodam, nieco się różniły – jego miał trochę nowszą wersję oprogramowania, a mój nieco nowsze mapy. System Garmina też znam całkiem nieźle, bo od dawna używam jego urządzeń i turystycznych, i sportowych, i samochodowych.

Nawet bez nawigacji droga obfitowała w przygody.

Kolega odbył romantyczną podróż do Wenecji na lawecie, kiedy jego samochód odmówił posłuszeństwa. Dokładniej rzecz biorąc na dwóch lawetach, bo pierwsza się zepsuła. Trudno jednak wymagać od Włochów, aby coś działało, skoro szczycą się, że zbudowali krzywą wieżę. Mnie, gdy cofałem samochód, nagle napadł zaparkowany skuter, dzięki czemu na bagażniku uzyskałem pamiątkowe południowoweuropejskie wgniecenie.

To wszystko jednak nic w porównaniu z wrażeniami, jakich dostarczyły nam wspomniane nawigacja.

garmin

Garmin nie tylko pokazuje drogę, którą należy jechać, ale jeszcze próbuje poinformować kierowcę, czy na trasie nie pojawiają się jakieś utrudnienia, które można ominąć objazdami. W tym celu Garmin w Polsce i na świecie (zresztą nie tylko on) posługuje się systemem TMC. Technicznie wygląda to tak, że jakiś operator systemu popija kawę przy biurku, a przy okazji zbiera od policji i z innych źródeł dane o wydarzeniach spowalniających ruch. Następnie drogą radiową przesyła ostrzeżenia do samochodowych nawigacji, że TIR zderzył się z UFO i tłum gapiów zatarasował autostradę. Tak to wygląda w teorii i w marketingowych ulotkach.

W rzeczywistości ten cudowny system jest doskonale bezużyteczny. Takiego przekonania nabrałem używając go ponad rok temu w Polsce. Mój Garmin (a ściślej firma, która obsługuje TMC) podając informację o „korku” częściej dezinformował, niż serwował sensowne dane. To znaczy czasami dowiadywałem się w godzinach szczytu, że nieprzejezdne są główne warszawskie ulice. Równie dobrze mógłbym być nocą informowany, że zrobiło się ciemno. Korzystając z TMC w Garminie nigdy nie odebrałem wiadomości o utrudnieniach w ruchu, wynikających z wypadku, który na drodze wydarzył się kilkanaście minut temu a nie w ubiegłym tysiącleciu.

Ale przecież na znacznie bardziej cywilizowanym – jak lubimy myśleć – Zachodzie powinno to lepiej działać.

Owszem, to po części prawda. We Włoszech informacje TMC otrzymywałem częściej, niż w Polsce. Były przy tym równie bezwartościowe. We Włoszech pierwsze dwa kilkudziesięciokilometrowe autostradowe „korki” – według Garmina – przejechaliśmy z maksymalną dopuszczalną prędkością. Być może włoski operator podaje informację o „korku”, jeśli drogi nie uda się pokonać z prędkością światła.

System TMC to po prostu technologia z epoki znaków dymnych, którymi na wzgórzach porozumiewali się Indianie. Dane do centrali prawdopodobnie spływają tak wolno i są tak niekompletne, że wysyłanie ich do kierowców ma tyle samo sensu, co podawanie prognozy pogody z zeszłego miesiąca.

Dalej z Garminem było już tylko gorzej. Zdawałem sobie sprawę, że Garmin, kiedy wyznaczamy trasę w komputerze, czasami wylicza ją inaczej, niż gdy zrobimy to w samym urządzeniu. Być może to efekt jakiegoś amerykańskiego programu wyrównywania szans. Ale dlaczego takie same urządzenia każą jechać inaczej?

W pewnym momencie straciliśmy się z kolegą z oczu, bowiem trzeba było ustąpić miejsca tym wszystkim zawodnym Alfom Romeo i Ferrari, których kierowcy postanowili przetestować swoje silniki. Kolega potem zaklinał się, że nie dotknął niczego w swojej nawigacji. Jednak ta nagle wrzasnęła, aby zjechał w prawo z autostrady, co w efekcie spowodowało, że znalazł się daleko ode mnie, gdzieś w górach, gdzie widoki były piękne, a trasa kręta. W efekcie nadrobił kilkadziesiąt kilometrów i dotarł na miejsce godzinę później niż ja. Bo mnie Garmin nie odważył się zaserwować takiej głupoty.

Cóż mogło się stać? Racjonalnie patrząc: może nawigacja kolegi nagle pogubiła się w lokalizacji samochodu i uznała, że jedzie drogą równoległą do autostrady? Po czym próbowała z tego wybrnąć, kierując na boczne drogi? Bzdura. W rzeczywistości kiedy tylko straciłem z oczu kolegę, jego nawigacja uznała, że nie stanowię dla niej zagrożenia i może wyczyniać dowolne harce. Prowadzić mojego kolegę według własnego widzimisię, korzystając z jego analogowej słabości.

Potem zdarzało się to dość regularnie.

Gdy tylko zbliżaliśmy się do jakiegoś ronda, napięcie rosło. Kolega niestety słuchał się tej pani z nawigacji, która mu na rondzie kazała skorzystać z trzeciego albo czwartego zjazdu, ja tymczasem na wszelki wypadek patrzyłem na wyświetlaną mapę i widziałem, że chodzi o inny zjazd. Po chwili jechaliśmy w zupełnie różne strony świata.

florencja

Obaj korzystaliśmy z map City Navigator Europe. Kiedyś w Polsce znakomicie nadawały się do jazdy rowerem, bo miały zaznaczone mnóstwo polnych dróg. Ale niestety Garmin próbował nimi prowadzić również samochody, mimo „zaptaszkowania” w urządzeniu opcji „unikaj dróg gruntowych”. Podróż obfitowała w atrakcje krajobrazowe, co być może wynikało z turystycznych tradycji Garmina. Albo z tego, że wiele z polskich dróg było źle skategoryzowanych. Pamiętam, jak w okolicach Zamościa w nocy Garmin wprowadził mnie w jakąś polną drogę, w której o mało nie utonąłem w błocie. I tak przez kilkanaście kilometrów, na których strach było się zatrzymać, aby zawrócić, bo już można było nie ruszyć z miejsca. A innym razem uparcie kazał mi jechać również drogą przez pole – tyle, że nie widać było śladów jej istnienia w ostatnim stuleciu.

W Toskanii po jakimś czasie nawigacje Garmina poczuły się tak pewne siebie, że zakpiły z nas obu. Do Sieny poprowadziły nas krętą, górzystą trasą, zamiast stosunkowo łatwą i prostą – tę wybraliśmy sami podczas powrotu, posiłkując się papierową mapą. A jaką logiką kierował się tym razem Garmin? Otóż według jego danych droga przez góry dopuszczała maksymalną dozwoloną prędkość 90 km/h, a ta prostsza zaledwie 50 km/h. Tyle, że była to wierutna bzdura! Nie spotkałem na tej trasie żadnego ograniczenia do 50 km/h! Nie sądziłem, że Garmin może we Włoszech mieć kilkadziesiąt kilometrów trasy błędnie opisanej – ale jak od dawna wiemy: podróże kształcą.

Po powrocie do Polski mój Garmin za karę wylądował z powrotem w schowku samochodowym, na wypadek, gdyby stosowana na co dzień nawigacja odmówiła posłuszeństwa. Co zrobił ze swoją mój kolega, boję się nawet zapytać. Podejrzewam, że razem z jakimś kotkiem wysterylizował też na wszelki wypadek Garmina, żeby mu się już nigdy nie rozmnożył.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Amazon – goo.gl/WdQUT oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Dołącz do dyskusji